Blog > Komentarze do wpisu

Skarb Sierra Madre

Miasteczko Tampico w Meksyku, gdzieś na początku XX wieku. Miejsce, gdzie krąży wielu gringo, próbujących jakoś przetrwać ten okres albo za jakąś drobną robotę lub żebrząc o pieniądze. Kimś takim jest Fred Dobbs – jeden z tych, co szukali w tym kraju szansę od zdobycie fortuny. Nawet udało mu się znaleźć pracę, jednak zleceniodawca okazał się oszustem, co nie płacił za realizację fuchy. Razem z poznanym Curtinem decyduje się na pewien szalony pomysł zarobku – zdobyciu złota znajdującego się w pobliskich górach. Razem z doświadczonym poszukiwaczem, Howardem zawiązują spółkę i wyruszają w drogę.

Opromieniony sukcesem „Sokoła maltańskiego” Huston postanowił zmierzyć się z powieścią niejakiego B. Traversa, będącego mieszanką przygody, dreszczowca, akcji i moralitetu w jednym. Pozornie taka kombinacja może wydawać się dość ciężkostrawna. Jednak film, mimo bardzo wielu lat na karku, trzyma się bardzo mocno ziemi. I co gorsza, nadal ma w sobie energię młodzieniaszka, dziarsko przechodzącego przez szczyty. Bez zmęczenia. Nie wierzycie? Przekonajcie się sami.

Sama historia na pierwszy rzut oka wydaje się prosta niczym konstrukcja cepa – czyli wyprawa w celu zdobycia złota. Ile tego złota jest (o ile jest), czy po drodze nie pojawią się konkurenci lub – co gorsze – bandyci, chcący wszystkiego, co tylko da się zabrać. Ale pojawia się jeszcze jeden dylemat, który zmusza naszych bohaterów do jednego pytania: czy mogą sobie nawzajem zaufać? Bo fortuna, czy tego chcemy czy nie, jest bardzo kusząca. I kusić będzie aż do samego końca, mocno nadwyrężając nasza przyjaźń. Nawet ci, co mówią, że taka fortuna nie jest w stanie ich zmienić, będą musieli zweryfikować swoje przekonania. Coraz bardziej zaczyna się pojawiać paranoja (nocne „sprawdzanie osłów”, a tak naprawdę sprawdzenie swoich łupów, przypadkowe znalezienie jednej z kryjówek), atmosfera staje się coraz bardziej nerwowa, zaś kolejne komplikacje tylko podkręcają poczucie niepewności. Człowieczeństwo zostaje wystawione na wielką próbę.

sierra_madre2

Realizacja nadal potrafi zrobić wrażenie (może poza strzelaniną w pociągu, gdzie widać „doklejone” tło), mimo czarno-białej taśmy oraz troszkę nachalnej muzyki. Wszystko sprawia wrażenie bardzo naturalnej, bez kręcenia w studiu czy jakiś pustych dekoracjach. Tu wszystko żyje, oddycha, a podczas strzelanin kurz leci tak mocno, że mocno ogranicza pole widzenia. Same zgony dzieją się niejako poza ekranem, a krwi praktycznie nie widać (wynika to z działającego kodeksu Hayesa), niemniej udaje się zachować mroczny klimat. To nie jest przygoda w stylu Indiany Jonesa, to szorstka, brutalna wyprawa, zmieniająca się w bezwzględną walkę, doprowadzając niemal do szaleństwa, obłędu, zaprzedania się mamonie. Być może to przesłanie bywa dość nachalnie prezentowane w dialogach (głównie wypowiadanych przez Howarda), ale to jedyna poważna wada tego tytułu, który ogląda się znakomicie.

sierra_madre3

Błyszczy tutaj także obsada, ze wskazaniem na trio naszych protagonistów. Absolutnie zaskakuje tutaj Humphrey Bogart w roli Dobbsa. Pozornie wydaje się typowym twardzielem, z mocnymi ripostami oraz twardym kręgosłupem. Ale z czasem widać nie tylko zmęczenie na twarzy oraz fizyczne wyczerpanie wędrówką (ten zarost!!!), lecz także mocno nadszarpniętą moralność, coraz bardziej popadającą w obłęd, paranoję oraz żądzę chciwości. Jakby nowe okoliczności pokazały prawdziwe oblicze, godne potwora. Mocna, niesamowita, magnetyzująca postać, zabrana bezbłędnie. Drugi z obsady, czyli Tim Holt w roli Curtina też jest świetny. Mimo sponiewierania przez los, potrafi trzymać się ustalonych zasad, nie stawiając w pierwszej kolejności na korzyści. Zdecydowanie pozytywna postać. Jednak film kradnie Walter Huston (ojciec reżysera) wcielający się w postaci Howarda, czyli niejako przewodnika oraz mędrca całej wyprawy. Widać na twarzy przebyte doświadczenie, każde słowo brzmi bez cienia fałszu, ale on raczej traktuje wyprawę jako kolejną przygodę niż sposób na dodatkowy zarobek. Z całej trójki ten bohater ma najwięcej dystansu dla całego przedsięwzięcia – absolutnie kapitalna kreacja, słusznie nagrodzona Oscarem.

„Skarb Sierra Madre” pozostaje zaskakująco mroczną balladą o chciwości, mimo dość ograniczonej ilości przemocy. Brutalny, przerażający traktat, ubrany w szaty kina gatunkowego, bez popadania w nadmierny dydaktyzm, tak charakterystyczny dla tego okresu kina. Zaś finał nadal pozostaje bardzo przewrotny, wręcz ironiczny. Ale to się sami przekonacie.

8,5/10 + znak jakości 

Radosław Ostrowski


niedziela, 06 stycznia 2019, radkino

Polecane wpisy

ministat liczniki.org
zBLOGowani.pl
Mediakrytyk.pl