sobota, 24 czerwca 2017

0006EO1WLD4GXCVH-C122

Choć wielu współczesnych młodych ludzi może tego nie wiedzieć, Czesław Niemen był jedną z najbardziej wyrazistych postaci w historii polskiej muzyki rozrywkowej, mierzącym się z niemal każdym gatunkiem muzycznym. W świadomości słuchaczy (sporej większości) pamiętany był głównie dzięki przebojom z lat 60. („Dziwny jest ten świat”, „Pod papugami”, „Sen o Warszawie”). Jednak córka artysty, Natalia postanowił nagrać tribute album dla swojego ojca. Nic dziwnego, ale wybór piosenek zasługuje na uznanie, gdyż artystka rzuciła się na piosenki z dwóch ostatnich płyt Niemena („Terra Deflorata” z 1989 i „spodchmurykapelusza” z 2001) i zmieniła aranżacje na żywe instrumenty, w czym pomógł producent Piotr Dziubek.

Zaczyna się od dziwacznego miksu w „Pojutrze szary pył”, gdzie słyszymy na początku fortepian połączony z bardzo egzotycznie brzmiącą gitarą, która potem zmienia się w surową riffową rzeź. Gdy dochodzi do tego sekcja rytmiczna, zmienia się klimat kompletnie, a riffy stają się coraz agresywniejsze i psychodeliczne. Równie ostro jest w jazz-rockowym „Począwszy od Kaina”, gdzie saksofon z gitarami oraz klawiszami tworzy zwarty trójkąt. Ale gdy dochodzi do głosu Krzysztof Zalewski, to jest już pozamiatane. Pianistyczna „Zezowata bieda” zaskakuje rytmem oraz minimalistyczną formą, a „Spojrzenie na siebie” po skręt w progresywne eksperymenty (podniosłe klawisze na początku, skręcające w sposób wręcz bujający – sekcja rytmiczna podkręca atmosferę, a gitara brzmi niemal hard rockowo, by na koniec wszystko się wyciszyło). Mocny rollercoaster, podobnie jak niemal soulowo-funkowy „Trąbodzwonnik”(perkusja z klawiszami brzmią świetnie) z ostrymi wejściami gitary i saksofonu. W podobne rewiry wchodzi „Dolaniedola” z rytmicznym basem oraz funkowymi klawiszami.

Ale nie byłem w stanie przewidzieć jak ładnie gra fortepian w prostym, bardziej jazzowym „Spodchmurkapelusza” pełnym loopów oraz cofania (na początku). I potem wchodzi mroczny „Antropocosmicus” z pulsującym latami 70. „Jagody szaleju” (funkowy bas, szybka perkusja oraz chórek w refrenie). Trzeba pochwalić pomysłowe aranżacje, gdzie nawet znalazło się miejsce na folk (modlitewna „Terra Deflorata” z poruszającym solo skrzypiec i cymbałów) czy bardziej klasyczne wstawki (pianistyczne „Nie wyszeptuj” z szalonymi smyczkami), przez co bogactwo potrafi wręcz oszołomić.

Natalia ma podobną barwę głosu i sposób śpiewania jak ojciec, co nie jest w tym przypadku wadą, czasami jednak potrafi być nadekspresyjna, ale w połączeniu z muzyką efekt jest piorunujący jak po eksplozji granatu. Razem z bardzo wnikliwymi tekstami, gdzie pokazane są różne tematy: od ludzkiej zawiści przez pochwałę natury. To wszystko tworzy fascynujące, wielowarstwowe dzieło, które po każdym odsłuchu tylko zyskuje. Takiego Niemena nie znało zbyt wielu, a popularyzacja może tylko wspomóc.

8,5/10 + znak jakości

 

Tagi: Pop
01:17, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 czerwca 2017

Któż nie słyszał o królu Arturze – legendarnym władcy średniowiecznej Anglii? Na ekranie ten władca pojawiał się setki razy, ale tym razem postanowiono kompletnie zmodyfikować historię. U niego Artur jest synem króla Uthera Pendragona (co jest zgodne z materiałem źródłowym), który zostaje zamordowany przez żądnego władzy brata, Vortigena sprzymierzonego z potężnym magiem Mordredem. Chłopiec jako niemowlę niczym Mojżesz trafia do Londinium, gdzie wychowują go dziewczyny z zamtuza. Nie znając swoje przeznaczenia, Artur staje się opiekunem burdelu i dba o swoje interesy. Ale dopuszcza się napaści na Wikingów, którzy byli gośćmi króla Vortigena, która ściąga go do siebie. Artur dokonuje niemożliwego i wyciąga miecz wbity w kamień – Excalibura. Wtedy zaczynają się prawdziwe kłopoty, w które wciąga go potężna Czarnoksiężniczka stojąca na czele ruchu oporu.

krl_artur_11

Nowe dzieło Guya Ritchiego zebrało bardzo ostre baty i poległo w amerykańskich kinach (jak zwykle dystrybutor spieprzył sprawę), gdyż widzowie zamiast dostać typowy film fantasy otrzymali film w stylu Brytyjczyka: szybki, niemal teledyskowy montaż, pędzącą na złamanie karku kamerę, zbliżenia na detale (nawet podczas wielkich potyczek) oraz miejscami złośliwe poczucie humoru. I jeśli myśleliście, że Angol zrezygnuje z tej stylistyki, to jesteście w błędzie. I powiem więcej, te elementy nadają świeżości całemu przedsięwzięciu, wyróżniając go z grona tysięcy innych opowieści. Gdyby jednak było tego stylu jeszcze więcej, mielibyśmy wielkie kino, a tak jest tylko bardzo dobrze.

Reżyser konsekwentnie trzyma się konwencji kina fantasy, w którym nasz główny bohater nie chce, ale musi (jak kiedyś pewien elektryk z wąsami) stać się bohaterem, królem, superhero (niepotrzebne skreślić) i tutaj pomaga w tym silnie zaakcentowany watek magii związany z tajemniczą Czarnoksiężniczką (imię jej nie pada ani razu). I wtedy całość potrafi być bardzo mroczna: wizje śmierci Uthera nawiedzające bohatera, moment odrzucenia Excalibura (oraz ponowne przyjęcie za sprawą Pani Jeziora) czy wykorzystywanie nadprzyrodzonych mocy przez Vortigera (i ceny jaką za to płaci). Te elementy, choć przewidywalne, zrealizowane są znakomicie i forma powoduje, że zwyczajnie chce się to oglądać.

Realizacja jest przednia. Imponuje skupienie na detalach i mimo czasami ostrej jazdy kamery połączonej z montażem a’la Ritchie, całość jest bardzo czytelna oraz przejrzysta. Nawet slow motion jest celem do budowania napięcia, a nie efekciarską sztuczką i jest świetnie wykorzystana. Widać, że film miał duży budżet, efekty specjalne wyglądają bardzo przyzwoicie (zwłaszcza stwory w postaci węży) czy dzikie oczy Maga (Maginię – nie wiem jak to powiedzieć). Imponuje też scenografia, pełna bogactwa i szczegółów, podobnie jak efektownie wyglądające stroje (zwłaszcza zbroje rycerzy i samego króla – szpaner jeden), nie zawsze wyglądające jak z epoki. Do tego jeszcze mamy kapitalnie podkręcającą adrenalinę muzykę Daniela Pembertona, mieszająca etniczno-średniowieczny entourage ze współczesną perkusją, krzykami i sapaniem.

