wtorek, 21 lutego 2017

Indie – kraj bardzo barwny i pełen niesamowitych krajobrazów.  Właśnie tam mieszkał Saroo, młody chłopiec przebywający tam z siostrą (jeszcze niemowlę) i starszym bratem Godoo. Żyją oni w strasznej biedzie, ale wspierają się jak mogą. Pewnego dnia Saroo razem z bratem jadą szukać pracy. Chłopiec jest zmęczony, a starszy brat rozgląda się za pociągiem. Długo nie wraca i chłopiec próbuje go znaleźć na dworcu, ale zasypia w pociągu jadącym do Kalkuty. Zostaje sam w obcym mieście, trafiając niemal do piekła. Wreszcie trafia na życzliwych ludzi, którzy organizują adopcję dla rodziny z Australii. Ale po 25 latach przeszłość nie pozwala o sobie zapomnieć.

Garth Davis sięgnął po historię tak nieprawdopodobną, że musiała wydarzyć się naprawdę. „Lion” to film o poszukiwaniu własnej tożsamości i rozdarciu między teraźniejszością a przeszłością oraz jej demonami. chłopaka prześladuje to, że zniknął bez śladu i nie udało mu się odnaleźć swoje biologicznej rodziny. Reżyser przekazuje te wszelkie emocjami obrazami: jest wiele przebitek z przeszłości, pełnych nasyconej kolorystyki oraz trzymających za serce (przynajmniej w zamierzeniu) scen jak ucieczka z dworca, samotna jazda pociągiem czy pobyt w areszcie. Czyli nie brakuje tutaj mroku, strachu i zagubienia. Także we współczesnym, bardzo sterylnym świecie, gdzie Saroo czuje się troszkę wykorzeniony (stonowana kolorystyka). W tą stylistykę wpisuje się także bardzo wzruszająca muzyka, która nawet poza filmowym kontekstem jest rewelacyjna. Jednak nie mogłem pozbyć się wrażenia, że reżyser wmawia mi co mam czuć, manipuluje mną. Ta opowieść sama w sobie powinna mną poruszyć i przez pierwszą połowę (do adopcji) tak właśnie jest.

Ale im dalej w las, tym bardziej przestało mnie obchodzić tak mocno, aczkolwiek przebijające się retrospekcje czy scena rozmowy z matką, proszącą naszego bohatera o wsparcie zapadają mocno w pamięć. Czułem się wtedy bardzo mocno sterowany i nie do końca uwierzyłem w tą opowieść. I najgorsze jest to, że nie wiem z czego te odczucia wynikają, bo wszystko wydaje się być na swoim miejscu.

Jeśli miałbym wskazać (poza oprawą audiowizualną) coś, co naprawdę zagrało to dobre aktorstwo. Dotyczy to głównie rewelacyjnego Saroo. Zarówno jego dziecięce wcielenie (objawienie w postaci Sunny’ego Pawara), jak i jako dorosły (przekonujący Dev Patel) tworzą bardzo wiarygodną psychologicznie postać – wrażliwego człowieka, który coraz bardziej zaczyna się zamykać w sobie, tłumi emocje, miota się między wdzięcznością od losu, a przeszłością, brakiem swojej „prawdziwej” rodziny. Poza nim najbardziej wybija się grająca na solidnym poziomie Nicole Kidman (matka adopcyjna) oraz Abishek Barathu (Godoo).

Ten film wywołuje we mnie mieszane uczucia – z jednej strony jest świetny od strony audio-wizualnej, bardzo spójny i konsekwentnie prowadzony, ale nie mogłem się pozbyć wrażenia manipulacji oraz stosowania emocjonalnego szantażu. Na pewno jest to pozycja warta uwagi i wiele kadrów zostanie w pamięci na długo.

6,5/10 

Poznajcie Skipa. Skip to drobny złodziejaszek, zajmujący się kradzieżami damskich torebek. Któregoś wieczoru, jak zawsze, robi swoją mała robótkę, sprytnym ruchem zabierając portfel z torebki. Nie spodziewał się jednak, że jej zawartość ściągnie mu na głowę aż tyle osób. Okazuje się, że w torebce należącej do Candy znajdował się mikrofilm, zawierający wzór chemiczny. To tajemnica państwową, zdobyta przez komunistów, dlatego pierwotni właściciele (rękami Candy), jak i policja chcą odzyskać film.

Tym razem Samuel Fuller bawi się w czarny kryminał, robiąc to z maestrią godną prawdziwych profesjonalistów. Skromny budżet nie jest dla niego żadnym problemem, a intryga jest tutaj bardzo piętrowa. Półświatek, wywiad, komuniści, policja – to wszystko tworzy zespół naczyń połączonych, balansując na granicy uczciwości i bandytyzmu. Wszystko się obraca wokół mikrofilmu, który jest klasycznym McGuffinem, żadnych skrętów wobec naszych bohaterów. Fuller nie bawi się w półśrodki, chociaż scen przemocy nie ma zbyt wiele. Nie brakuje zgnitego, zepsutego miasta, nie do końca działających zgodnie z prawem gliniarzy, uwodzicielską femme fatale (Candy i ta jej sukienka!!!), no i w końcu nasz Skip. Mimo twarzy anioła i krótkich blond włosów, to cyniczny twardziel, polegający na własnym sprycie oraz kompletnym braku zaufania.

Mimo tego reżyser uważnie portretuje środowisko, gdzie drobne cwaniaczki nieco trzymają się razem i próbują wiązać koniec z końcem. Nie zawsze uczciwie, ale ceny wzrosły. Najmocniej to widać w postaci Moe (znakomita Teresa Ritter), znającej wszystkich złodziejaszków, ale też posiadająca swój własny honor. Parę razy pojawia się patriotyczna gadka o współpracy dla kraju i walce z komunistami, ale zostaje to rozładowane ironicznym humorem. Za pomocą płynnych zdjęć i dość szybkiego montażu (finałowa bijatyka na metrze) trzyma w napięciu, podkręcając klimat.

