Blog > Komentarze do wpisu

Aż do piekła

Gdzieś na teksańskim wygwizdowie mieszka dwóch braci. Toby jest rozwiedziony, ma dwóch synów i długi do spłacenia, z kolei Tanner niedawno wyszedł z więzienia za napad na bank. Bracia mają jeszcze jeden poważny problem – ranczo, które należało do ich zmarłej matki jest obciążone tak dużą hipoteką, że może dojść do przejęcia przez bank. Jak to spłacić skoro na ranczu nie ma nic cennego? Toby wpada na prosty plan – spłacić bandycki bank, okradając ich filie i płacąc ich forsą. Na ich trop wpada policja.

Pozornie wydaje się być to kolejną kryminalną opowiastką z banksterami w tle. Ale David MacKenzie jest za sprytny i za cwany, by dać nam taką prostą historyjkę. Wszystko jest ubrane w westernowy sztafaż – mamy piękne plenery Teksasu, pełne równin i nizin, starych wiatraków, kowbojskie stroje (strażnicy Teksasu) oraz ludzi mówiących z charakterystycznym akcentem Południa USA. Ale ten świat nie daje żadnej nadziei na lepsze jutro, bo wszystko jest zabierane przez banki – chciwe jak zawsze. Bieda niczym grzech przekazywana jest z pokolenia na pokolenia, a amerykański sen jest dla naiwniaków. I wtedy by upomnieć się o swoje, starając się zapewnić byt, stajesz się wyjętym spod prawa. Wszystko toczy się dość spokojnym, wręcz wolnym rytmem. Reżyser dość szybko odkrywa karty, ale nie oznacza to kompletnego braku zainteresowania – na dzień dobry dostajemy napad, chociaż sam jego przebieg nie zostanie nam pokazany. Z drugiej strony trwa pościg Strażnika Teksasu Marcusa Hamiltona, zbliżającego się na emeryturę, wspieranego przez zastępcę, pół-Indianina, pół-Meksykanina, Alberto. Te sceny nie są pozbawione docinków i ironicznego poczucia humoru.

Z jednej strony reżyser krytykuje system i chciwość banków, ale także ostrzega: od momentu przejścia na ciemną stronę ponosisz odpowiedzialność za wszystko, co z tego wyrośnie. Nawet jeśli nie pociągnąłeś za spust. Obydwaj bracia będą musieli się z tym zmierzyć, zwłaszcza podczas ostatniego napadu, gdy dochodzi do strzelaniny oraz pościgu. MacKenzie konsekwentnie buduje napięcie, by w finale doprowadzić do gwałtownej eksplozji. To także, a może przede wszystkim opowieść o braterstwie oraz męskiej przyjaźni.

Wszystko to jest oparte także na fantastycznym aktorstwie. Film bezczelnie zawłaszcza sobie Jeff Bridges w roli szeryfa – pozornie zmęczonego życiem, ale doświadczonego i piekielnie inteligentnego człowieka, próbującego powoli oswoić się z nowym życiem. Fason trzyma niezawodny Ben Foster, którego ikry pozazdrościłby niejeden twardziel. I jeszcze Chris Pine kojarzony raczej z rolami ładnych chłopaczków, zrywa ze swoim emploi, budując bardzo wiarygodną postać spokojnego, opanowanego Toby’ego.

Pozornie „Aż do piekła” to kolejny portret mało znanego oblicza USA, gdzie sen stał się koszmarem i walką o przetrwanie. Westernowy sztafaż z jednej strony wyraża tęsknotę za dawnymi, prostymi czasami, z drugiej pokazuje siłę męskiej przyjaźni. Mocna rzecz i niegłupie kino.

7,5/10

sobota, 21 stycznia 2017, radkino

Polecane wpisy

ministat liczniki.org
zBLOGowani.pl
Mediakrytyk.pl