Aktorsko tak naprawdę liczy się tylko dwóch bohaterów, bo reszta robi albo za dowcipne tło, albo po prostu realizują swoje zadanie na tyle dobrze, że nie zwracamy na nich uwagi (przynajmniej od razu). Mówię tu o Charliem Hunnamie (Artur) oraz Judzie Law (Vortigen). Pierwszy zgrabnie ogrywa postać cwaniaka z tajemnicą, dojrzewający do odpowiedzialności, drugi za pomocą drobnych spojrzeń i gestów kreuje postać opętanego żądzą władzy króla-tyrana. I to działa, choć drugi plan też zapada w pamięć. Szczególnie tajemnicza pani Mag (Astrid Berges-Frisbey), oddany i szlachetny rycerz Bedivere (Djimon Hounsou) oraz szelmowski Bill Gęsi Smalec (Aidan Gillen).

Słuchając opinii krytyków oraz wyników frekwencyjnych, „Król Artur” powinien być totalnym paździerzem i kompromitacją. A wyszedł z tego niemal ocierający się o wielkość znakomity film przygodowy w świecie fantasy. Gdyby nie finał i parę drobnych potknięć, postawiłbym ten tytuł na jednej półce z „Porachunkami” i „Przekrętem”. A że w tej chwili w kinach nie ma lepszych propozycji, to walcie śmiało, tylko miejcie otwarte głowy i nie spodziewajcie się klasycznej opowieści fantasy.

8,5/10 + znak jakości

Poznajcie Alro – to mały dinozaur (w porównaniu do reszty rodziny), który jest strasznie strachliwy w porównaniu z resztą rodzeństwa. Próbuje jak może pomóc swojej rodzinie, dbającej o swoje pole, jedzenie i siebie. Dinuś próbuje zrobić wszystko, by przełamać swój strach, dlatego dostaje zadanie wytropienia szkodnika kradnącego ich jedzenie. Okazuje się nim być mały człowiek, któremu udaje się uciec z pułapki. Arlo razem z ojcem ruszają w pogoń, ale młodzik skręca nogę, a podczas burzy ojciec ginie od przypływu wody. W końcu nasz dinuś zostaje sam, razem z Bąblem i musi wrócić do domu.

Pixar w tym samym roku wydał dwa filmy, z czego „W głowie się nie mieści” podbiło kina i jednocześnie starało się wejść w umysł młodego człowieka. Dlatego niejako w jego cieniu wszedł do kin „Dobry dinozaur” – skromne, niemal klasyczne kino inicjacyjne opowiadające o wchodzeniu w dorosłość i radzeniu sobie z demonami. Arlo będzie musiał zmierzyć się ze swoim strachem oraz ciężkim brzemieniem jakim była śmierć ojca (na jego oczach) oraz duża wrogość wobec Bąbla, którego obwinia za tragedię. Problem z tą historią jest dla mnie w tym, ze jest to kompletnie przewidywalne i prowadzone po sznurku. Ta opowieść po prostu jest skierowana dla najmłodszego odbiorcy, zaczynającego swoją przygodę z kinem. Morał bardzo ładnie i prosto jest opowiedziany, a przygoda dinozaura oraz „wytresowanego” przez niego dzieciaka.

Widać, ze to Pixar, bo animacja wygląda zachwycająco. Nie mogłem pozbyć się wrażenia jak pięknie wyglądała przyroda. Zupełnie jakby to było fotografowane, filmowane przez dokumentalistów, a nie animatorów – woda jest tak naturalna, a chmury wręcz olśniewająco. Trudno oderwać od tego oczy i brakuje do szczęścia tylko znaczka National Geographic. Same stworzenia już nie robią tak wielkiego wrażenia – mało szczegółów, uproszczony wygląd, prosta kreska. Nawet w przypadku tyranozaurów pilnujących swojego stada czy paskudnych pterodaktyli nie robią dużego wrażenia. Całość okraszona jest przypominającą western muzyką, która dziwnie pasuje do całości.

Polski dubbing do animacji przyzwyczaił mnie do wysokiego poziomu. I potwierdza się tutaj dobre rzemiosło oraz odpowiedni dobór głosów. Tylko problem w tym, że – tak jak cały film – skierowany jest do zdecydowanie młodego (nawet bardzo) widza. Nie mniej trudno nie zapomnieć zwłaszcza postaci drugoplanowych jak paskudny pterodaktyl Gromowładek (Jerzy Kryszak), wystraszonego nosorożca Wawrzyńca (Artur Andrus) czy przywódcy stada bydła, Buźki (Marian Dziędziel). Także wcielający się w Arlo Olaf Marchwicki radzi sobie bardzo przyzwoicie, przekonująco oddając jego zagubienie, bezradność, strach i wolę walki.

Największym problemem „Dobrego dinozaura” jest taki, że to po prostu nie jest filmem skierowanym dla mnie. Młodzi widzowie powinni bawić się przednio, ale dla dorosłych nie proponuje tak naprawdę niczego. Niby jest dobrze, ale za stary już jestem na takie mało oryginalne kino.

5,5/10

Tagi: animacja
20:46, radkino , kino
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 czerwca 2017

War. War never changes. – to zdanie otwierające każdą część z serii gier „Fallout” pasowałoby idealnie do gorzkiego filmu Ari Folmana z 2008 roku. „Walc z Baszirem” to ubrana w formę animacji mieszanka dokumentu i kina wojennego. Wszystko zaczyna się od koszmaru, opowiedzianemu przez przyjaciela Formana w knajpie – ze szczekającymi 26 psami pod domem. To bardzo brutalna i krwawa przeszłość nie pozwala o sobie zapomnieć, a dokładnie zdarzenia z wojny libańskiej w 1982 roku. Wspomnienie to postanawia zweryfikować z dawnymi towarzyszami broni, gdyż Folman nie jest w stanie przypomnieć sobie swojego udziału w masakrze ludności palestyńskiej dokonanej przez libańską milicję po zamordowaniu prezydenta kraju.

Oryginalna forma pozwala na sklejenie dwóch pozornie nie pasujących do siebie elementów: klasycznych „gadających głów”, jakie znamy z setki filmów dokumentalnych, gdzie postacie opowiadają o swoich przeżyciach oraz animowane retrospekcje, pokazujące wojnę jako dziwaczny, niemal transowy stan. A jednocześnie (i to dla mnie był najciekawszy wątek) pokazuje jej silny wpływ na psychikę, doprowadzający do balansowania między faktycznymi wydarzeniami, a wytworem ludzkiej wyobraźni. Zarówno scena przypływu statku (wyglądającego jak nowoczesny okręt z basenem i jacuzzi) czy widok wychodzących chłopców z morza w ostrzeliwanym flarami mieście mocno zapadają w pamięć.