W zasadzie przeszkadzały mi dwie rzeczy. Pierwsza to udźwiękowienie podczas bijatyk – te ciosy brzmia z dzisiejsze perspektywy strasznie archaicznie. Drugą rzeczą jest wpleciony wątek miłosny między naszym Skipem a Candy – wynikająca tak nagle i gwałtownie, że aż trudno było mi w to uwierzyć. Nie kłuje to jednak aż tak mocno, gdyż jest to zgrabnie zabrane. Cwaniakowaty Richard Widmark ma taką pewność siebie, że zawsze jest w stanie spaść na cztery łapy. Widać to podczas rozmów z gliniarzami, gdzie w zasadzie wydaje się wyluzowany, bezczelny, niegłupi. Partnerująca mu Jean Peters potrafi oczarować i dobrze się odnajduje w roli zaplątanej w tym układzie między chłopakiem a Skipem. To gwałtowne uczucie między tą dwójką z czasem przekonuje i nie czuć tego fałszu.

Na razie „Kradzież…” to najlepszy film Fullera, który został zrobiony pewna ręką, nadal potrafi trzymać w napięciu do końca. Mimo czasów realizacji (jeszcze Kodeks Hayesa funkcjonował), godnie się starzenie, co jest zasługą świetnego aktorstwa oraz niezawodnej reżyserii. Technicznie nadal potrafi zaskoczyć (sceny kradzieży, bijatyki), pokazując mroczną stronę miasta. Zapomniana perła lat 50.

8/10

piątek, 17 lutego 2017

Deep_Purple_-_Burn

Kto z fanów muzyki rockowej nie zna Deep Purple? Grupa z charyzmatycznym wokalistą Ianem Gillanem na pokładzie już w latach 70. robiła wielką furorę, a już wkrótce pojawi się nowe wydawnictwo. Jednak zanim do tego dojdzie, zrobimy mały krok w przeszłość. Jest rok 1974 i wychodzi album "Burn". Wtedy doszło po konfliktu w grupie, którą opuścił Gillan i basista Roger Glover zastąpieni przez Davida Coverdale'a (później założył Whitesnake) i Glenna Hughesa. W tym nowym składzie wyszedł ósmy album grupy "Burn".

Album zaczyna tytułowy utwór, gdzie mamy szybką perkusję, prosty gitarowy riff oraz mocne organy w tle. Do tego świetny riff w połowie (Blackmore kolejny raz pokazuje klasę), z dołączonymi klawiszami Lorda. Nie inaczej jest z pozornie wolniejszym "Might Just Take Your Life", gdzie prym wiodą organy i bluesowy klimat, a także świetnie zaśpiewane wspólnie refreny (w środkowej części brzmi to znakomicie). Nie brakuje też ognia i mocy jak w "Lay Dawn, Stay Down" z bardzo szybkim wstępem fortepianowym (to w ogóle fortepian szaleje na drugim planie) oraz płynnym riffem. Dalej dostajemy chropowate i mroczne "Sail Away" z prostym (lecz skutecznym) refrenem opartym na krótkiej zmianie perkusyjnego rytmu, a także dziwaczne (lecz gitarowe) "You Fool No One" - takiego wstępu jeszcze nie zdążyło mi się słyszeć. Jakby nienagrana wcześniej piosenka Cream,ale psychodeliczny środek instrumentalny i riffy Blackmore'a wskazują na Purpurę.

Troszkę przebojowo się robi na "What's Going On Here" z bluesowym fortepianem oraz mroczny "Mistreated", który bardzo wolno się rozkręca, chociaż gitara i klawisze dwoją się, troją, atakują zewsząd, jednak bez specjalnego popisywania się (może poza zakończeniem). Wtedy dostajemy coś nieoczywistego w postaci instrumentalnego "A 200", pełnego bardzo nieoczywistej elektroniki pachnącej odrobinę Orientem.

Ponieważ jest to remaster, to wszystkie dźwięki oczyszczono i przywrócono im blask, dając prawdziwego kopa. A żeby się nam nie nudziło, to dostajemy pięć dodatkowych utworów (remiksy). O dziwo Coverdale dobrze odnalazł się w grupie, godnie zastępując Gillana. "Burn" nie jest wymieniane jako jedna z wielkich płyt Deep Purple, ale brzmi ona bardzo dobrze, mimo upływu lat.

8/10

Tagi: hard rock
15:58, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »

miss-montreal-dont-wake-me-up

To moje drugie spotkanie z holenderską wokalistką Roos-Anne Hans, ukrywającą się pod pseudonimem Miss Montreal. Wydany w 2014 roku "Irrational" był dla mnie czymś świeżym oraz ciekawym doświadczeniem. Liczyłem, że "Don't Wake Me Up" będzie czymś podobnym.

Początek jest tajemniczy - tykanie zegara i budująca mroczny klimat elektronika, do której dołączają odbijające się niczym echo dźwięki smyczka oraz nakładającymi się wokalami w refrenie. I zgodnie z tytułem tego utworu, nie mam nic więcej do powiedzenia. "Nothing Left to Say" chwyta do końca, by dalej zaskoczyć kolejnymi instrumentami wchodzącymi do gry. Jednak tytułowy utwór rozdrażnił mnie swoją popową perkusją oraz dziwacznie przerobioną gitarą na samym początku, ale na dodatek mamy jeszcze mamy irytujące chórki. Koszmarek. Kiedy wydawało się, że gorzej nie będzie pojawia się "What If", czyli nudna balladka z paskudnym fortepianem i kompletnie pozbawiona jakiegokolwiek pomysłu (gitara brzmi ok, ale to tyle). Dyskotekowy flirt z elektroniką w postaci "One Last Drink" mówiąc wprost nie pasował mi tu w ogóle - głośny, nachalny plastik.

Dlatego tak wielką ulgą dla mnie było folkowe "House Upon the Hill" oraz "Sail". Od tego momentu zaczyna się lepsza połowa wydawnictwa. Nawet zbyt krzykliwe chórki ("Tic Toc") nie były w stanie mnie wywrócić z równowagi, a na pierwszy plan zaczął się wysuwać fortepian ("This Is What It Means"). Wtedy przypomina o sobie początek wydawnictwa w postaci "Love You Now", które brzmi całkiem nieźle.

"Don't Wake Me Up" zwyczajnie rozczarowało zbyt plastikowym podejściem do całości. Nawet te folkowe (przyjemne) piosenki dają radę, jednak przez sporą część męczyłem się podczas odsłuchu. Przesłuchać i zapomnieć.

