piątek, 19 października 2018

Rok 1949, czyli II wojna światowa niedawno się skończyła, a nikt nowej wojny zaczynać nie chce. Teraz nadchodzi czas budowania stabilizacji oraz triumfu nad kapitalistycznym, zgniłym zachodem, także na polu kulturalnym. Dlatego zostaje powołany Zespół Pieśni i Tańca „Mazurek”, który ma grać muzykę oraz pieśni ludu pracującego z czasów dawnych. Grupą kierują kompozytor oraz pianista Wiktor, odpowiedzialna za taniec Irena Bielecka, a także szofer i reprezentant władzy Kaczmarek. A wśród uczestniczek czegoś na kształt castingu jest zadziorna Zula, która chce się wyrwać stąd. I to ona wpada w oko naszemu pianiście, a resztę możecie sobie dopowiedzieć.

zimna_wojna1

Paweł Pawlikowski stał się reżyserem, który dokonał tego, czego żaden inny reżyser nie dokonał – zdobył Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny. Dlatego każdy jego kolejny film automatycznie będzie miał wysokie oczekiwania. Sam film w założeniu miał być melodramatem, dziejącym się na przestrzeni kilkunastu lat, w których losy naszej niby-pary przeplatają się ze sobą przez wiele części Europy (zachodnie Niemcy, Francja, Jugosławia, Polska), co po części tłumaczy poszatkowaną narrację, gdzie wiele rzeczy istotnych dzieje się poza kadrem. Być może (nie, na pewno) to spowodowało, że nie byłem w stanie uwierzyć w ten romans bez romansu. I nawet nie chodzi o to, że ta miłość jest bardziej deklarowana niż wyczuwalna (chociaż to też jest bardzo poważny błąd), ale zachowania dokonywane pod ich wpływem wydają się kompletnie niezrozumiałe (próba powrotu Tomasza do kraju czy Zula nie decydująca się uciec do Berlina Zachodniego). Ja rozumiem, ze miłość robi z człowieka osobę nie zawsze działającą w sposób racjonalny, ale nawet to mnie nie przekonało. Te rozstania i powroty mają chyba na cel pokazać, że ta miłość wystawiana na próbę przez historię oraz los, który gra wszystkim na nosie.

zimna_wojna2

No właśnie, czy to była miłość? Skoro oboje ze sobą nie potrafią funkcjonować (wydarzenia z Paryża), a Wiktor – bo z jego perspektywy poznajemy całą opowieść – coraz bardziej zaczyna się dusić. Reżyser bardziej stawia tutaj na spojrzenia, gesty, rzadko wypowiadane słowa. Ale chciałoby się więcej wiedzieć, więcej odkryć, lecz Pawlikowski nie daje na to żadnych szans. I to jest dla mnie największy problem - za dużo znaków zapytania. Trudno jednak „Zimnej wojnie” odmówić czegoś w kwestii audio-wizualnej. Piękne zdjęcia Łukasza Żala (nie tylko dlatego, że są czarno-białe) są same w sobie małymi dziełami sztuki – serio, każde ujęcie mogłoby być tapetą na ekranie komputera, zaś muzyka (nie tylko ludowa, ale jazz zaaranżowany przez Marcina Maseckiego) gra naprawdę cudownie. Tylko to wszystko jest tylko i wyłącznie otoczką dla (świadomie) dziurawego scenariusza.

zimna_wojna3

Aktorsko jest, szczerze mówiąc, troszkę nierówno. Film kradnie Borys Szyc w roli cwanego partyjniaka Kaczmarka, ze swoim świętoszkowatym wyrazem twarzy. Choć pojawia się dość rzadko, zapada w pamięć bardzo mocno. Tak samo jak Agata Kulesza (Irena Bielecka), która znika zaskakująco szybko. A jak główna para? Tomasz Kot w roli Wiktora jest bardzo wycofany, tajemniczy, przez co trudno wejść w jego umysł oraz psychikę, ale potrafi zaintrygować. Ale problemem jest dla mnie Joanna Kulig, a dokładnie z jej postacią. Z jednej strony jest bardzo prostą kobietą z dość trudną przeszłością, z drugiej bardzo wyrachowaną cwaniarą, próbującą się wybić. Tylko, że te dwa elementy nie chcą się w żaden sposób ze sobą połączyć, co wywołuje ogromny zgryz. A chemii między tą parą kompletnie nie czuć – jest zimno niczym na Syberii, choć miało być zupełnie inaczej.

Takie filmy jak „Zimna wojna” są bardzo problematyczne w ocenie, wywołuje we mnie bardzo skrajne emocje. Audio-wizualny zachwyt oraz dość pewna ręka przy realizacji nie jest w stanie wywołać emocjonalnego zaangażowania. Ładny jest ten kościół, tylko Bóg jakoś nie chce przyjść.

6/10 

Radosław Ostrowski

Tagi: melodramat
11:42, radkino , kino
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 października 2018

Raz na jakiś czas pojawia się film, który trudno wcisnąć do jakiejkolwiek szufladki, prowokując do gatunkowego rozgardiaszu, nie do końca wiedząc, jak ugryźć tą zbieraninę. Takie wrażenie odniosłem oglądając debiut Jagody Szelc – „Wieża. Jasny dzień”, który jest oparty o przyszłe wydarzenia. Zaintrygowani?

Początek niemal żywcem przypomina „Lśnienie” Stanleya Kubricka, bo z drona mamy widok na wielkie miasto, by potem przenieść się ku leśnej drodze. A tam jest samochód, w którym jedzie młode małżeństwo z kobietą oraz dziećmi. A cel jest jeden – wkrótce odbędzie się I Komunia 6-letniej Niny. A przygotowania prowadzą jej rodzice – Mula oraz Michał. Tylko jest jeden mały szczególik: Mula nie jest biologiczną matką Niny, tylko przyjeżdżająca siostra kobiety – Kaja, która od razu zostaje sprowadzona do parteru i narzucone zostają jej zasady.

wieza_jasny_dzien1

Ale już od samego początku reżyserka buduje poczucie pewnego niepokoju, co serwuje nam już warstwa dźwiękowa – bardzo nieostra, niemal świdrująca uszy lub tłumiąc niemal całe tło by jeszcze bardziej wywołać rozgardiasz, te same sceny widzimy z innej perspektywy (głównie Kai), gdzie każde wypowiada słowo odbija się niczym echo, z czasem ustępując głosami natury. Im dalej w las, tym bardziej zaczynają się dziać dziwne rzeczy – a to nagłe uderzenie w okno, a to chora matka nagle odzyskuje siły, a to Nina nagle waha się co do tego, czy chce iść do Pierwszej Komunii, a to szukają uchodźcy zaginionego, a to w telewizji ogłaszają śmierć Dalajlamy. O co tu chodzi? Czego tak naprawdę chce Kaja? Szelc nie daje odpowiedzi na wiele pytań, mając do dyspozycji jedynie strzępki informacji, serwując kolejne pytania.