Ale reżyser nie próbuje oskarżać Izraela, Palestyny, Libanu czy jakiejkolwiek osoby z imienia i nazwiska. Pokazuje jak wojna może wpływać na umysł, bo jak jest możliwe, że pewne wydarzenia zostają wymazane, wręcz wyparte, a inne pamiętamy ze wszystkimi szczegółami. Poczucie nierealności i grozy potęguje kompletnie odjechana, pulsująca muzyka Maxa Richtera i dobrane piosenki (ta o bombardowaniu Libanu jest bardzo mocna).

A jeśli nie jesteście w pełni przekonani, to zwróćcie uwagę na ostatnie kadry, gdzie będziemy mieli pokazane prawdziwe zdjęcia z rzezi cywili w kompletnej ciszy. I potem nie będziecie chcieli się więcej odezwać. Zawsze należy przypominać o okrucieństwie wojny, która zwykłych ludzi zmienia w bezwzględnych potworów zdolnych do najgorszego.

7,5/10 

wtorek, 20 czerwca 2017

UWAGA!

Tekst może zawierać spojlery, choć autor będzie się ich starał unikać jak ognia. Niemniej czytacie na własną odpowiedzialność.

Liberty High wydaje się zwykłym, nudnym liceum. A wiadomo jak jest w liceum – nauczyciele próbują uczyć dzieci, a dzieci (już nie takie małe, bo prawie dorosłe) próbują wejść w poważne życie, nawiązać przyjaźnie, stworzyć silne więzi i osiągnąć dobre wyniki, by trafić na dobry uniwerek oraz upragniony zawód. Jednym z takich uczniów jest Clay Jensen – inteligentny, wrażliwy chłopak, który ma pewne problemy w nawiązywaniu kontaktów z innymi (szczególnie z dziewczynami). Pewnego dnia po szkole, pod domem znajduje oklejone pudełko po butach. W środku jest mapa z zaznaczonymi rejonami oraz kasety magnetofonowe sztuk 7. Już pierwsze usłyszane zdania budzą przerażenie, gdyż głos na nich należy do dziewczyny, która tydzień wcześniej popełniła samobójstwo – Hannah Baker. I przekazuje komunikat: Jest trzynaście powodów, dla których odebrałam sobie życie. Jeśli słuchasz tych kaset, jesteś jednym z nich. Podaje dokładnie instrukcje w sprawie kaset (przesłuchać wszystkie i przekazać następnej osobie oraz odwiedzić miejsca oznaczone na mapie) i grozi, że jeśli nie dotrzyma ich, cały materiał zostanie upubliczniony.

13_powodw_113_powodw_2

Wszystko zaczęło się od powieści Jaya Ashera, która stała się wielkim bestsellerem. Historii Hannah dotykała kwestii alienacji, samotności, trudności z zaufaniem do ludzi, którzy przynoszą tylko rozczarowania. Przyznaje, ze książka mocno na mnie podziałała, a emocje wylewały się z taką intensywnością, że drugi raz tego już przeczytam – w każdym razie nie tak prędko. Prędzej, czy musiało dojść do ekranizacji (po to właśnie są bestsellery), ale początkowo miał to być film. Wtedy włączył się Netflix i tak postanowiono rozbić całość w 13 odcinków (tyle samo, ile stron zostało przez Hannę nagranych), a w realizację włączył się debiutujący w roli twórcy pisarz Brian Yorkey oraz ekipa reżyserów pod wodzą Thomasa McCathy’ego. To nie miało prawa nie wypalić, prawda?

Tylko, że na samym początku przeżyłem konsternację, gdyż twórcy serialu postanowili zwyczajnie rozbudować cały świat. W pierwowzorze całą historię dziewczyny (to akurat zachowano) poznajemy oczami Claya, który przez całą noc przesłuchuje wszystkie taśmy i przekazuje je następnej osobie dzień później. Serial rozbija to na kolejne dni, przez co całość może wydaje się mniej intensywna, ale kto by chciał oglądać produkcję z kręcącym się całą noc chłopakiem i scenami retrospekcji? I to wydaje się całkiem sensowne, gdyż twórcy próbują bardziej podbudować pozostałych „winowajców”, pozwalając naszemu bohaterowi na rozmowę z nimi, doprowadzając do konfrontacji między nim a resztą. Efekty są zaskakujące, bo motywy są dość błahe ich działań: zwykła zazdrość (Alex), odrzucenie (Zach), sprawdzenie reputacji bohaterki jako „łatwej”, zwykły strach czy poczucie bezkarności.

Choć cała intryga skupia się na przeżyciach Hanny, która coraz bardziej zostaje odrzucona i coraz bardziej traci nadzieję na dalszy sens swojej egzystencji, to tak naprawdę bohaterem jest Clay oraz jego reakcja na jej historię. Im dalej, tym bardziej nasz bohater zaczyna mieć schizy: wszędzie widzi Hannę (scena, gdy widzi jej ciało leżące podczas meczu koszykarskiego – ciary), zaczyna słyszeć zupełnie coś innego, niż zostaje powiedziane. Jej perspektywa jednak nie zawsze pokrywała się z tym, co mówi reszta „bohaterów” taśm, co parę razy zostaje wypunktowane („mówi swoją prawdę”). Ale ci ludzie tworzą coś w rodzaju spiskowców, którym bardzo zależy, by cała sprawa ucichła i nie wyciekła poza szkołę. O ile te drobne podłości można było jeszcze przełknąć (plotki, ochrona reputacji, publikacja wbrew jej woli wiersza w gazetce), to dalej jest jeszcze gorzej – wypadek, gwałt, brak pomocy u szkolnego pedagoga, w końcu najgorsza decyzja, czyli samobójstwo pokazane bez upiększenia jako brudne, brutalne i nieprzyjemne, pozostawiające pustkę wokół najbliższych. Natomiast bardzo nie podoba mi się zakończenie sugerujące drugą serię (co niestety zostało potwierdzone przez Netflixa), gdzie może dojść do znacznie brutalniejszych wydarzeń.

I jest jeszcze jedna rzecz, która zasmuciła mnie – chodzi o dorosłych. A dokładniej o to, że nie tyle nie wiedzą o tym, co robią swoje dzieci, ale raczej fakt, iż one nie dopuszczają ich do swojego świata. Z czego to może wynikać? Nawet pedagog okazuje się osobą kompletnie nierozumiejącą i nie potrafiącą wyczuć, że coś jest nie tak (nadmiar uczniów i natłok obowiązków może być usprawiedliwieniem, ale tutaj zabrzmiało to fałszywie).

Realizacja jest więcej niż sprawna, zwłaszcza w kwestii montażu, gdzie zdarzenia z przeszłości bardzo płynnie przechodzą do teraźniejszości (zwróćcie uwagę na kolory), do tego okraszając całość bardzo chwytającą za serce muzyką, pozostającą w pamięci na długo. Nawet te mroczne i ostre sceny są zrobione tak, by łatwiej było wejść w skórę bohaterów. Ale to wszystko pozwala wybrzmieć tej gorzkiej historii pokazującej „efekt motyla” – jedno zdarzenie, niczym kamień rzucone z góry wywołuje cała lawinę sytuacji.