5/10

Tagi: indie pop
13:49, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »

10325263_927580050657382_735570079983357966_n1

Debiutant, który zrealizował swój album dzięki wsparciu finansowemu na jednym z portali crowfundingowych. Kuba Leciej jest wokalistą i gitarzystą, współpracującym m.in. ze Slums Sttack, Don Guralesko czy Kaena. Wiem, że to dość kontrowersyjne rekomendacje, ale nie należy się zrażać. Przy debiucie artystę wsparli muzycy Lombardu, a debiutanckie "Echo" pachnie pop-rockiem. Czy jest dobrze?

Początek jest dość mocny, bo "Aylan" ma perkusyjnego kopa oraz surową elektronikę niczym z lat 90. I wypada całkiem przyzwoicie. Dalej jest na podobnym poziomie: mroczne "Nie odwracam się" z pobrudzoną gitarą oraz szybką końcówką czy nie pozbawione chwytliwego riffu "Nie umiem wiele dać" z przesterowaną elektroniką. Na mnie największe wrażenie zrobił osobisty "Synu", gdzie gitara ma więcej do powiedzenia oraz melancholijne "Więcej", które pilotowało całe wydawnictwo. Z drugiej połowy warto zwrócić uwagę na "Postalenko" oraz "Przepraszam Cię".

Samo "Echo" jest całkiem solidnym wydawnictwem bez jakiś wielkich sukcesów, ale i wpadek nie ma tutaj specjalnie dużych. To ten rodzaj muzyki, który sprawdzi się bez zarzutu w radiu, jednak niespecjalnie wyróżnia się z tłumu. Sam Leciej wokalnie daje radę, a teksty nie irytują. To już sporo, ale brakuje jakiegoś pazura w tym niby rockowym graniu.

6/10

 

Tagi: Pop Rock
12:24, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »

Process_-_Sampha_album

Jeśli pojawia się jakiś nowy talent, który podbija powoli listy przebojów z całego świata, kompletnie zaskakując wszystkich, możemy być pewni, że pochodzi on z Wielkiej Brytanii. Tak jest w przypadku niejakiego Samphy - młodego kompozytora i wokalisty, płynącego w kierunku soulu, elektroniki i r'n'b. Do tej pory tworzył m.in. dla Jessie Ware, Drake'a, Solange czy Kanye Westa, ale tym razem postanowił stworzyć coś na własne konto. Tak narodził "Process", współprodukowany przez samego artystę oraz Rodaidha McDonalda (współpraca m.in. z The xx, Vampire Weekend czy Daughter).

I te wpływy są bardzo mocno odczuwalne, co czuć już w otwierającym całość "Plastic 100°C", pełnym dźwięków harfy, tykającej gitary oraz odbijającej się niczym echo perkusji. Jest w tej minimalistycznej formie coś, co intryguje i nie daje spokoju. Znacznie bogaciej i przebojowo robi się w "Blood on Me", któremu najbliżej do The xx. Wokalizy w tle, szybka perkusja, fortepian - to wszystko ubarwia i tworzy bardzo mocne dzieło. Tak samo jak ubarwiona akustycznymi gitarami "Kora Sings", pełna przebojowości i skoczności, by automatycznie wyciszyć się w intymnym "(No One Knows Me) Like the Piano". I takie też na początku wydaje się "Take Me Inside", gdzie mamy ładny fortepian, do którego dochodzą powoli smyczki. Ale ostatnie pół minuty to elektroniczna magia.

Powrót do sampli oraz czarów klawiszowych daje nam "Reverse Faults" oraz pulsujące "Under" z zapętlonym refrenem. Dalej jest równie czarująco, a bardzo delikatny wokal Samphy może sprawić do rozmiękczenia kilku pań (wystarczy posłuchać rozmarzonego "Incomplete Kisses").

Tylko mam jeden mały problem - "Process" jest świetnie zrobiony i zrealizowany, ale wprawił mnie w obojętność. Może to kwestia kolejnych odsłuchów, by przekonać się do całości. Szanuję i doceniam.

7/10

 

Tagi: R'N'B
10:52, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 16 lutego 2017

SteveVaiPassionAndWarfare

Nazwisko Steve'a Vaia niewiele mi mówiło. Ale jak się okazało, trzeba było bliżej poznać się z tym ciekawym gitarzystą. Muzyk współpracował z Frankiem Zappą, grał w Whitesnake i uczył go sam Joe Satriani. To mocna rekomendacja, a okazją do bliższego poznania tej rockowej duszy było wznowienie drugiej solowej płyty "Passion and Warfare" z 1990 roku.

Przy nagrywaniu muzykowi towarzyszyli: klawiszowiec David Rosenthal (współpraca m.in. z Billym Joelem, Rainbow, Brucem Springsteenem), perkusista Chris Frazier (Whitesnake) i Tris Imboden (Chicago) oraz basista Stuart Hamm (Joe Satriani). Początek jest krótki i podniosły w postaci "Liberty", ale potem wchodzi ogniste "Erotic Massages", gdzie czuć troszkę ducha Whitesnake, a bas z klawiszami tworzą zgrabny duet. A gdy pod koniec grzmi piorun, to atmosfera jest mocno nieprzyjemna. I znowu riffy podkręcają aurę. Ducha klasycznego rocka czuć w płynącym "The Animal", gdzie znowu przygrywają delikatnie klawisze, a zapętlone riffy przypominają Satrianiego.

Kiedy wydaje się, że tak już zostanie następuje wolta w postaci dynamicznego "Answers".Zaczyna się akustyczną gitarą, szybkimi popisami niemal dyskotekowej perkusji oraz metalicznego basu, by powoli dać głos gitarze elektrycznej i popisującym się klawiszom. Tak samo mocny jest kolos "The Riddle", zaczynający się od zgranej sekcji rytmicznej oraz szybkich popisów Vaia. Nie sposób zapomnieć delikatnej gry klawiszy (środkowa partia utworu) oraz akustycznej gitary zmieniającej nastrój w połowie, a także wokali pod koniec. Najbardziej pamiętam czarującą, wręcz baśniową "Ballerinę 12/24" (ta akustyczna gitara na początku), ale pod koniec słychać dziwne oddychanie. To jednak wstęp do melancholijnego "For the Love of God" gdzie znowu gitara czaruje, a następnie do rock'n'rollowego jak diabli "The Audience is Listening" poprzedzonego krótkim wstępem, gdzie nasz bohater jako chłopiec jest zapowiadany przez nauczycielkę i zapewnia, że będzie najlepszym gitarzystą (jej reakcje na popisy Vaia robią niesamowite wrażenie nawet teraz). Jest też bluesowy "Blue Powder", pachnący odrobinę Dalekim Wschodem.