wieza_jasny_dzien3

Wszystko jest tutaj oparte na obserwacji relacji panujących w domu, którego Mula jest niejako strażniczką, próbującej ogarnąć swój bezpieczny świat. Niemal ciągle pilnuje i stara się obserwować Kaję, która dla niej staje się obcą, nieznaną siłą, mogącą stanowić zagrożenie. Szelc to podkreśla, nie tłumacząc niczego z jej życia – poza opowieściami matki o rodzeniu obydwu sióstr – co wywołuje jeszcze większą dezorientację. i realizacja podporządkowana jest budowaniu aury tajemnicy: od niemal paradokumentalnych zdjęć z ręki (chociaż sama przyroda wygląda oszałamiająco) czy znany z filmów Smarzowskiego cięć montażowych, wywołujących jeszcze większą dezorientację.

wieza_jasny_dzien2

Za to w punkt (poza naturalnymi dialogami) jest aktorstwo, pełne kompletnie nieznanych (poza Arturem Krajewskim w roli księdza) twarzy, co jest bardzo świeże i odprężające. Zarówno Anna Grotowska (Mula), jak i Małgorzata Szczerbińska (Kaja) tworzą bardzo wyraziste postacie, choć o tej drugiej wiemy bardzo niewiele. Ale kompletnie mnie zaskoczyło, jak bardzo dobrze tutaj są poprowadzone dzieci, mówiące bez fałszu, co w naszym kinie praktycznie się nie zdarza. Nie wiem, jakie sztuczki stosowała reżyserka, lecz to działa.

Jeśli liczycie na rozwiązanie kilku tajemnic, „Wieża. Jasny dzień” nie da wam tej satysfakcji, pozbawiając niemal narzędzi do wgryzienia się w film. Z drugiej strony w tej wariackiej strategii jest metoda, bo film dał poczucie obcowania z czymś, co zastanawia, intryguje, prowokuje. Nawet jeśli wiele rzeczy pozostaje niejasnych (jakaś chmura nad drzewem, zakończenie). To jest jak skok do bardzo głębokiej studni bez dna – nie wiem, z czym to porównać.

7/10 

Radosław Ostrowski

środa, 17 października 2018

Początek XX wieku. Gdzieś z dala od cywilizacji znajduje się wyspa, której mieszkańcom przewodzi prorok Malcolm. Ostatnio jednak coraz bardziej doskwierają problemy, bo ziemia nie chce dać plonu, mimo silnych modlitw, a dodatkowo pojawiają się tam szpiedzy króla, próbujący zinfiltrować wyspę. Dlatego jedną z metod utrzymania się jest porywanie ludzi dla okupu, by móc jakoś przetrwać. Dlatego pojawia się tam Thomas Richardson, by odbić przebywającą tam siostrę.

aposto1

Tym razem dal Netflixa poszedł tworzyć Gareth Evans, czyli twórca nowych klasyków kina kopanego – „Raid” oraz „Raid 2”. Jednak jego nowe dzieło ma z kinem kopanym tyle wspólnego co rap z disco polo. „Apostoł” to bardzo mroczny thriller, niepozbawiony elementów horroru, gdzie nie ma tak naprawdę pośpiechu. Spokojne tempo narracji pomaga budować klimat, oparty na tajemnicy dotyczącej czemu oddaje się cześć na tej wyspie oraz funkcjonującym tu zasadom. Powoli zaczynamy poznawać kolejnych mieszkańców, kto jest kim, a także jakie wkrótce mogą dojść spięcia. Bo będziemy mieli zarówno młodych kochanków, świetnie sobie radzącą z medycyną córkę proroka oraz kompletnie inaczej podążających ojców założycieli wyspy. Cała ta aura wywołuje ciągłe poczucie zagrożenia, wręcz klaustrofobii, gdzie nie do końca wiadomo komu można zaufać, dopiero w finale wykładając wszystkie karty na stół.

aposto2

Wrażenie robi strona wizualna i widać tutaj spory budżet, bo wiernie odtworzono stroje oraz budynki z początku XX wieku. Na początku – zanim trafiamy na wyspę – mamy krótkie momenty ówczesnej rzeczywistości, gdzie nie brakuje zarówno pociągów, jak i dość bogatego domostwa. Surowa scenografia, pełna drewnianych budynków, jakiegoś tunelu czy tajemniczego budynku a’la stodoły, gdzie… o nie, tego wam nie zdradzę. Muzyka wręcz niemal świdruje uszy, operator serwuje kilka tricków, jak choćby znany z „Upgrade” sceny, gdzie kamera przykleja się do boku bohatera.
 aposto3

Musze jednak ostrzec: to seans dla ludzi o bardzo mocnych nerwach i jeszcze twardszych żołądkach. Bo krew leje się ostro i jest bardzo naturalistycznie przedstawiona przemoc, która zostanie w pamięci na długo. Tak jak pytania o to, do czego może doprowadzić wiara jako narzędzie kontroli oraz posłuszeństwo (pamiętanie „Brimstone”?), a także do czego jest w stanie dopuścić się człowiek, by osiągnąć cel słuszny dla swojej grupy.

Reżyser nie tylko pewnie prowadzi narrację, pełną intensywnych emocji, krwawych scen oraz świetnego aktorstwa. Dan Stevens jako Thomas z błyskiem szaleństwa oraz cynizmem zmieszanym z determinacją tworzy postać bardzo przesiąkniętą mrokiem oraz naznaczoną mroczną przeszłością. Trudno mu nie kibicować, choć musi działać podstępem. Dla mnie największe wrażenie zrobił Michael Sheen w roli proroka Malcolma, który stara się zachować swoje stado w jedności, choć miewa momenty zwątpienia, zaś siłę stosuje tylko w ostateczności. Świetny jest także drugi plan, któremu przewodzi Lucy Boynton (Andrea, córka proroka) oraz wręcz diabelski Mark Lewis Jones (Quinn).