Trudno też nie być obojętnym wobec bohaterów, którzy nie są tacy jednoznaczni w ocenie. W dodatku świetnie zagrani przez kompletnie nieznanych – poza Dylanem Minnette wcielającym się w Claya – aktorów. Bo nawet sprawcy (przynajmniej niektórzy) potrafią wzbudzić współczucie, gdyż w pewnej sytuacji zachowali się egoistycznie (Alex, Zach, pod koniec Justin, cheerleaderka Sheri). Jednak uwagę skupia dwójka bohaterów, czyli Hannah (debiutująca Katherine Longford) i Clay. Czuć między tą parą chemię – gdyby nie okoliczności – mogliby być parą. Ona niebrzydka, jako nowa w szkole próbująca się zaaklimatyzować, coraz bardziej czującą się osamotniona, z czasem coraz bardziej zamknięta. Zdarza się jej także, popełniać błędy i źle oceniać innych (zgubienie pieniędzy rodziców, odrzucenie zakochanego w niej chłopaka z powodu poprzednich doświadczeń). On jest wycofanym, ale w swojej nieśmiałości uroczy. Jako jedyny sprawia wrażenie kogoś, kto chce coś z tym zrobić, chociaż robi to (przynajmniej na początku) trochę na ślepo, kierując się wściekłością, gniew i poczuciem, że ktoś musi za to odpowiedzieć. To on niszczy kompromitującym zdjęciem szkolnego fotografa, który był stalkerem, niszczy samochód Zacha, doprowadza do płaczu Courtney, bojącej przyznać się do swojej orientacji seksualnej. Wszystko zmienia się dopiero w momencie przesłuchania własnej taśmy (ciekawe, że jedno zdarzenie może być odbieranie w tak różny sposób). I choć pozornie jego wina wydaje się błahostką (w porównaniu z resztą), będzie go prześladowało poczucie, że mógł coś zrobić (scena, gdy wyobraża sobie moment, w którym zostaje w pokoju z dziewczyną). To uczucie znam aż za nadto i też uważam, że mogłem pewną sprawę wobec bliskiej osoby rozegrać inaczej, przez co łatwiej było mi się identyfikować z tym bohaterem.

Jest jeszcze bardzo tajemniczy, sprawiający wrażenie wszystkowiedzącego Tony (Christian Navarro) – kumpel i jedyny przyjaciel, jaki pozostał Clayowi. Zawsze pojawiają się w serialu momenty wspólnych rozmów, gdzie wspierający kumpel próbuje zrozumieć działania naszego bohatera (przełomowe staje się wyznanie prawdy o swojej roli podczas wspinaczki na wzgórze), przez co więź staje się silniejsza. No i Bryce (Justin Prentice) – kompletnie antypatyczny bohater, przypominający łotrów z kina. Rozpieszczony, dziany, bezkarny, biorący i chcący mieć wszystko, na co ma ochotę. Do tego diler, mający swoje dojścia oraz gwałciciel.

Zazwyczaj jest tak, ze seriale i w ogóle produkcje o nastolatkach są infantylne, ckliwe do bólu, dotykające ich problemów w sposób płytki oraz powierzchowny. „Trzynaście powodów” wyróżnia się i brutalnie przypomina, że psychika wchodzącego w życie młodego człowieka bywa czasami zrobiona ze szkła, które może pęknąć z byle powodu. Nie zawsze objawy depresji, przygnębienia oraz psychicznych ran są widoczne gołym okiem. I chciałbym, ale to bardzo chciałbym, że każdego takiego człowieka zawsze można uratować, wesprzeć i pomóc. Ale boję się, że druga seria będzie zwykłym skokiem na kasę, a pierwszą radzę obejrzeć (nawet z synem/córką w wieku licealnym) i wtedy pomówić o paru kwestiach. Chciałbym, żeby to troszkę zmieniło ten świat na lepsze.

8,5/10 + znak jakości 

Anna jest młodą, ale bardzo skrytą dziewczyną z astmą, która ma problemy z akceptacją siebie oraz otoczenia. Ma swoje humory, potrafi bez powodu się wkurzyć i trudno jest nawiązać relacje z kimkolwiek. Jej opiekunowie (rodzice nie żyją) decydują się zaprowadzić dziewczynę do wujostwa na wieś, by się polepszyło. Pewnego dnia trafia na opuszczone domostwo, które ja intryguje i zaczyna je rysować. Wieczorem trafia na młodą, blondwłosą dziewczynkę o imieniu Marnie. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że mieszka w opuszczonym domku. Anna zaczyna się z nią przyjaźnić, ale zaczyna mieć wątpliwości, czy nowo poznana koleżanka istnieje naprawdę.

Rzadko zdarza mi się odwiedzać kino azjatyckie, jednak animację to skośnoocy potrafią zrobić. W końcu to owiane legendą studio Ghibli, z którym nie miałem zbyt wiele do czynienia. I pierwsza, co rzuca się w oczy to piękna, ręcznie rysowana animacja z zachwycającymi krajobrazami. Dom na mokradłach, których woda podnosi się i opada wygląda prześlicznie, twórcy skupiają uwagę na pełnej szczegółach scenografii, wprowadzając na w pociągający i tajemniczy świat. Do tego bardzo delikatna, liryczna muzyka, wpadająca mocno w ucho, tworząca niezwykły klimat całości.

A cała historia skupia się wokół tajemniczej Marnie – twórcy długo wodzą za nos, co do jej tożsamości. Jej obecność w życiu zahukanej i strachliwej Anny działa bardzo pozytywnie. Dziewczyna bardzo stopniowo zaczyna się zmieniać, dostrzegać inaczej świat i mierzyć się z własnymi demonami. Kluczowa wydaje się wspólna wyprawa do podniszczonego silosu podczas burzy – wtedy robi się naprawdę mroczniej i to Anna (ta wyciszona) staje się wsparciem dla wystraszonej Marnie. Stopniowo odkrywamy kolejne elementy układanki, tworząc bardzo spójną, logiczną oraz poruszającą historię z wieloma ślicznymi fragmentami (wspólny taniec dziewczynek, retrospekcje z życia Anny), które dają wiele do myślenia, a także pokazują zagubienie oraz lęk bohaterki przed otworzeniem się.

Przyznam się wam do czegoś: po raz pierwszy odkąd pamiętam, rozkleiłem się w trakcie oglądania filmu, co nie zdarzyło mi się nigdy. Końcówka to prawdziwy emocjonalny rollercoaster, który doprowadzi do łez nawet największego twardziela i poznajemy prawdziwą historię Marnie. To bardzo mocne emocjonalnie, choć bardzo klasycznie zrealizowane kino.