Żeby jednak nie było tak słodko, pojawiają się odrobinę słabsze fragmenty jak troszkę kiczowaty "I Would Love To" (elektronika tutaj mocno się zestarzała) czy zbyt popisujący się i mało angażujący "Greasy's Kid Stuff" połączony z psychodelicznym "Alien Water Kiss". Także elektronika lekko się zestarzała w akustycznym "Sisters", jednak nie irytuje to tak mocno, jak w poprzednich utworach, a pokręcony "Love Secrets" jest tak psychodeliczny, że mógłby go napisać Frank Zappa. Niezłe dziwadło.

Z okazji rocznicy dostajemy cztery dodatkowe kawałki. Pięknie brzmi liryczny "Lovely Elixir" z bardzo oszczędnym i delikatnym tłem. Druga jest alternatywna wersja "And We Are One" z niemal łkającą gitarą, wersja demo "As Abyss" z militarnym zapędem oraz orkiestrowa wersja "So Below" zrealizowana przez Nielsa Bye Nielsena (bajkowo to brzmi). I te dodatki (niewiele ich) dodają smaka do całości.

"Passion and Warfare" dobrze znosi próbę czasu, dając frajdę fanom muzyki rockowej. Nie brakuje ognia, riffów i pięknych kompozycji. Nie bez powodu album uważany jest za największe dokonanie Vaia. Od tego albumu można zacząć przygodę z rockamanem.

8/10

Tagi: Rock
14:45, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »

280xNx648.jpg.pagespeed.ic.-viP1s31E0

Irlandia zawsze kojarzy się z pięknymi krajobrazami oraz bardzo etniczną muzyką. Enya, The Fishtanks, Clannad - to najbardziej znane grupy z tej zielonej wyspy. Teraz do tego grona dołącza The Gloaming, działający od 6 lat. Tworzą go muzycy: Martin Hayes, Iarla O Lionaird, Caoimhin o Raghallaigh, Dennis Cahill oraz grający na fortepianie producent Thomas "Doveman" Bartlett. Zamiast jednak na początkach ich ścieżki, skupię się na drugim albumie wydanym w zeszłym roku pod prostym tytułem "2".

Zaczyna się od wyciszonego, ale trzymającego za gardło "The Pilgrim's Song", gdzie w tle łagodnie przygrywa fortepian, któremu towarzyszą skrzypce. Instrumenty dominują całkowicie nad wokalem śpiewającym w gaelicku. Nie brakuje bardziej skocznych fragmentów (pozornie melancholijny "Fainleog" i "The Booley House"), ale i bardziej refleksyjnych (instrumentalny "The Hare" czy gitarowy "Oisin's Song"). Trudno nie odmówić spójnego klimatu, wylewającego się z każdego dźwięku oraz instrumentu. Trudno wyróżnić jakiś poszczególny utwór czy kompozycję, co dla wielu może być sporą wadą. Nie brakuje w tym wszystkim emocji i charakteru, ale nie zapada to zbyt mocno w pamięć.

"2" brzmi jak Irlandia w całej swojej krasie - piękna, ciepła i potrafiąca poruszyć nawet najbardziej twarde serduszka. Trudno wybrać jakiś wyrazisty fragment, po prostu należy tą płytę wchłaniać w całości niczym potrawę. Wtedy da ona wiele satysfakcji.

7/10

Tagi: folk
12:12, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »

Czy jest ktoś kto nie kojarzył popularnego w latach 60. zespołu The Beach Boys? Rock’n’rollowi chłopcy śpiewający o surfingu, dziewczynach i Kalifornii? Fundamentem tej grupy był basista, wokalista i kompozytor Brian Wilson. I to o jego burzliwych losach opowiada film „Love & Mercy”. Akcja filmu rozgrywa się dwutorowo, przez co poznajemy dwa oblicza tego człowieka. Jesteśmy w latach 60., gdy Wilson jest w szczytowej formie twórczej, realizując swoje opus magnum, czyli „Pet Sounds”, by przenieść się w latach 80., gdy muzyk jest na skraju załamania nerwowego oraz terapii u tajemniczego dr Landy’ego. Wtedy na jego horyzoncie pojawia się Miranda – sprzedawczyni samochodów.

Brzmi jak love story? Nie do końca, bo fabuła nie jest klasyczną biografią od narodzin aż do dnia dzisiejszego. Reżyser Bill Pohlad skupia się na dwóch kluczowych momentach: okresie świetności grupy oraz kompletnej izolacji przez kontrowersyjnego lekarza, który przejął nad nim pełną kontrolę. A w tym wszystkim najważniejsza jest muzyka. Skąd Wilson brał pomysły na swoje kawałki? Zabrzmi to głupio, ale one siedziały w nim, tylko trzeba było otworzyć ją z siebie. Jak to zrobić? Ciągłym siedzeniem przed fortepianem oraz ciągłym doszlifowywaniem w studiu. Rozmowami oraz współpracą z muzykami w studio, aż do osiągnięcia zamierzonego efektu. Oglądanie pracy z muzykami i przekonywanie do swoich pomysłów reszty zespołu to najlepsze sceny. Ale powoli odkrywamy jak silny wpływ na Wilsona miały dwa czynniki. Pierwszym był tyranizujący, despotyczny ojciec, bijący i krytykujący dokonania naszego bohatera (jego jeden cios był tak mocny, że stracił częściowo słuch w uchu). Drugim była choroba psychiczna – nasz bohater słyszał głosy. Dopóki dzięki nim słyszał muzykę i przelewał ją na swoje dzieła, było w porządku. Ale to ona wyniszczyła jego charakter, zmieniając go we wrak - grubego, niesamodzielnego myślenia, tłumiącego swoje pragnienia i marzenia.