Coś ostatnio dziwnego się dzieje, bo Netflix w realizowaniu filmów chyba zaczyna łapać wiatr w żagle. „Apostoł” to jedna z najlepszych rzeczy, jakie ta sieć miała do zaoferowania w tym roku, a Gareth Evans potwierdza klasę jako reżyser. Bez ciosów z karata, ale nie bez przemocy. Wiele kadrów oraz scen zapamiętacie na długo.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Tagi: thriller
23:15, radkino , kino
Link Dodaj komentarz »

Nie znam zbyt wielu kinomanów w Polsce, którzy nie kojarzyliby nazwiska Krzysztofa Piesiewicza. Mecenas, polityk, scenarzysta znany ze współpracy z Krzysztofem Kieślowskim, z którym działał aż do śmierci tego drugiego w 1996 roku. nie oznacza to jednak, że mecenas Piesiewicz nie pisał kolejnych fabuł i nie były ekranizowane przez innych twórców („Niebo” Toma Tykwera, „Piekło” Danisa Tanovicia), a w 2006 roku zmierzył się z kolejnym scenariuszem Stanisław Mucha.

nadzieja_20061

Wszystko zaczęło się dawno, dawno temu, kiedy nasz bohater był jeszcze dzieckiem. Razem z bratem oraz kilkoma innymi osobami grali sobie spokojnie w piłkę przy domu. Ale jedno zbyt mocne uderzenie doprowadza do tragedii – matka, chcąc ratować syna wpada pod koła ciężarówki, zaś ojciec dyrygent dostaje udaru. Teraz Franciszek ma 20 lat, chce zostać prawnikiem i skacze ze spadochronu. Poza tym obserwuje Benedykta Webera – właściciela galerii sztuki, który zajmuje się też kradzieżami obrazów. Chłopakowi udaje się sfilmować, jak Weber uczestniczy przy kradzieży obrazu z kościoła. Jednak zamiast zgłosić ten fakt na policji, szantażuje biznesmena, chcąc w zamian… zwrócenia obrazu na miejsce.

nadzieja_20062

Trzeba przyznać, że punkt wyjścia był dość intrygujący. Niejasna motywacja protagonisty jednak działa jak broń obusieczna, bo z czasem zaczyna być tylko irytująca. Nie byłem w stanie uwierzyć temu bohaterowi, w czym jeszcze bardziej przeszkadzają dość nachalne dialogi, pełne pretensjonalności (coś o aniołach) – dodatkowo niewyraźnie słyszalne – i nie wyjaśniające zbyt wiele. Sama intryga jest pełna nielogicznych bzdur (determinacja bohatera, który potrafił przewidzieć zachowanie np. dziewczyny, która niszczy sfilmowaną kasetę) oraz sposobów działania głównych złych, którzy uginają się groźbie. Wcześniej próbują pokazać, że są groźni – wysadzenie auta, wypchnięcia Franka ze skutera podczas jazdy – ale nie próbują go bardziej poturbować, grożąc śmiercią najbliższym czy ostatecznie zabijając go. To jest czysty idiotyzm, jakby rzeczywistość została podporządkowana pod wizję twórcy, a kilka scen (skoki ze spadochronu) wydaje się tylko zbędnym zapychaczem czasu.

nadzieja_20063

No i muszą pojawić się sceny, gdzie postacie stoją, dumają, milczą. Ewentualnie słuchają podniosłej muzyki poważnej, niby nadając pewnej głębi (wlatujący gołąb podczas napadu czy puste ramy po kradzieży). Jest parę ciekawych kadrów (sceny rozmów Webera z paserem Gustawem), zaś muzyka Richtera potrafi uderzyć (zwłaszcza na początku). Tylko, że to wszystko tworzy dziwaczny, niezrozumiały film, pozbawiony sensu. Nawet aktorzy nie mają co tu grać, zwłaszcza grający główną rolę Rafał Fudalej jest tak irytujący, że ma się ochotę go sprać. Weterani robią, co mogą, jednak nie dają rady ożywić swoich postaci. Najbardziej wybija się tutaj Zbigniew Zapasiewicz (ojciec Franka) oraz Zbigniew Zamachowski (inspektor Sopel), ale nawet oni nie byli w stanie udźwignąć tej historii.

„Nadzieja jest matką głupich i swoich dzieci nie lubi” – śpiewał Kazik. Mucha nie podołał przeniesieniu fabule Piesiewicza, która sama w sobie mocno rozczarowywała. To miała być część trylogii, która jednak – na szczęście – nigdy nie powstała, bo jeśli pozostałe filmy miały być na poziomie "Nadziei", zasypiałbym częściej niż kiedykolwiek. Totalna porażka.

3/10 

Radosław Ostrowski

wtorek, 16 października 2018

Konflikt między Izraelem a Palestyną istnieje odkąd powstało to pierwsze państwo. By walczyć o swoją niepodległość sięgała po metody, które dzisiaj nazywalibyśmy terrorystycznymi (ataki bombowe, zamachy) i obecnie są wykorzystane przez Palestyńczyków. Ale w latach 70. Za sprawę Palestyny włączali się do walki lewaccy terroryści działający na terenie zachodniej Europy (RFN, Włochy) pod szyldem RAF. Taka sytuacja miała miejsce pod koniec czerwca i lipca 1976 roku. Wtedy samolot linii Air France podczas śródlądowania w Grecji zostaje porwany przez członków Ludowego Frontu Wyzwolenia Palestyny. W samolocie było ponad dwustu zakładników, w tym 1/3 to byli Żydzi, zaś żądanie było proste: uwolnić palestyńskich terrorystów z więzień.

siedem_dni1

Reżyser Jose Padilha, który jest odpowiedzialny za „Elitarnych”, bardzo skrupulatnie pokazuje te wydarzenia, przerzucając się na dwie istotne strony widzenia: terrorystów (zarówno Niemców, jak i Palestyńczyków) oraz rządu, który jest mocno podzielony. Czy prowadzić negocjacje, a może podjąć próbę ataku? Tylko, że stawka jest bardzo duża, a czynników decydujących jest bardzo wiele. Doświadczenie przy budowaniu napięcia tutaj procentuje, bo i samo porwanie, jak i finałowa akcja robią piorunujące wrażenie. Ale Padilha nie chce iść na łatwiznę, pokazując prosty podział na dobrych i złych i próbuje zrozumieć nakręcającą się spiralę przemocy na Bliskim Wschodzie. Tam przemoc wydaje się jedyną metodą walki, a dla ludzi z tzw. Zachodu wydaje się być czymś fascynującym. Zwłaszcza dla młodych ludzi z poglądami lewicowymi, żyjących w spokojnych domach, gdzie dla Palestyńczyków to dzień powszedni.