Tym większa szkoda, że ta nominowana do Oscara produkcja nie trafiła do kin, tylko od razu na DVD. I chyba skuszę się, by posmakować japońszczyzny, bo jest bardzo dobra. Takie filmy powinno się pokazywać dzieciom, a następnie porozmawiać z nimi o pewnych sprawach. To już wiecie, co macie robić, prawda?

8/10

Tagi: animacja
00:18, radkino , kino
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 czerwca 2017

Kto z nas nie czytał choćby raz „Małego Księcia” Antoine de Saint-Exupery’ego? Historia chłopca z asteroidy B-612 poruszała (i moim skromnym zdaniem) ciągle będzie poruszać kolejne pokolenia. Także filmowcy mierzyli się z tym tematem, a ostatnia wersja (francuska) poszła o krok dalej i dodali do tego coś w rodzaju tła.

Sama historia Małego Księcia jest tylko fragmentem większej całości, gdyż główną bohaterką jest dziewczynka. Mieszka z matką-pracoholiczką, a jej plan na życie został precyzyjnie zaplanowany, co do minuty. Celem jest dostanie się do prestiżowej uczelni, zajmującej się matematyką. A obok niej w nowym mieszkaniu jej sąsiadem jest pewien bardzo starszy pan. Jak się okazuje jest Pilotem – tym pilotem. Tylko, że w tej zapracowanej wersji naszego świata nikt historii Małego Księcia nie zna. Dziewczynka, mimo początkowych oporów, zaczyna przyjaźnić się z mężczyzną i poznaje historię Małego Księcia.

Pilotujący całość Mark Osborne (twórca pierwszej „Kung Fu Pandy”) miesza konwencję oraz style animacji. Historia współczesna opowiedziana jest zgodnie z obowiązującymi dzisiejszymi trendami kina animowanego, czyli bardzo wyrazista kreska, trójwymiarowe otoczenie, jak Pixar z DreamWorks przykazał. Sama wizja świata naszej bohaterki przypomina współczesną galop, gdzie tak naprawdę trzeba jak najszybciej dorosnąć. Co to znaczy? Być konkretnym, stojącym mocno na ziemi i pozbawionym wyobraźni automatem. Mocno przypomina o tym (też dodana przez twórców) wizyta w korpoplanecie, która przypomina świat z „Brazil” Terry’ego Gilliama – zapieprzające niczym mrówki ludzie, niczym w zegarku, a dzieci po prostu nie istnieją (mają przyspieszony kurs dojrzewania – bardzo mroczny i nieprzyjemny). To bardzo przygnębiająca wizja świata, który bezwzględnie zmierza w tym kierunku.

Ale historia Małego Księcia (z ciekawie dopisanym zakończeniem – to sami zobaczcie) jest zrealizowana w klasyczny sposób. Animacja wygląda na ręczną, nie ma zbyt wiele detalów, a niektóre postacie jak Lis wyglądają niczym zrobione z wycinanki. I to wygląda po prostu pięknie, bardziej niż współczesne trendy (czyżby film o sile wyobraźni, gdyż ona czyni nas dziećmi, miała sugerować jaka forma animacji jest odpowiednia? A może tylko ja sobie to dopowiadam). Problem w tym, że ten współczesny wątek jest troszkę na siłę dopowiedziany, przez co większą siłę rażenia będzie miał dla młodego odbiorcy. Nadal ogląda się to nieźle, a kilka scen (ucieczka z korpoplanety) potrafią wziąć za serducho.

Także polski dubbing zasługuje na pochwałę, co jest zasługą świetnego doboru głosów. Tutaj najbardziej wybija się Włodzimierz Press (lekko postrzelony, ale sympatyczny Pilot) oraz Aleksandra Kowalicka (czarująca, zafascynowana, ale nie przyjmująca bezkrytycznie opowieści Dziewczynka), miedzy którymi zaczyna rozwijać się silna więź. Twórcy postanowili zaangażować też bardziej rozpoznawalnych aktorów jak Andrzej Seweryn (Król), Piotr Adamczyk (Próżny), Adam Ferency (Księgowy) czy Robert Więckiewicz (Wąż), którzy w pełni wykorzystują dany im krótki czas ekranowy, tworząc wyraziste postacie.

Mimo pewnej łopatologii w wątku współczesnym, „Mały Książę” bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Był zrobiony z sercem, a twórcy chcieli ugryźć go z zupełnie innej strony, za co doceniam wysiłek. Kawał ładnego kina dziecięcego.

7/10 

Tagi: animacja
10:37, radkino , kino
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 18 czerwca 2017

Procol_Harum_Novum

Równo 50 lat temu swój debiutancki album wydał brytyjski zespół Procol Harum kierowany przez Gary’ego Brookera. I to właśnie z niego pochodzi najsłynniejszy przebój zespołu, czyli klawiszowy „A Whiter Shade of Pale”. Do tego czasu doszło do rozpadu grupy (front man odszedł na 14 lat), wielu roszad w składzie (z pierwotnego założycielskiego ostał się tylko Brooker) i ciągle nagrywa. Na nowe wydawnictwo trzeba było czekać aż 14 lat. To sporo czasu, ale czy „Novum” jest spełnieniem tego oczekiwania?

Zaczyna się od ładnego pianina w bluesowym „I Told On You”, gdzie tnie gitara Geoffa Whitehorne’a oraz sam Brooker na klawiszach. Klimat zmienia się na cieplejszy w wyciszonym „Last Chance Motel” z wybijającymi się klawiszami oraz troszkę mocniejszym refrenem. Ciężej, choć nadal w duchu bluesa szaleje „Image of The Beast”. Znowu odzywa się gitara, wsparta przez klawisze, mieszające organy z fortepianem, pod koniec pozwalając sobie na odrobinę psychodelii. Uszy mi drażniła plastikowy początek w rozmarzonym „Soldier”, w którym wszystko inne układa się w piękna całość. Kontynuuje tą atmosferę „Don’t Get Caught” z ładną, delikatną gitarą, co w refrenie (razem z klawiszami) pozwala sobie na więcej. Krótkim oddechem jest szybkie (ale krótkie) „Neighbour” z akordeonem, pozwalające sobie na luz.

Kompletnie wprawiło mnie w zaskoczenie nostalgiczne „Sunday Morning” z pięknym klawesynem na początku, werblową perkusją oraz gitarą akustyczną. Nawet te elektroniczne smyczki spinają wszystko w śliczną całość. Pozornie spokojny „Businessman” to powrót do bardziej rockowych brzmień. Podobnie jak najdłuższy w zestawie „Can’t Say That” mający w sobie bluesowy sznyt, zgrabne popisy klawiszowe oraz solówki gitary i perkusji w środkowej części utworu. W zbliżonym stylu, choć bardziej pianistyczny jest „The Only One” i finałowy „Somewhere”.

Grupa nie wywraca niczego do góry nogami, ale powraca w wielkim stylu, czarując i dając wiele pięknych melodii. Głos Brookera nadal ma siłę ognia (troszkę przypomina Zucchero, ale tylko w wyższych rejestrach), reszta grupy też ma swoje pięć minut i przypominają, że mają u siebie gitarzystę nie bez powodu. Żadne „Novum”, ale bardzo wysoka półka.