Imponuje tutaj strona wizualna – zdjęcia pokazujące lata 60. wyglądają dokładnie jakby w tym czasie były kręcone. Podobna faktura, kolorystyka (wykorzystano do kręcenia tych scenach te same kamery, co w latach 60.), a jednocześnie skupienie na detalach. Lata 80. wydają się bardziej stonowane kolorystycznie, a Pohlad pozwala sobie na przejścia w czasie (scena, gdy nasz bohater leży w łóżku i przed nim stoi ktoś inny), miesza chronologię i skupia się na muzyce. Wszystko to się zgrabnie przekłada, a brak klasycznej biograficznej konstrukcji to duży plus.

Drugim plusem jest świetne aktorstwo. I tutaj należy pochwalić Paula Dano oraz Johna Cusacka grających Briana Wilsona. Obydwaj znakomicie odgrywają lęki, stany psychotyczne (mocna scena kolacji, gdy coraz głośniej słyszy odgłosy sztućców, talerzy). Pierwszy nie do końca radzi sobie z presją otoczenia, wchodząc w narkotyki oraz coraz mocniej słyszalne głosy, a drugi jest bardzo wycofany, zagubiony i pozbawiony własnej woli. Ale i tak widzimy jedną, tą samą postać, wiarygodną psychologicznie. Poza tym świetną parą jest jeszcze Paul Giamatti - manipulujący, działający destrukcyjnie na Wilsona dr Landy, który tylko udaje życzliwego, ciepłego faceta. Na drugim biegunie jest kompletnie nieoczywista Elizabeth Banks (Miranda), wcielająca się w silną, twardo stąpającą po ziemi kobietę. Razem z nią jesteśmy zdumieni sytuacją Wilsona, a coraz bardziej zaczyna jej na nim zależeć na mężczyźnie i próbuje go uwolnić.

"Love & Mercy" nie jest oczywistą, klasyczną biografią za co należy pochwalić twórców i próbują skupić się na talencie Wilsona, a nie tylko na jego życiu zawodowym i prywatnym. Ogląda się go dobrze, muzyka pięknie nam towarzyszy, a wiele scen (realizacja "Pet Sounds") to prawdziwe perełki. Niedocenione, ale świetne kino.

7,5/10

wtorek, 14 lutego 2017

Eastwick to małe miasteczko gdzieś w USA – wszyscy dobrze się znają, a wieści przychodzą w ekspresowym tempie. Właśnie tutaj przyszło żyć trzem samotnym kobietom. Alex to wdowa, tworząca rzeźby. Sukie samotnie wychowuje gromadkę dzieci i pisze dla lokalnej prasy. Jane uczy muzyki w szkole i jest szarą myszką. Marzą o spotkaniu tego jedynego mężczyzny. I jak za pociągnięciem magicznej różdżki pojawia się on – tajemniczy facet, Daryl, który ma niesamowity magnetyzm, uwodząc powoli każdą z trzech dam.

Po sukcesie trylogii o szalonym Maxie George Miller dostał zaproszenie do Ameryki, by tam zrealizować kolejny film, czyli adaptację popularnej powieści Johna Updike’a. Niby jest tutaj magia, ale trudno nazwać nasze panie klasycznymi czarownicami. Nie są w pełni świadome swoich mocy, która działa tylko w ich obecności. Wtedy są w stanie wywołać burzę podczas nudnej uroczystości czy przywołać tajemniczego nieznajomego. Reżyser zaskakująco dobrze sprawdza się jako obserwator szarego życia w małym miasteczku, przy okazji piętnując mentalność drobnomieszczańską oraz hipokryzję, co najsilniej symbolizuje postać właścicielki gazety, Felicii Alden oraz dyrektora szkoły, zalecającego się do Jane. Nudne, spokojne i nijakie życie staje się powoli dla naszych pań balastem, z którym nie są w stanie sobie poradzić.

Pojawienie się tajemniczego Daryla van Horne’a wywołuje poważną zmianę: on budzi w nich kobiecość, a dokładniej bycie kochanym oraz tak potężną dawkę seksapilu, że można byłoby obdzielić całe tabuny kobiet. Tą zmianę przedstawiają nie tylko sceny uwodzenia przez mężczyznę (każdą z nich traktuje inaczej), ale też wspólna gra w tenisa, pełna wściekłości i ledwo widocznej zazdrości. Kipiało tam od emocji – czworokąt sprawia przyjemność także dla oka oglądających (to nie jest seksistowskie), ale wtedy w połowie wszystko się sypie. Bo w końcu on okazuje się draniem (bo zabił ich największą przeciwniczkę – Felicię) i odrzucają go, on się odgrywa, ale powoli wszystko wraca do normy, by ostatecznie go zgładzić. Kolejny dowód na to, że kobieca logika jest kompletnie niezrozumiała. Tak bardzo starasz się spełnić potrzeby pań, a w zamian dostajesz tylko pierze i czereśnie. Czegoś tu nie załapałem, bo ten fragment wydawał mi się zbędny (aczkolwiek scena w kościele, gdy Daryl wypluwa gorzkie refleksje na temat pań nadal trafny).

Imponować mogą też piękne zdjęcia oraz świetna scenografia w domostwie van Horne’a, ale i tak najbardziej pamięta się cztery postacie. Po pierwsze, Daryl – czarujący, chociaż niemłody, magnetyzujący, z porażającym spojrzeniem. To idealny materiał dla Jacka Nicholsona, który wykorzystuje swoją szansę. Także panie są tutaj urodziwe. Cher (Alex) jeszcze z czasów przed operacjami plastycznymi i Michelle Pfeiffer (Sukie) przykuwają uwagę samą obecnością, bez względu na strój. Ale największe wrażenie robi Susan Sarandon jako Jane. Wyciszona, stonowana i spokojna, a po spotkaniu z Darylem dzika, drapieżna i pewna swojej wartości. Nie do poznania.

Gdyby nie rozczarowujące zakończenie, „Czarownice” byłyby znakomitą satyrą oraz wyrazistym portretem kobiecości. A tak jest tylko dobre kino z intrygującymi postaciami, świetną stroną techniczną i odrobiną czarnego humoru. Lekki zawód, ale i tak porządnie wykonana przez Millera.