siedem_dni2

Reżyser na tyle, na ile sobie pozwala rekonstruuje przebieg wydarzeń i potrafi utrzymać w napięciu, mając do dyspozycji bardzo ograniczoną przestrzeń. Akcja nie jest tu najważniejsza, ale uciekający czas na działanie. I wie, kiedy podkręcić adrenalinę (znakomicie zmontowana scena odbijania zakładników przeplatana z tańce grupy baletowej), pozwolić na wyciszenie i gwałtownie zaatakować.  Jednocześnie między wierszami Padilha stawia pytania o szanse na pokój w tym regionie (najmocniej czuć to w napisach końcowych), nie dając jednak żadnych nadziei na rozwiązanie.

siedem_dni3

Także aktorsko trudno się do kogokolwiek przyczepić. Zwłaszcza Daniel Bruhl i Rosamond Pike (Wilfred Bose oraz Brigitte Kuhlmann) tworzą dość zaskakujący duet terrorystów, zderzonych z rzeczywistością. Zwłaszcza Bruhl pokazuje bardziej skonfliktowaną postać, nie do końca odnajdującą się w tym układzie. Drugi plan tutaj dominuje Eddie Marsan (minister Szimon Peres), budując opanowanego, dobrze przygotowanego polityka, nie bojącego się zbrojnej konfrontacji. Za to troszkę odstaje Nonso Anozie w roli Idiego Amina, zepchniętego na dalszy plan, zachowując jego ekscentryczne zachowanie.

Ku mojemu zdumieniu, „Siedem dni” sprawdza się jako polityczny thriller, trzymający w napięciu oraz ukazujący trudne relacje Izraela z Palestyną. A Zachód tylko się przygląda, nie mogąc tego zrozumieć, zaś wszelkie próby zrozumienia, kończą się klęską.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Tagi: sensacyjny
13:35, radkino , kino
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 października 2018

Wiara jest zawsze bardzo trudnym tematem dla filmowców. Bo jak pokazać i dotknąć czego, co nie jest widoczne w sposób fizyczny, materialny, dostrzegalny dla oka. Czy to oznacza, że nie warto próbować przyjrzeć się duchowej stronie człowieka? Wielu próbowało, więc dlaczego nie miałby spróbować Netflix, a konkretnie Joshua Marston? Bohaterem „Come Sunday” jest niejaki Carlton Pearson – biskup Kościoła Zielonoświątkowego. Bardzo charyzmatyczny duchowny, działający w swojej parafii w Tulsie, gdzie obok siebie siedzą biali z czarnymi, krzewiąc Słowo Boże. Zgodnie z ich doktryną zbawienie mogą osiągnąć tylko ci, którzy wierzą w Chrystusa i będą unikać grzechu, bo inaczej trafią do Piekła. Jednak nasz spokojny duchowny słyszy glos Boga, że każdy zostanie zbawiony. Powiedziane podczas niedzielnej mszy te słowa wywołują konsternację, a duchowny mierzy się z kwestiami wiary.

come_sunday1

Reżyser próbuje opowiedzieć o duchownym, który zaczyna głosić słowa nie mające zgodności z doktryną swojego Kościoła i znajduje się w pewnym klinczu. Bo źródłem sporu staje się Biblia – ta księga uważana za ostateczne źródło wiedzy i jej możliwości interpretacji. Dlatego, że zawiera ona wiele sprzeczności, interpretacja jest bardzo szeroka. Bo jak inaczej zrozumieć fakt, że Biblia z jednej strony straszy piekłem oraz potępieniem duszy, z drugiej mówi o tym, że śmierć Jezusa na krzyżu dała zbawienie wszystkim ludziom. WSZYSTKIM. To doprowadza do spięć, wynikających z naruszeń pewnego dogmatów oraz dojścia poza wąskie horyzonty myślenia. I ten wątek wydaje się najciekawszy, bo jak żyć w zgodzie z wiarą, słysząc coś, co wydaje się herezją, co widać najmocniej na przykładzie muzyka Reggie’ego, który jest gejem i nie może zostać zbawiony według zasad religii czy przyjaciela Henry’ego.

come_sunday2

Problem jednak w tym, że brakuje w tym filmie jakiegoś mocniejszego uderzenia i samo rozwiązanie sytuacji wydaje się zbyt proste, wręcz przewidywalne. Sceny takie jak „sąd” dokonany przez biskupów czy licytacja kościoła Pearsona potrafią uderzyć, by serwować wręcz banalnymi chwilami jak coś w rodzaju chrztu nad jeziorem. Nawet rodzinne kłótnie są bardzo szybko gaszone i ledwo dotykają pewnych niewygodnych zdarzeń z przeszłości, tak jak wątpliwości dotyczące nowej drogi biskupa.

come_sunday3

Tym większa szkoda, bo Chiwetel Ejiofor w roli Pearsona jest naprawdę świetny, tworząc bardzo wiarygodną postać duchownego, który zaczyna się miotać w kwestiach wiary. Próbuje zrozumieć niezrozumiałe, decydując się czasem zawierzyć Bogu. Poza nim wybija się także poważniejszy Jason Segel (Henry) oraz Lakeith Stanfield (Reggie), tworząc trudne oraz złożone postacie.

„Come Sunday” to próba zderzenia się człowieka z wiarą, niekoniecznie instytucjonalną, co może doprowadzić do konfliktu z Kościołem. Jednak nie zostanie w pamięci na długo i wątek ten nie zostaje do końca wyciśnięty.

6/10

Radosław Ostrowski

niedziela, 14 października 2018

In_The_Blue_Light_Cover

Tego wokalisty przedstawiać nie trzeba, chociaż największy rozgłos przyniosła mu współpraca z Artem Garfunkelem w latach 60., chociaż Simon nadal pozostaje w świetnej formie, co pokazał poprzednim albumem “Stranger to Stranger”. Ale najnowsze (i pożegnalne) wydawnictwo to zbiór nagranych na nowo piosenek artysty  z całej kariery, chociaż bez sięgania po największe oraz najbardziej rozpoznawalne hity, często zmieniając w nich aranżacje, konstrukcję, a nawet słowa.