8/10

PiotrBukartyk_OZgubnymWplywieWyzszychUczuc

Ten gitarzysta i wokalista znany jest fanom radiowej Trójki, gdzie w każdy piątek prezentuje swoje nowe piosenki, grane z Krzysztofem Kawałko. Nieuniknione jest jednak to, ze te piosenki (w nikłym stopniu) trzeba takze wydać na płytę, gdyż niekażdy ma radio i może posłuchać. Po trzech latach ukazuje się nowe dzieło barda – “O zgubny wpływie wyższych uczuć”, które wydano 2 miesiące temu.

Zaczyna się mocnym ciosem w postaci singlowego “O przyjaźni” z prostą, ale chwytliwą melodią na gitarze akustycznej. Ale w refrenie wchodzi gitara elektryczna (dość łagodna), która pod koniec pozwala na ostrzejszy fragment. Dominuje jednak brzmienie akustyczne, wspierające niski wokal Bukartyka oraz jego bardzo refleksyjne teksty opowiadające o kwestiach natury intymnej (czyli bliskości, przyjaźni, samotności i miłości). Tak jest z łagodnym, melancholijnym “Tylko o nas” czy ocierającym się o western “Niech sobie śpi”. W ogóle duch Dzikiego Zachodu jest tutaj mocno odczuwalny, nawet w bardziej elektrycznym “Leje wieje”, by nagle skręcić w stronę bluesa (“Łajdak i świnia”, “Ten sam punkt”), niemal skocznego walca (“Teraz ci zapłacę”) czy delikatnego folku (“Tusz do rzęs”). Bukartyk nie spieszy się, bo nie ma specjalnie po co i opowiada swoje mikroopowieści, gdzie nie brakuje miejsca także dla humoru (troszkę gorzkiego jak w “Piosence spóźnionego na kolację”).

Sam Bukartyk ze swoim niskim głosem sprawdza się dobrze, chociaż nie jest on najważniejszy, lecz tekst oraz riffy Kawałki, dostosowujące się do tempa I nastroju. Wszystko się tu zgrabnie układa w lekką, fajną całość, ale niepozbawionej głębszej refleksji. Bukartyk nie przynudza, ciągle zaskakując tekstami. I ciągle trzyma poziom.

7,5/10

Tagi: Rock
01:24, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 czerwca 2017

0005Y1V1XS9WSB3K-C122

Fani polskiego rocka progresywnego muszą znać zespół SBB. Trzy lata temu do grupy powrócił perkusista Jerzy Piotrowski, więc kapela Józefa Skrzeka dalej działa jako trio. W zeszły roku wydali swój premierowy materiał (po 4 latach przerwy) „Za linią horyzontu”, który miał być powrotem do formy. Czy tak było?

Na dzień dobry dostajemy epickich „Słonecznych wojowników”, gdzie słyszymy ładnie brzmiącą elektronikę, a w tle wspiera ją troszkę ostrzejszą (ale tylko troszkę) gitarę. W podobnym, spokojnym tempie grany jest „Najwyższy czas”, gdzie ciągle wybija się Moog oraz nakładające się głosy Skrzeka (jeden śpiewający, drugi bardziej recytujący). Ale w połowie wchodzi Piotrowicz tnącą gitarą robiąc przebojową solówkę. Mroczniej i wręcz onirycznie robi się w długim, instrumentalnym „360 do tyłu”, gdzie sklejka riffów (brzmiących bardzo egzotycznie), perkusji oraz nakładających się klawiszy tworzy koktajl Mołotowa. Zaskakuje spokojniejszy, ciepły „Goris” zdominowany przez bardzo łagodną elektronikę, jazzowo-reggae’ową perkusję oraz drobne wokalizy Skrzeka. Powrotem do zwartej, szybkiej piosenki jest numer tytułowy ze zwartą solówką Lakisa (w połowie dochodzi do ostrej konfrontacji między gitarą i perkusją), by dać potem odsapnąć wolniejszemu „Pacific”, gdzie Lakis maluje niczym pędzel spokój oceanu. Czuć błogi nastrój przy tym utworze, tak samo w cichym „Zielonym, niebieskim, żółtym” (najkrótszy utwór na płycie), który mógłby się spokojnie znaleźć na solowej płycie Davida Gilmora.

Ale na sam koniec dostajemy „Suitę nr 9”, czyli to oblicze SBB jakie lubią jego najwierniejsi fani. 15-minutowa kompozycja, zaczynająca się niczym szybki, rockowy numer (perkusja pędzi jak szalona), gitara czasami skręca w strone funku, ale klawisze (te ciężkie smyki w tle) tworzą atmosferę niemal z horroru. Wchodzi z impetem i nawet, jeśli pojawiają się chwile oddechu (łagodniejsza gitara od 3 minuty), to nie pozwalają oderwać uszu od pierwszego planu, gdzie szaleje Skrzek na klawiszach, coraz bardziej atakując i dominując do samego końca. Ale okolice 5:30 następuje bardzo ostrożne spowolnienie, chociaż perkusja wydaje swoje ostatnie chwile, a klimat staje się bardziej epicki. Gitara jest podniosła, Skrzek wrzuca swoja wokalizę i czuć prog-rocka z lat 70., by znowu przyspieszyć, a na sam finał dając totalne wyciszenie z cichym głosem Skrzeka, wracając do melodii z początku.

SBB wraca do swojej dobrej formy i fani będą usatysfakcjonowani. Ale czy młodsi też zwrócą uwagę? Obecność na zeszłorocznym Męskim Graniu świadczy, że jest zapotrzebowanie, więc może się trafi jakiś wrażliwy człowiek zaintrygowany „Za linią horyzontu”, iż może sięgnąć po poprzednie dzieła SBB.

7,5/10

czwartek, 15 czerwca 2017

Po przyglądaniu się animacjom zza Wielkiej Wody, tym razem pora na produkcję z Europy. Ukraińska animacja opowiada o małym chłopaku Nika, syn krawca, co wiele lat temu wybił ostatniego smoka. Chłopak nie chce się uczyć fachu, tylko marzy o byciu bohaterem. I będzie miał okazję się wykazać gdyż smok opętał ciało pewnej kobiety, zamierzając swój powrót. Chłopak wplątuje się w walkę, przez gadającego nietoperza Edka, próbującego zostać wielkim czarnoksiężnikiem.

Sama historia nie jest może sama w sobie oryginalna, ale przez pewien czas potrafi wciągnąć. Wygląda to całkiem nieźle, co jest zasługą wtopienia do całości elementów kultury słowiańskiej (stroje, wygląd chat, fryzury). Problem jednak w tym, że twórcy pokazują wzorce absolutnie nie do naśladowania. Nasi bohaterowie są zwyczajnie, bezczelni, nieodpowiedzialni i nie wywiązujący się z danego słowa. Zwłaszcza Edek wydaje się bardzo śliskim, nieufnym partnerem, jakiego nie życzyłbym sobie nikomu. Czyżby to miał być przewrotny morał – rób jak chcesz i pewnością siebie podbijesz świat, osiągając swój cel? Wątpliwe moralnie, w dodatku opowiedziane w tak nudny sposób, gdyż z góry wiadomo jak się skończy cała historia. Bohaterowie trafiają do innego świata, trafiają na dziewczynę znającą ten rejon (Rebeka zwana Peszkiem), zaczyna rodzić się przyjaźń (bardziej to przypomina syndrom sztokholmski), po drodze jakieś żarty (niskich lotów).