7/10

1475959840_cover

Nie od dziś wiadomo, że Wielka Brytania to ojczyzna progresywnych dźwięków: Genesis, Pink Floyd, Yes, Marillion. Można tak wymieniać i wymieniać, ale pojawił się nowy narybek. To grupa Kylver, która jest grupą stricte instrumentalną. Tworzy ją czterech kumpli z Newcastle nad Tyne i tworzą ją: Jonny Scott (gitara), James Bowmaker (gitara basowa), Barry Micheson (perkusja) oraz Neil Elliot (organy). W zeszłym roku wydali swój drugi materiał, w którym garściami czerpią z dokonań lat 70.

„The Island” zawiera jedynie pięć utworów, ale są tak długie, że nie ma jakiejkolwiek szansy usłyszenia tego w radiu. Na dzień dobry dostajemy „The Great Storm of 1703” – 13-minutowy fresk zrobiony  agresywnej gitary na początku, po którym każdy z instrumentów przejmuje i wygrywa swój fragment: potężne organy, marszowa perkusja, riffy stają się coraz bardziej intensywne. W drugiej minucie następuje zmiana melodii, wszystko wali jak szalone, by podkreślić charakter tego sztormu: przyspieszenia, spowolnienia, chwile wyciszenia, by uderzyć w ostatnich pięciu minutach niczym obuchem. I kiedy wydaje się, że będzie spokój wchodzi mały, ale bezwzględny „Hy-Brasil”, gdzie gitara i organy walą niczym syrena alarmowa, a ty próbujesz uciec nie wiadomo przed kim i dlaczego. Tempem przypomina fragment debiutu Sound of Contact. To jednak tylko rozgrzewka do „Monolith”. 9-minutowy kolos zaczyna się bardzo spokojnie, wręcz ospale z ładnymi dzwoneczkami niczym z pozytywki. Wtedy dołącza spokojna gitara akustyczna, łagodna elektryczna i te organy. Tylko one wprawiają w niepokój, tworząc wręcz metafizyczną atmosferę (od około 4 minuty) kompletnie atakując gitarowymi riffami wplecionymi z organami, by w finale zmienić się w niemal Black Sabbath.

Podobnie wybrzmiewa „The Abyss”, gdzie znowu na początku mamy dzwoneczki i dalej następuje coraz mocniejsze świdrowanie niczym płynąca fala. Niby w połowie robi się troszkę spokojniej (dzwoneczki przyjemne dla ucha), by pod koniec dać pole dla akustycznej gitary. A na finał dostajemy oniryczny „The Great Race”, co początkowo brzmi jak echo, by powoli dochodziły kolejne instrumenty. Po trzech minutach brutalnie się wycisza, by z większą mocą zaatakować.

Niby mało utworów, ale intensywność i biegłość warsztatowa robi imponujące wrażenie. Jeszcze nie raz usłyszymy o Kylverze, który już teraz potrafi oczarować. Czekam na więcej.

8/10

Ile było już filmów z porwaniem i żądaniem okupu? To jeden z ulubionych chwytów kina sensacyjnego. Ktoś bardzo sprytny znajduje bardzo bogatego jelenia, porywa jednego z członków jego rodziny, żądają w zamian pieniędzy. Nie inaczej jest w filmie Rona Howarda z 1996 roku.

Poznajcie Toma Mullena – biznesmena, który posiada firmę lotniczą, żonę i syna. Mieszka w Nowym Jorku, jest bezpieczny i wydawało się, że to spokojna, szczęśliwa familia. Jak się domyślamy, spokój nie może trwać wiecznie. Odrobina nieuwagi i staje się najgorsze – potem telefon i zawiadomienie o 2 milionach dolarów okupu. Jest napięcie, jest czekanie, jest plan. Howard pewnie i co najważniejsze, z pazurem, podkreślając klimat strachu, zaszczucia i bezsilności. Montaż podkreśla tę aurę, prowadząc dwutorowo całą narrację: od strony rodziny oraz porywaczy, przeskakując z jednego miejsca w drugie. Początkowo wszystko idzie według sprawdzonego schematu: porwanie (samego zajścia nie widzimy, co jest bardzo sprytne)-żądanie okupu-wykonywanie poleceń. Coś musi jednak pójść nie tak, bo przeciwnik jest inteligentny, sprytny i zna wszelkie policyjne sztuczki. Jakby był dosłownie o krok i te sceny trzymają w napięciu.

Ale w połowie reżyser, a dokładnie nasz bohater wywraca cały układ do góry nogami: występuje w telewizji i ogłasza, że pieniądze przeznaczone na okup są nagrodą za głowę porywacza. I pojawia się pytanie – czy on wie, co robi? To szaleństwo, wydał wyrok na swoje dziecko. To mocna wolta, która zmienia tempo filmu. Porywaczom zaczyna sypać się grunt pod nogami i nie wiemy jak to się skończy. Napięcie jest jeszcze intensywniejsze, a wtedy wszystko staje się nieobliczalne. Każda scena staje się cięższa, a desperacja bohatera coraz bardziej zrozumiała. A finał, mimo gry znaczonymi kartami, ogląda się z zapartym tchem.

Howard zaskoczył bardzo obsadzając w roli ojca porwanego dziecka Mela Gibsona, który daje tutaj możliwość pokazania się z troszkę innej twarzy. Wyciszony, skupiony, a jednocześnie w oczach widać strach, desperację, ból. I jest to znakomicie wygrywane przez takie sceny jak jego oświadczenie w telewizji czy prowokacyjna rozmowa z porywaczem (oraz to, co potem), gdzie wściekłość, gniew i strach mieszają się ze sobą tworząc Mieszankę wybuchową. Wspiera go niezawodna Rene Russo (żona) oraz Brandon Nolte (syn). Ale i tak wszystkim film kradnie wyborny Gary Sinese w roli policyjnego detektywa Shankera. Inteligentny, wyważony i niepozbawiony sprytu twardziel, który (uwaga: spojler) jest głównym rozgrywającym, szefem gangu. Jeszcze potrafi sprytnie adoptować się do okoliczności. Trudno też nie docenić Delroya Lindo jako doświadczonego federalnego, co podejmie wszelkie możliwe środki do uratowania dziecka. 

„Okup” to jeden z mocniejszych filmów Howarda w całej karierze. Sprytnie grająca z widzem sensacja, która trzyma w napięciu, ciągle zaskakuje i nadal ma takiego kopa, że głowa mała. Po prostu świetne kino, które zostawiło mnie z jednym pytaniem: co ja bym zrobił w takiej sytuacji?