Początek to wybrany na singla wręcz jazzowy (na początku) “One Man's Ceiling Is Another Man's Floor”, gdzie na wstępie nie brakuje fortepianu, spokojniejsze gitary, by zanurzyć się ku spokojnemu bluesowi, bujając jak nigdy, bo i nie trzeba się nigdzie spieszyć, chociaż w połowie wchodzą dęciaki, a fortepian się ożywa. Ale Simon po muzyce pływa niczym ryba po oceanie, znajdując się w każdym stylu, bo i pojawia się bardziej elektryczne country (“Love”) z bardziej akustycznymi chwilami jak w refrenie, by pójść ku muzyce klasycznej (flety, fagot, smyczki w “Can’t Run But” czy odbijające się niczym echo dźwięki w “René and Georgette Magritte with Their Dog After the War”), zahaczyć po drodze o jazz (elegancki “How the Heart Approaches What It Years” z pięknie grająca trąbka, fortepianem oraz kontrabasem lub nowoorleański w duchu “Pigs, Sheep and Wolves” z ciągłymi zmianami tempa) czy wręcz hiszpańskie rytmy (akustyczny “The Teacher”). Za to prawdziwą perłą jest 7-minutowy “Darling Lorraine”, choć pozornie poza gitarą oraz wokalem nie ma tutaj zbyt wiele, ale z każdą sekundą zaczyna nabierać rumieńców I wchodzą kolejne instrumenty, zmieniając także tempo.

Szkoda, że to ostatni album, bo Simon nie poszedł na łatwiznę, nadal zachwyca swoim głosem, zaś w tekstach też wychodzi poza banalne piosenki o miłości. Jestem ciekawy, jak wy odbierzecie to bardzo różnorodne, interesująco zaaranżowaną, kapitalnie wydaną płytę. Panie Simon, dziękuję za wszystko.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

20:50, radkino
Link Dodaj komentarz »

Historia Krystiana Bali była precedensem na skalę światową. Bo nie było przypadku, by sprawca po popełnieniu morderstwa, opisał je w swojej powieści. Tylko książka była dowodem w sprawie, ale wystarczającym, by skazać jej autora na 25 lat. O tym opowiedział ostatnio „Amok” Kasi Adamik, a swoją wizję wydarzeń pokazał także Alexandros Avranas w „Prawdziwych zbrodniach”. Ten film powstał dwa lata temu i był pokazany na Warszawskim Festiwalu Filmowym, gdzie został odebrany bardzo chłodno. Dopiero w tym roku trafił do szerszego grona odbiorców, tym razem przemontowany, lecz czy to oznacza, że lepszy?

dark_crimes1

Naszym bohaterem jest Tadek – już niemłody gliniarz, który zostaje przeniesiony do archiwum z powodu spartaczonego dochodzenia. Policjanta męczy sprawa pewnego biznesmena Daniela Sadowskiego, którego ciało zostało wyłowione z rzeki. Prowadzący śledztwo inspektor Greger (obecnie komendant policji) umorzył sprawę, jednak Tadek jest przekonany o winie pisarza Krzysztofa Kozłowa. I podejmuje się poprowadzić śledztwo.

Sama koncepcja wydawała się bardzo interesująca, bo jak udowodnić zbrodnię bez mocnych dowodów. A całość osadzono gdzieś na przełomie wieków, gdzie nie ma komputerów, bez papierów nie da rady, tak jak bez magnetowidów oraz dyktafonów. Innymi słowy: średniowiecze, mimo postępującej technologii. Tylko, że całe to śledztwo, jak i intryga są kompletnie dziurawe, pozbawione logiki i sensu. Całość ogranicza się do tego, że Tadek wchodzi do miejsca, rozmawia z kimś (nie wiadomo kim), próbując odnaleźć dowody. Strasznie małe jest to miasto, co jest zaskakujące, wręcz parę ulic na krzyż, dialogi są bardzo toporne i tego angielskiego słucha się z bólem. Klisze? Czego tu nie ma: niezadowolona żona (wątek prywatny ograniczony do minimum), niemal klasyczna femme fatale, sprawca tak zły i przerysowany, że już bardziej się nie da, a w tle ledwo liźnięte kwestie politycznych koneksji oraz korupcji w policji (z ogranym tekstem o naszym bohaterze, że jest „ostatnim uczciwym gliniarzem w kraju”).

dark_crimes1

Jeśli coś wypada dobrze, to zdecydowanie są to zdjęcia Michała Englerta, budujące dość chropowatą wizję świata, świetnie wykorzystując oświetlenie oraz scenografię z epoki. I to buduje bardzo mroczny klimat, mimo stateczności kadrów. Sporadycznie obecna muzyka też sobie radzi, tak jak scenografia.

Aktorsko jest całkiem nieźle, choć z taką obsadą powinno być lepiej. Boli ta angielszczyzna w głosach polskich aktorów, zmarnowanych całkowicie (Kulesza ma minę zbitego psa, Zamachowski pojawia się w jednej scenie, najdłużej obecny Głowacki w zasadzie nie ma wiele do roboty) i ograniczonych do małych rólek. A jak Jim Carrey w bardziej poważnym emploi? Całkiem nieźle jako śledczy, bardzo opanowany i spokojny, chociaż zaczynający powoli mieć obsesję na punkcie tej sprawy. Za to Martin Csocas (Kozłow) daje radę, ale miałem wrażenie pewnego przerysowania i szarży, tak samo jak z Charlotte Gainsbourgh (Kasia).

„Prawdziwe zbrodnie” to przykład filmu kompletnie niepotrzebnego, zbyt dziurawego, nudnego oraz marnującego wyjściową sytuację. Z tej konfrontacji zdecydowanie pewniej wychodzi polski „Amok”, co jest zaskakujące, bo Amerykanie wszystko robią lepiej. Zazwyczaj.

3/10 

Radosław Ostrowski

Tagi: kryminał
17:51, radkino , kino
Link Dodaj komentarz »

Gdzieś w górach Hiszpanii żyje Martinon – myśliwy, który utrzymuje się z tego, co upoluje. Za zrobione skóry kupuje sobie odpowiednie artykuły. Ale po stracie swojego psa, coraz bardziej doskwiera mu samotność. Wreszcie decyduje się „kupić” sobie żonę od młynarza Ubaldo – jego starszą córkę Pascualę. Ta jednak nie wytrzymuje surowych warunków i umiera, więc myśliwy żąda zwrotu pieniędzy. Młynarz jednak proponuje mu za żonę młodszą córkę, Adelę.

wilcza_skora1

Kolejny film Netflixa, ale tym razem z hiszpańskiego otoczenia. Dzieło Sama Fuentesa jest bardzo wyciszonym, wręcz surowym dramatem, gdzie niemal cała akcja toczy się w otoczeniu bezwzględnej naturze. Akcja toczy się tutaj bardzo powoli, dialogów jest praktycznie niewiele, a wszystko jest zdominowane przez imponującą przyrodę – las i góry ze śniegiem oraz domostwo myśliwego. Sama historia jest bardzo prosta, bo mamy mężczyznę zderzonego z przyrodą, troszkę zachowującego się niczym zwierzę, a także wejście w ten świat kobiety. Najpierw schorowanej, ciężarnej Pascuali oraz młodszej Adeli, nie chcącej się w żaden sposób podporządkować się swojemu obecnemu mężowi. Wszystko to jednak pokazane jest w gestach, spojrzeniach oraz działaniach, a nie w oszczędnych dialogach. I ta surowość dla wielu może okazać się bardzo ciężką barierą do przeskoczenia, zmuszając do większego skupienia w trakcie seansu.