Sytuację próbuje ratować polski dubbing i do aktorów nie mam zastrzeżeń. Udało się zatrudnić takich weteranów jak Piotr Fronczewski, Jarosław Domin, Miłogost Reczek, Adam Baumann i Anna Sroka. Jednak materiał był tak kiepski, że wszelkie próby i starania nie są w stanie wnieść całości na wyższy poziom. Daje się tego słuchać, ale całość jest strasznie wymęczona, nudna i obrzydliwa. Takie filmy, choć nie kopiujące na siłę zachodnich wzorców, wywołują poczucie żenady i wstydu. Absolutnie nie warto.

3/10

Tagi: animacja
22:33, radkino , kino
Link Dodaj komentarz »

„Fistaszki” to jedna z najpopularniejszych serii komiksowych w historii tego gatunku, zrealizowana przez Charlesa M. Schulza. Bohaterami serii były bardzo wcześnie dojrzałe dzieci, trafnie i celnie komentujące zastaną rzeczywistość, ale najważniejszy był on – Charlie Brown. Chłopiec w żółtym sweterku z czarnymi paskami był klasycznym, szkolnym looserem. Czegokolwiek próbował się podjąć, zawsze kończyło się to porażką. Nieważne czy chodziło o puszczanie latawców, grę w baseball czy kopnięcie piłki futballowej. Charlie opiekujący się psem Snoopym wchodzi w trudny okres i nie dlatego, że chce się wybić, ale zakochał się w nowej koleżance – rudowłosej dziewczynie. Tylko jak zwrócić swoją uwagę? Tymczasem Snoopy znajduje maszynę i zaczyna pisać powieść, w której jest pilotem myśliwca walczącym z Czerwonym Baronem.

Jak widać z opisu, historia nie jest skomplikowania i jest pretekstem do pokazania gagów, pokazujących determinację naszego chłopca, by zdobyć uwagę Rudej. I trudno nie powstrzymać się od śmiechu, gdy wszelkie próby Charliego kończą się porażką. Ale dlaczego tak się dzieje? Czyżby los był tak podły i złośliwy, że jakakolwiek próba musi skończyć się porażką? Bo zawsze latawiec zahaczy o drzewo, próba tańca na balu kończy się włączeniem zraszacza (mimo, że nasz bohater przeszedł trening), a literackie próby Snoopy’ego są traktowane szyderczo. Niemniej twórcy nie drwią i nie szydzą ze swoich bohaterów, tylko pokazują nieporadność Charliego z życzliwością, a bohater ma wsparcie kilku osób (w tym kujona Linusa). Do tego naprawdę pokręcona wyobraźnia pieska (jego historia to popis animatorów, szalonej wyobraźni i dobrych gagów) i otrzymujemy rozczulającą, czułą komedię.

Widać, ze twórcy lubią pierwowzór Schulza, więc sama animacja mocno trzyma się pierwowzoru i oddana jest z szacunkiem oraz sercem. Postacie (choć trójwymiarowe) wyglądają niemal żywcem wzięte z komiksu, mimo bardzo niewielu detali w sylwetkach oraz twarzy. To jednak jest najmocniejszy atut filmu, a dowcipne gagi (Snoopy przebijający się do obozu czy taniec Charliego Browna) wywołują uśmiech na twarzy. A polski dubbing wypada całkiem przyzwoicie, choć dzieciaki u nas jakoś na ekranie niespecjalnie sobie radziły.

Produkcja pozornie skierowana do najmłodszego grona odbiorców jest ciepłym, serdecznym, sympatycznym filmem. Starsi mogą poczuć nutkę nostalgii wobec ferajny: Linusa, Lucy, Patty, Schroedera i nie będzie w tym nic złego, bo przypomną sobie początki znajomości z Charlie Brownem.

7/10 

Tagi: animacja
17:05, radkino , kino
Link Dodaj komentarz »

Iran wydawał się przez pewien czas krajem spokoju i sporych swobód, jak na państwo monarchiczno-dyktatorskie. Ale rok 1978  oraz rewolucja wywróciły wszystko do góry nogami. To w tych czasach przyszło żyć młodej Marjanne Satrapi – rysowniczce, autorce komiksów oraz reżyserce filmowej. W 2007 roku (w formie filmu) postanowiła opowiedzieć swoją historię, którą wcześniej pokazała w komiksie.

Reżyserka wsparta przez Vincenta Paronnauda miesza jej wspomnienia, historie bliższych, by pokazać jak silne były przemiany społeczno-polityczne w Iranie. Jak kraj posiadający swobody, coraz bardziej idzie w stronę prawa opartego na islamie i Koranie. A prawo to mocno ogranicza prawa kobietom (i nie tylko), a wszystko co zachodnie (muzyka, filmy) są zabronione. Dla nas, tzw. ludzi zachodu wydaje się to czymś nie do pomyślenia. Dodatkowo bardzo surowa, ale piękna kreska oparta na czerni i bieli (więcej nie trzeba).

Samą historię można podzielić na trzy etapy: dzieciństwo, wyjazd do Francji oraz powrót do kraju. Każdy z tych etapów coraz bardziej pozbawia złudzeń naszej bohaterki, która przedwcześnie zaczyna dojrzewać. Bezsensowna wojna, czystki polityczne, wreszcie obowiązkowe prawo nakazujące wszelkiego rodzaju życia towarzyskiego (zakaz alkoholu, spoglądania na kobiety, sama kobieta nie może publicznie chodzić w innym stroju niż zasłaniającym wszelkie wdzięki), przez co każda próba wszelkiego „normalnego” życia staje się formą buntu. Jednak to zachłyśnięcie Zachodem, podczas pobytu we Francji, zaczyna pokazywać swoje mroczniejsze oblicze. Dystans innych ludzi do niej, rozczarowania miłosne, bezdomność, choroba, poczucie alienacji.

I musiało dojść do powrotu, niby normalności, bo wojna się skończyła, ale nie oznaczało to, iż w kraju jest bezpiecznie. Dominacja religii, poczucie przygnębienia, bezsilności – to wszystko przebija się z ekranu, doprowadzając do dziwnej konsternacji. Że w każdym kraju, na każdej szerokości geograficznej, jest potrzeba normalnego życia w zgodzie z własnymi przekonaniami. Czasami jednak takie życie bywa nie do zniesienia w takim państwie opartym na dyktaturze, teokracji czy innej formie indoktrynacji. Historia Marjanne bywa czasem okraszona humorem (jej rozmowy z Bogiem, wyjście z letargu, a w tle „Eye on the Tiger” – pasuje ten kawałek idealnie), jednak trudno wymazać obrazki z wojny (bombardowania, trupy, kości) czy scenę nalotu policji podczas imprezy.