8/10

Filmy o seniorach i ludziach starszych mają to do siebie, że można podzielić je na dwie grupy. Pierwsza to depresyjne kino pokazujące mroczną stronę tego okresu: fizyczna ułomność, zmęczenie życiem. Druga grupa to pokazanie tego okresu jako sytuacji, gdy jeszcze można być głodnym życia. Tak jest w przypadku filmu Rona Howarda z 1985 roku.

Poznajcie Arta, Bena i Joego – to trzej pensjonariusze domu opieki w St. Petersburgu (ale nie tego w Rosji). Ci ludzie jeszcze nie zamierzają się nudzić. Dlatego w tajemnicy zakradają się do opuszczonego domu, by popływać w znajdującym się tam basenie. Problem jednak zaczyna się, gdy budynek zostaje wynajęty przez tajemniczego Waltera, a na dnie basenu pojawiają się bardzo duże kamienie. Jedno nie ulega wątpliwości: podczas kąpieli nasi emeryci stają się coraz bardziej ożywieni i zdrowieją. Sami odkrywają, iż tajemniczy goście to przybysze z kosmosu.

Akcja „Kokonu” przebiega dwutorowo: z jednej strony mamy naszych emerytów, co stają się coraz młodsi i bardziej energiczni niż zwykle. Nawet do tego stopnia, że wszelkie choroby i dolegliwości znikają automatycznie. Drugi wątek skupiony jest wokół Waltera oraz wplątanego w całą eskapadę z kokonami Jacka Bonnera (kapitana statku wynajmowanego przez kosmitów). Prędzej czy później musi dojść do zderzenia tych bohaterów. Po drodze nie brakuje odrobiny humoru oraz troszkę rubasznych żartów (aczkolwiek scena w dyskotece, gdy Art wykonuje breakdance – wow), ale Howard potrafi też wzruszyć oraz zastanowić. Nie da się zapomnieć nagłego odejścia jednej z pensjonariuszek (Rose), zgonu jednego z kokonów czy dramatycznego, finałowego pościgu z gęstą mgłą. To wszystko pokazuje, że starość też może być piękna, a staruszkowie to też ludzie. Potrafiący kochać, cierpieć, sprawić innym ból lub być mentorami (relacja Bena z wnukiem).

To ładne kino z pięknymi zdjęciami podwodnymi oraz genialną muzyką Jamesa Hornera. Howard troszkę tutaj przypomina Stevena Spielberga, a historia pierwszego kontaktu z obcymi utrzymana jest w duchu ciepłego humanizmu. Do tego jest świetnie zagrany przez niesamowitych aktorów, choć już dzisiaj zapomnianych. Dominuje trio Don Ameche/Wilford Brimley/Hume Cronyn, między którymi czuć silną chemię oraz prawdziwą przyjaźń. Widać, że wiele przeszli i nie zamierzają godzić się na nudne życie. Po drugiej stronie mamy troszkę nieśmiałego Steve’a Guttenberga (Jack) oraz opanowanego i spokojnego Briana Dennehy’ego jako przywódcę kosmitów Waltera, który jest bardzo ludzki i życzliwy. To nie wszyscy, bo wyliczyć każdego byłoby trudno.

„Kokon” jest bardzo ciepłym, sympatycznym, a jednocześnie pogodnym filmem. Howard pozostaje twórcą życzliwym, a chociaż efekty specjalne zestarzały się mocno, to klimat pachnący nostalgią oraz kinem nowej przygody pozostaje. Refleksyjne, pełne serca kino.

7/10

poniedziałek, 13 lutego 2017

Wyobraźcie sobie taką sytuację, że macie 8 lat i płyniecie z całą rodziną nad zatokę. Podczas całej eskapady widzicie dziwne, migające światełko. Nagle i bez zastanowienia skaczecie do wody, ale szybko zostajecie wyciągnięci. Jednak przedtem widzicie jakąś niewyraźną sylwetkę, kobiecą, piękną. To było dawno temu – teraz jesteście dorośli i macie poważną fuchę, ale życie prywatne jest kompletnie skopane. Tak jest z Allenem Baurem, właścicielem hurtowni prowadzącej sprzedaż owoców i warzyw. Robi ten interes razem z bratem, ale brakuje mu kobiety. I dokonuje po 20 latach dokładnie tego samego – wpada do wody, aż pojawia się Ona. Naga, blondwłosa piękność. Amor na jej widok sam sobie wbija strzałę. Kiedy znowu się pojawia się ta kobieta, musi zaiskrzyć. A że jest ona syreną? To chyba nie powinien być żaden problem.

Każdy reżyser ma na swoim dorobku film, od którego kariera zaczęła się rozkręcać. I mam wrażenie, że w przypadku Rona Howarda to był ten trzeci film. „Plusk” to klasyczna komedia romantyczna, gdzie wszystko idzie jak po sznurku, ale najzabawniejsze jest to, że nie ma poczucia straconego czasu. Do tego poza naszą zakochaną i bardzo powoli docierającą do siebie parą, krąży nieprzebierający w środkach naukowiec. Dr Kornbluth (Eugene Levy) chce udowodnić istnienie syreny, przez co zawsze pakuje się w tarapaty. Całość mocno jest osadzona w latach 80., co czuć zarówno w muzyce, ubraniach, jak i przedmiotach (półka pełna telewizorów). Nie brakuje tutaj kilku zabawnych i komicznych scen, związanych ze zderzeniem naszej syrenki (miłej i sympatycznej, w przeciwieństwie do pewnych „Córek dancingu”) i świata dookoła. To jak ona je homara, ogląda telewizor i galerii, kopiując taniec z ekranu czy kupując… fontannę do mieszkania Allena. Ładne w obrazku i bardzo ciepłe, ale brakuje jakiegoś pazura (wyjątkiem jest pewnie zrealizowany pościg za naszymi bohaterami przez żołnierzy).