wilcza_skora2

Trudno jednak cokolwiek zarzucić realizacji, bo film potrafi zrobić imponujące wrażenie. Nie tylko scenami przyrodniczymi (że się tak wyrażę), ale też montażem równoległym, bardzo nastrojowej muzyce oraz bardzo spokojnej reżyserii. Może za spokojnej, bo „Wilcza skóra” nie zawsze potrafi zaangażować i bardzo wolne tempo działa czasem wręcz usypiająco.

wilcza_skora3

Sytuację częściowo ratują aktorzy – kompletnie nieznane twarze, którzy budują swoje postacie jedynie za pomocą gestów, spojrzeń. Ale udaje się wykreować postacie z krwi i kości, co na pewno nie było prostym zadaniem. Najbardziej wybija się Mario Casas, czyli nasz myśliwy, coraz bardziej przyzwyczajony do surowych warunków. Może i na pierwszym razem sprawia wrażenie szorstkiego, a głos ma bardzo spokojny, jednak to bardzo twardy mężczyzna, nie pozbawiony jednak ludzkich odruchów. Partnerujące mu panie (Ruth Diaz i Irene Escolar) dopełniają, tworząc różne oblicza kobiecości: podporządkowanej oraz zbuntowanej.

Zaskakująco solidne kino, chociaż wymaga bardzo wiele, zaś surowość bywa wadą, jak i zaletą. Ale jest w „Wilczej skórze” coś, co nie pozwoliło mi odwrócić oczu od seansu. Może też dacie szansę hiszpańskiemu tytułowi.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Tagi: dramat
13:24, radkino , kino
Link Komentarze (2) »
sobota, 13 października 2018

cheap-tobacco

W Polsce muzyka bluesowa ma spore tradycje, choć nie tak duże jak Amerykanie. Niemniej ostatnio coraz bardziej przebija się kilka nowych twarzy w tym nurcie jak Limboski czy właśnie zespół Cheap Tobacco, działający już od 7 lat. I teraz pojawiają się z nowym wydawnictwem zwanym „Szum”.

Samo brzmienie to klasyczny blues w starym stylu znanym przed 40 lat, co czuć w produkcji, delikatnie wspieranej przez syntezatory. Otwierający całość „Nieidealny” ma prosty, lecz wpadający w ucho riff, spokojny rytm oraz mocny finał.ale po drodze nie brakuje paru niespodzianek jak klaskany „Thunder” z metalicznym basem, bardziej stonowana „Nić” (przynajmniej na początku) czy nieal minimalistyczne „Halo”, bardziej idąc ku krótkim solówkom. Jednak kośćcem pozostaje mocna gra gitary oraz bardzo silny wokal Natalii Kwiatkowskiej, chociaż sporadycznie odzywają się także elektroniczne dźwięki („Running Wild”), fortepian (mroczny „Deszcz”) czy delikatna gitara akustyczna (początek utworu tytułowego, gdzie w refrenie robi się bardzo ostro). Nawet bas potrafi zagalopować, co pokazuje coraz bardziej rozkręcający się „End of the World” czy troszkę cięższa „Wędrówka” z siarczystym solo na klawiszach. Nawet spokojniejszy numer musi zaskoczyć tak jak „Bez Ciebie”, gdzie wchodzą… cymbałki.

Ale największym skarbem jest wokal wspomnianej Kwiatkowskiej, który brzmi bardzo niewspółcześnie, ale bardzo naturalnie, co najbardziej widać z zmieniającym tempo oraz klimat „Śladzie”, wieńczącym ten ciekawy album. Staroświecki styl, świetna produkcja, chwytliwe numery plus magnetyzujący głos – to wystarczy, by zwrócić na nich uwagę. Jeśli nie słyszeliście, zacznijcie ich obserwować.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Tagi: blues
23:56, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »

Kolejne podejście do powieści Raya Bradbury’ego, tym razem dokonane przez stację HBO. Czyli świat, w którym książki w formie papierowej są zakazane (poza trzema tytułami), a strażacy wywołują pożary. Ale tym razem Guy Montag jest samotnikiem, mieszkającym w domu, pracującym 16 lat w straży (tak jak jego ojciec) kierowany przez kapitana Beatty’ego. Cały świat jest podłączony do Internetu, nazywanego tutaj Dziewiątką, który obserwuje wszystko i wszystkich, umieszczając obrazy wszędzie – na ścianach, w szybach, jednak ci poza systemem (mątwy) ukrywają się wśród ludzi, czytając książki i próbując je zachować.

fahrenheit_451_20181

Reżyser Ramin Bahrani uwspółcześnia powieść Bradbury’ego, czerpiąc garściami z innych klasyków kina oraz literatury SF. Bo nie brakuje neonowych bajerów z „Blade Runnera”, inwigilacji znanej z „Roku 1984” (kamery, drony) i tutaj bardziej czuć bezwzględne działanie systemu. Tu nie brakuje klimatu zagrożenia, momentów niepewności, ale też czegoś, co nawet mnie zaskoczyło. Pewien dość prosty podział na dobrych i złych: dobrzy to mątwy, źli to strażacy. I jeszcze jedno: reżyser zamiast dylematów na temat sztuki, pokazania antyutopijnej wizji świata, gdzie doszło do poważnej modyfikacji historii świata (po II wojnie secesyjnej), skupia się na samej akcji. Sceny palenia książek robią niesamowite wrażenie (zwłaszcza ta w domu starszej pani, która się podpala), stonowana kolorystyka dodaje poczucie niepokoju, tak samo jak oszczędna muzyka. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia pewnej płytkości tematu (książki czynią ludzi nieszczęśliwymi i by uniknąć ataków pewnych grup społecznych są niszczone), zaś finał nie dał mi zbyt wiele satysfakcji. Nawet przemiana głównego bohatera wydaje się – tak jak w wersji Truffauta – zbyt mechaniczna, nie przekonująca. Aczkolwiek wplecenie scen retrospekcji oraz sposobu „czyszczenia” pamięci za pomocą… kropel do oczu jest pewną zaletą. Jest kilka ciekawych pomysłów (świetna czołówka z płonącymi książkami czy sceny szkoleń), ale miejscami zbyt galopuje.

fahrenheit_451_20182

Jeśli coś broni i przykuwa uwagę, to chemia między głównymi bohaterami granymi przez Michaela B. Jordana oraz Michaela Shannona. Ten pierwszy w roli Montaga radzi sobie całkiem nieźle w roli protagonisty, który zaczyna mieć wątpliwości, ale bardziej interesował mnie ten drugi. Shannon zawsze sprawdza się w rolach mrocznych postaci, chociaż Betty nie boi się manipulować (kiedy zmusza Montaga do przeczytania książki na głos), jednak wydaje się być kimś więcej niż narzędziem systemu. Relacja tych dwóch postaci przypomina uczeń-mistrz, ale także niby ojciec-niby syn, elektryzując także w finale.