Satrapi uderza, ale nie jest w żaden sposób ani sentymentalna, ani przesadnie okrutna. Próbuje zachować równowagę, portretując wszelkie próby zwykłego życia w Iranie. Wszystko spina się w mocną, silnie angażującą całość, przez co wiele razy nie mogłem wyjść ze zdumienia. „Persepolis” skupiło uwagę widowni na całym świecie potwierdzając, że każdy temat można pokazać w formie animacji, tylko trzeba mieć do tego odpowiedni klucz.

7,5/10

środa, 14 czerwca 2017

Zdarzały się już wcześniej próby przenoszenia na duży ekran bohaterów gier komputerowych, ale o żadnej z nich nie można powiedzieć wiele ciepłych słów. Teraz postanowiono dokonać transferu Ratcheta i Clanka – bohaterów serii gier na konsolę. Jednak filmowa ekranizacja jest prequelem przeznaczonym głównie dla osób nieznających tej marki.

Pierwszy z nich jest lombaxem mieszkającym w małym wygwizdowie, gdzie pracuje jak mechanik. Mierzy jednak znacznie wyżej, gdyż chciałby być kosmicznym strażnikiem (nie mylić ze Strażnikami Galaktyki). Drugi jest niskim robotem, który miał dołączyć do armii paskudnego Draxa, który zaczął niszczyć planety i wybierać pojedyncze fragmenty. Ale podczas budowy coś poszło nie tak (znaczy piorun strzelił w fabrykę produkującą) i zamiast niszczyć oraz siać zamęt, staje po stronie dobra. Duet zaczyna się powoli zgrywać i dzięki obronie miasta bohaterów. Wystarczy teraz tylko pokonać Draxa i wszystko będzie dobrze.

Innymi słowy jest to klasyczne kino przygodowe w otoczce SF. Znamy takich opowieści setki, więc nie ma tutaj mowy o jakimkolwiek zaskoczeniu. Sama kreska przypomina tą z gier, tylko zrobioną dzięki obecnej technologii. Czyli jest całkiem nieźle, kreska wygląda miło, chociaż troszkę koślawo. Tak jednak miało być, twórcom udaje się podrzucić kilka żartów (to akurat zasługa tłumaczenia), a całość jest bardzo lightową i lekką zabawą. Można było troszkę podkręcić gazu, ale to skierowana dla młodego odbiorcy oraz dorosłych zachowujących w sobie dziecko. Efekciarskie, bajeranckie i mocno przewidywalna opowieść o odpowiedzialności i stworzeniu w pełni zgranego kolektywu.

Z kolei polska wersja językowa jest dość nierówna. Tłumaczenie pełne jest żartów i drobnych aluzji do naszego podwórka (afera podsłuchowa), a obecność lektora (Tomasz Knapik) w przeskokach z miejsca na miejsce ma wiele uroku. Co do głosów postaci, to zostało tylko kilkoro aktorów powtarzających swoje role z gier. Mowa tu o dobrym Jerzym Kryszaku (robot Clank), świetnym Mirosławie Wieprzewskim (demoniczny naukowiec, dr Nefarius) oraz wspierających nasz duet Karolinie Kalinie (twardej Elaris) i Annie Sroce (jajogłowa Cora). Zmiany dotknęły Ratcheta oraz szefa strażników, kapitana Quarka. O ile w drugim przypadku, czyli nierozgarniętym i posiadającym wielkie ego kapitanie zmiana ta wyszła na plus (kapitalny Łukasz Nowicki godnie zastąpił Roberta Tonderę), o tyle nasz antagonista w wykonaniu Macieja Musiała jest zaledwie poprawny. Nie mogłem pozbyć się wrażenie bycia na siłę cool oraz wyluzowania. Zdecydowanie warto też pochwalić Waldemara Barwińskiego jako głównego antagonisty.

O ogólnym rozrachunku wychodzi z tego całkiem niezła zabawa, chociaż mało odkrywcza i zaskakująca. Gdyby nie bohaterowie oraz zderzenie ich charakterów, byłoby bardziej nudno niż zwykle. A tak jest fajna i niezobowiązująca rozrywka, głównie dla młodego kinomana.

6/10

Tagi: animacja
13:45, radkino , kino
Link Dodaj komentarz »

Linkin_Park%2C_One_More_Light%2C_album_art_final

Dawno, dawno temu (tak na przełomie wieków) rozpoczął działalność kozacki zespół, który mocno zmieszał ostre rockowe granie z rapem I elektroniką. Linkin Park po dwóch płytach (“Hybryd Theory” I “Meteora”) zyskali rzesze ulubieńców. Potem bywało różnie, brzmienie zaczęli łagodzić I skręcać w stronę popu, ale trzy lata temu albumem “The Haunting Party” wrócili do korzeni. Zapowiadany na ten rok “One More Light” miał pójść w stronę bardziej popowego brzmienia. Ja rozumiem, że nie można ciągle grać jednego i tego samego, bo w końcu wszystkim się to znudzi. Prędzej czy później muzyka przechodzi ewolucję, ciągle zmieniając swoje brzmienie, ale pod jednym warunkiem. Że będzie dobra. Czy tak jest w tym przypadku?

Zaczyna się nieprzyjemnym „Nobody Can Save Me” z płynącą ambientową elektroniką, przerobionymi odgłosami (a’la Indie) i całość jest tak plastikowa, jakby nagrała ją współczesna gwiazdeczka próbująca przebić się do szerszego grona odbiorców. Nawet gitara wydaje się płaska i sztuczna. Chciałbym powiedzieć, ze dalej będzie tylko lepiej. Ale nie. Pianistyczna nuda w postaci „Good Goodbye” ratuje tylko rapowana wstawka Mike’a Shinody (facet jest w świetnie formie przez cały materiał) oraz gościnne wejście Pushy T i Stormzy’ego), troszkę mocniejsze „Talking To Myself” ma całkiem niezły riff na początku, ale dalej jest strasznie elektronicznie (przerobione głosy, „organowe” tło), podobnie jak „Battle Symphony” – batalia jest tu ciężka, z elektroniczną perkusją. Czy w ogóle jest jakiś dobry kawałek? Odpowiedź jest brutalna i brzmi: NIE. Za dużo pójścia z prądem, za mało melodii.

Chester Bennington złagodniał strasznie i wypada strasznie blado. Nawet nie chodzi o to, że nie drze swojej japy, bo ten głos dziwnie pasuje do tej konwencji – tandetno-plastikowej. Już nawet kawałki z „LIving Things” wydają się bardziej wyraziste i zapadające w pamięć od tej mętnej nijakości. Nie taki Linkin Park chcę pamiętać, bo to po prostu kiepskie jest. Może się sprawdzić jako tło podczas pracy, ale to chyba za mało jak na taki zespół. Półgodzinne zło w czystym wydaniu.

1/10 

Tagi: Pop
02:38, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 167
Tagi
ministat liczniki.org
zBLOGowani.pl