Brakuje tutaj elementu zaskoczenia (kiedy ona ucieka od niego, to musi padać deszcz, a w tle przygrywać smutna muzyka), ale Howard sprawnie wygrywa wszystko. I to jest zasługą dwójki aktorów grających główne role, między którymi była pełna chemia. Tom Hanks dopiero zaczynał swoją przygodę z dużym ekranem, ale ma w sobie urok takiego troszkę niezdarnego chłopaka (scena w barze, gdy wyznaje pod wpływem procentów swoje odczucia), ale szczerego i oddanego. Jednak nawet on nie miał szansy równać się ze zjawiskową Daryl Hannah (syrena Madison) – nie można było od niej oderwać oczu, a jej dziecięca naiwność oraz nieporadność robiły niesamowite wrażenie.

Sam „Plusk” nie wyróżnia się byt mocno od filmów tego gatunku, ale Howard wykorzystał szansę na podbój Hollywood oraz zarobienie kupy forsy. To miłe, sympatyczne kino do oglądania najlepiej parami. Na nadchodzące Walentynki wydaje się odpowiednią propozycją. Czasami wystarczy tyle.

6/10

piątek, 10 lutego 2017

ten_typ_mes_0

Drugiego takiego rapera w naszym kraju jak Piotr Szmit aka Ten Typ Mes nie ma. I nie chodzi tylko o flow czy warsztat, ale o sporą dawkę ironii oraz dźwiękowego sznytu. Dlatego z pewną nieukrywaną pewnością sięgnąłem po "Ała.". Czy będzie silny ból czy tylko drobne draśnięcie?

17 utworów i ponad godzinny materiał. Może to przyprawić o ból głowy. Do tego masa gości i różnych kompozytorów, producentów (m.in. Michał "Fox" Król, współpracujący z Marią Peszek, Kortez, Mateusz Holak RAU czy Szogun). Otwierające całość "Codzienność" nawet nie jest najgorsze - grube basy, żwawa perkusja i podkręcona elektronika. Do tego jeszcze chórki, Dawid Podsiadło i śpiewający na początku Mes, a także finałowa, instrumentalna końcówka z melancholijnym fortepianem. Konsternacja gwarantowana, ale wsłuchiwanie się w tekst daje sporo satysfakcji. A to dopiero początek, bo wchodzi "Mój terapeuta" - z jednej minimalistyczny podkład i potencjalny hit radiowy, z drugiej dosadny i ostry atak na terapeutów, przypominających bardziej wróżki czy szamanów. "Bledną" pachnie kosmosem - zimną, chłodną elektroniką z wplecioną wiolonczelą, podkreślającą depresyjny klimat. I Mes najpierw śpiewa, by potem zacząć nawijać, a na koniec atakują ładne chórki oraz jazzowa perkusja.

I kiedy wydaje się, że już dziwniej nie będzie, to pojawia się niemal czysty rap z cykaczami, bitami, czyli "Book Please" (do tego szeleszczące kartki), by pod koniec kompletnie zmienić klimat, dodając gitarę elektryczną oraz prosty komunikat. Tutaj Mes brzmi troszkę jak w starym stylu, ale bardziej nowocześnie. Tak samo wypływa niemal epicki "Przewóz osób" lub "Czy Ty to Ty" (i pływa tu VNM). "Pytajniki" to już skręt w jazz (Hammond, dęciaki, perkusja), który sprawił mi sporo frajdy, gdzieś tak do dwóch i pół minuty. A eksperymentalny minimalizm wraca w "Pokaż mi dom" oraz melancholijnym "Jak nigdy" (strzelająca pod koniec elektronika z cykaczami).

Szlag mnie trafił, gdy trafiłem na "Unisex" - pełen niemal dyskotekowego podkładu, pełnego house'u, elektronicznej perkusji oraz dubstepowych wstawek. Mes tutaj próbuje chyba podbić parkiety jak Fisz Emade ze swoim "Telefonem" (skojarzenie z "We Found Love" - posłuchajcie początku) i zwyczajnie przekombinował (w środku mamy jeszcze przerobiony głos i instrumentalną wstawkę z żywymi instrumentami pod koniec). Drugim takim mocnym dziwadłem jest dla mnie jazzowy "Ale psa byś przytulił" (saksofon mi pasuje, ale ta perkusja i cykadła to niekoniecznie), trzecim kolejny parkietowy skoczniak, czyli "W sumie nie różnią się" (takiej sieczki się nie spodziewałem). 

Sama nawijka Mesa wywołuje we mnie mieszane uczucia. Nie chodzi o technikę, bo ta jest opanowana i świetna, z przyspieszeniami na czele oraz rzucającymi skojarzeniami (zgrabnie wpleciony Lennon czy Chris Brown), a pomysły na niektóre utwory są świetne ("Book Please", gdzie wszelkie próby czytania są przerywane wieściami z drugiej strony komputera, wizyta u psychiatry w "Moim terapeucie" czy krytyczne spojrzenie na ekologów w "Ale psa byś przytulił"). Z drugiej strony Mes kolejny raz próbuje śpiewać ("pieje kogutem"), co nie brzmi tak strasznie (takie wejście w stronę czarnych brzmień), ale wywołuje dezorientację. Podobnie rzecz ma się z muzyka, która jest mieszanką różnych estetyk: od rapu po jazz i elektroniczną sieczkę, jakby ziom chciał złapać kilka srok za ogon. Fajnie brzmią te instrumentalne wstawki pod koniec grane na żywych instrumentach, ale można byłoby z tego zrezygnować. Taka niespójność mocno gryzie. Podobać się mogą zgrabne chórki wplecione w refrenach (a śpiewają m.in. Monika Borzym, Kinga Miśkiewicz i Maryla Modzelan).

To wszystko powoduje, że wiele osób "Ała." odrzuci po pierwszym przesłuchaniu. I nie dziwię się temu, bo parę bardziej dyskotekowych flirtów można było sobie odpuścić, a w paru kawałkach zmienić teksty (relacje damsko-męskie nie brzmią zbyt interesująco, co słychać w "Unisex"), co na pewno nie zaszkodziłoby. Mes jednak zrobił to po swojemu i albo to kupujesz, albo wypierdalasz. Ja ciągle się waham, co do oceny, bo mimo kolejnych odsłuchów nie wszystko mi tu odpowiada. Mam wrażenie, że ten typ ma wywalone na opinie innych.

6/10

Tagi: rap
13:40, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 156
Tagi
ministat liczniki.org
zBLOGowani.pl