Ta ekranizacja wydaje mi się na podobnym poziomie, co wersja Truffauta, która też nie była do końca udana. Na pewno przemawia współczesnym językiem, czerpiąc z bardziej znanych dzieł SF, ale jednocześnie wydaje się pozbawiona własnej tożsamości, co działa bardzo negatywnie. Można obejrzeć, jednak lepiej sięgnąć po pierwowzór literacki.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Tagi: SF
15:44, radkino , kino
Link Dodaj komentarz »
piątek, 12 października 2018

The_Pineapple_Thief_Dissolution_Album_Cover

Ta brytyjska formacja progrockowa w ostatnich latach poszła ku bardziej piosenkowym formom, co fanów ekipy Bruce’a Strooda mocno podzieliło. Jednak ostatni album “Your Wilderness” pokazał, że można to połączyć w taki sposób, by wprawić w zachwyt. Ale to było dwa lata temu I pytanie: czy ta forma uchowała się w “Dissolution”, gdzie do zespołu już na stałe dołączyć perkusista Gavin Harrison (Purpucine Tree, King Crimson)?

Powiem tak: klimat zachowano, co już czuć w dość długim (dwuminutowym) wstępie w postaci “Not Naming Any Names”, opartym tylko na fortepianie oraz delikatnym wokalu Strooda. To jednak zmyłka przed mocniejszym “Try As I Might”, gdzie odzywają się gitary z perkusją, by uderzyć na koniec mocnym riffem w bardziej garażowym stylu. Melancholia wraca w delikatnym “Threating War”, gdzie gitary pełnią role rzadko wybijającego się tła (oprócz akustycznej), by przemieszać się z ostrzejszymi wejściami elektrycznych dźwięków (mostki oraz refren) oraz mroczniejszym “Undercoving Your Tracks”, dajac więcej pola dla perkusji oraz niepokojących klawiszy, chociaż i gitara bardziej wrzaśnie, by jeszcze mocniej uderzyć w szybkim “All That You’ve Got” oraz niemal chropowatym “Far Below”, gdzie riffy zderzone z odbijającą się niczym echo elektroniką i smyczkami może zmrozić krew. Niemal na sam finał dostajemy 11-minutowy “White Mist” z gościnnym udziałem gitarzysty Davida Torna, który w środku pozwala sobie zaszaleć razem z sekcją rytmiczną, zmieniając tempo oraz melodię, chociaż nie mogę pozbyć się wrażenia, że ten utwór bardzo się wlecze (ale środkowy fragment, gdzie Torn szaleje – miażdży), by na finał uderzyć poruszającym “Shed a Light”.

Trudno odmówić albumowi klimatu, kilku chwytających za serducho momentów, zaś wokal Strooda zaczyna coraz bardziej mi przypominać Stevena Wilsona (to akurat jest plus). Jednak poprzedni album zrobił większe spustoszenie i bardziej na mnie działał. Niemniej “Dissolution” jest całkiem solidnym albumem, dobrze zgranym z obecną pogodą.

7/10

Radosław Ostrowski

ian-gillan-the-javelins-b-iext53077091

Moda na retro rockowe granie trwa już od kilku ostatnich lat, choć nie tylko tylko o granie coverów, lecz działalność takich kapel jak River Sons, Blues Pills czy ostatnio coraz popularniejsza Greta Van Fleet. Jednak The Javelins wpisują się w tą pierwszą grupę. Kapelę tworzą: gitarzyści Gordon Fairmaier i Tony Tacon, basista Tony Whitfield, perkusista Keith Roach oraz na wokalu Ian Gillan (jeśli kojarzy się to nazwisko z zespołem Deep Purple, to bardzo dobrze się kojarzy). Choć działają od lat 60., swój pierwszy album wydali dopiero w 1994 roku (“Sole Agency and Representation”) i teraz wracają z premierowym materiałem. Ale premierowy nie oznacza w tym przypadku oryginalny, bo znów są to covery hitów z czasów rock’n’rolla.

Zaczyna się od zaskakująco energicznego “Do You Love Me”, który już daje czuć klimat rock’n’rolla: od staroświecko uroczej perkusji, śpiewanych chórków przez zespół w refrenie, łagodne gitary oraz mocny głos Gillana, ale bez ekspresji znanej z macierzystej formacji. A im dalej w las, tym bardziej elegancko wybrzmiewa całość: od ubarwionego jazzem “Dream Baby” (dęciaki są cudne) przez delikatnie pędzące “Memphis, Tennessee” z ładnymi solówkami czy zaskakujące “Little Egypt” z wstępem w klimacie wesołego miasteczka, by pójść w niemal tanecznego bluesa, z dęciakami oraz wręcz werblową perkusją w środku. Javelinsi też potrafią przyspieszyć (“High School Confidential” czy “Rock’n’Roll Music”, gdzie szaleje fortepian Dona Aireya), by pójść w bardziej liryczne klimaty jak w “It’s So Easy!” oraz bujając w delikatnym “Save the Last Dance for Me” czy organowych “Another Saturday Night”, nie zapominając o bluesisku (“You’re Gonna Ruin Me Baby”, gdzie swoje solówki mają klawisze z harmonijką ustną).

Niektórzy mogliby stwierdzić, że poboczny project Gillana jest tylko skokiem na kasę oraz grą na sentymentach. Ale zespół bardzo dobrze się bawi, Gillan wrzuca na luz, zaś klimat wylewa się z każdego granego utworu. Czasami warto uruchomić taki wehikuł czasu, nawet jeśli nie jest to nic nowego. Ale czy zawsze trzeba na nowo odkrywać koło, by sprawić wielką frajdę?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Tagi: Rock
12:11, radkino , kino
Link Dodaj komentarz »

noji-w-iext52951827

Wszyscy znamy Tedego. Jeden z najstarszych aktywnych polskich raperów nie zna słowa emerytura, choć ostatnie albumy (przydługi „Keptn’” oraz trapowy „Skrrrt”) bardzo mocno podzieliły fanów. Graniecki zawsze szedł z prądem, dzięki czemu tak długo funkcjonuje, a współpraca z Sir Michem to najlepsza rzecz, jaka trafiła się w karierze rapera. Czy „Noji” będzie tym, na co fani tak naprawdę czekają?

Sam początek jest bardzo oszczędny, ale lekko imprezowy „199II”, mieszający cykającą perkusję z funkową gitarą oraz ciepłymi klawiszami. Tylko lekko podśpiewywany refren psuje wrażenie, chociaż nie brzmi to aż tak tragicznie. Tytułowy utwór jest już bardziej imprezowy, z mocno wybijającą się perkusją oraz niemal klubową elektroniką, czyli „klasyczny” współczesny Tedas. Energetyczna petarda z nośnym refrenem. Bardziej mroczny, choć minimalistyczny „Airmax 98”, płynie niczym fale nad oceanem, zaś podśpiewywany w sposób „orientalny” refren potrafi rozbawić, jak powoli nakręcający się „Hot18banglasz” z cykaczami oraz bardzo spokojnie wchodzącymi dźwiękami (follow-up do siebie) czy niemal rozpędzony do granic wytrzymałości „WJNWJ” oraz nostalgiczne „Hejka”, przypominając troszkę dźwięki z lat 80. oraz Tedasem na autotunie.

Jednak o dziwo najlepiej prezentują się wolniejsze, choć pełne wokalnych przeróbek „Stadnina”, pełna niepokojących klawiszy, czerpiący z mieszanki funkowo-rockowej „Sinusoidalne tedencje” czy mieszający jazz z bardziej „tłustymi” bitami „Amsterdam”. Sir Mich nadal potrafi oczarować swoimi podkładami, nawet jeśli brzmią tandetnie (początek „Drugbox” czy niemal uliczny w przedwojennym stylu „Żelipapą”, parodiujący potem disco), by wystrzelić różnymi modyfikacjami wokalnymi („Nikmi nikmi”) czy dźwiękami inspirowanymi wręcz retro popem („Filozofia WNDB”), a nawet skręcając po indyjskie klimaty (rozpędzony „Fansi 3H”) czy latynoskie („Bailando melo”).

Tedas, jak to Tedas, nie wymyśla jakichś nowych tematów i opowiada niemal o tym samych: sława, kasa, szczęście, imprezy, ale też o przejażdżce rowerem czy o kulturze francuskiej. Nie znaczy to, że robi to w sposób nudny, bo technikę ma mocną (przyspieszyć też potrafi) i bawi się świetnie podczas nagrywania. Na imprezkę nada się idealnie, co chyba było głównym celem tego dzieła.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Tagi: rap
10:24, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 11 października 2018

Dla Norwegii miał to być zwykły, normalny dzień w pracy. Na wyspie Utoya trwał obóz integracyjny, gdzie znajdowały się dzieci polityków, imigranci, spędzający wspólnie czas. W tym samym czasie Anders Breivik produkował bomby, zbierał broń, kamizelkę, by zrealizować swój misterny plan: wysadzić budynek rządowy i zabić wszystkich na wyspie Utoya.

22_lipca2

Sięganie po taki bardzo trudny i delikatny temat zawsze jest ogromnym ryzykiem, zwłaszcza jeśli stoi za tym Netflix. Jednak reżyser Paul Greengrass już nie raz pokazywał, że nawet bardzo trudne tematy rozgrywał w taki sposób, by poruszyć („Lot 96”), bez popadania w publicystykę czy moralizatorstwo. Nie inaczej jest tutaj, ale reżyser wywraca swoją dotychczasową konstrukcję do góry nogami. Wszystko zaczyna się od przygotowań oraz przebiegu ataków z obydwu perspektyw (kata oraz ofiar), by potem skupić się tym, jak żyć dalej. Jak państwo tak spokojne i liberalne jak Norwegia musi zmierzyć się ze złem, jakiego nigdy nie spotkali. Jak mają żyć ci, co mieli szczęście przetrwać – jak Valje, który dostał pięć kul (jedna z nich trafiła w głowę i pozbawiła go oka), ledwo wychodząc z tego zdarzenia. Sama scena ataku mrozi krew w żyłach, bo Greengrass realizuje swój film w niemal paradokumentalnym stylu, na zimno – niczym podgląd pod mikroskopem. I to wywołuje największe przerażenie, a reżyser nie epatuje przemocą. Ale ten zamach i atak budzi przez to prawdziwy strach, budując poczucie osaczenia, bezsilności oraz ogromnego lęku, chwytając wręcz mocno za gardło.

22_lipca1

Im dalej jednak w las, Greengrass bardzo pewnie pokazuje konfrontację Breivika ze społeczeństwem norweskim. Zaczynają się pojawiać kolejne fakty oraz bardzo sprzeczne informacje na punkcie terrorysty. Czy aby na pewno działał z jakąś grupą? Czy jest planowany kolejny atak? Czy jest wspierany przez kilku przedstawicieli skrajnych prawicowców? Tutaj pojawia się więcej odcieni szarości i pokazuje te zdarzenia z każdej perspektywy (premier Stoltenberg, Valje, Breivik, jego adwokat), by znaleźć odpowiedź na jedno pytanie: dlaczego? Dlaczego doszło do ataku? Czy można było temu zapobiec? Oraz skąd wziął się taki człowiek jak Breivik (znakomity Anders Danielsen Lie)? I co tak naprawdę go motywuje do działania?

22_lipca3

Paradokumentalny styl Greengrassa sprawdza się tu znakomicie. Naturalne światło, bardzo oszczędna muzyka, lekko trzęsąca się kamera oraz obsadzenie kompletnie nieznanych aktorów dodaje realizmu i pozwala skupić się na samej opowieści. Każdy z aktorów wykonuje swoją robotę fantastycznie

„22 lipca” z każdą sekundą nabiera intensywności, a kilka scen jest bardzo, bardzo mocnych. Jednocześnie reżyser wydaje się wierzyć, że można ze złem wygrać bez stosowania ekstremalnych metod. Nie nienawiścią, bo ona działa niczym nakręcająca się spirala, lecz dalszym życiem. Tylko, że droga do tego nie jest wcale taka prosta, co nie oznacza, ze jest nieosiągalna.

8,5/10 + znak jakości 

Radosław Ostrowski 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 211
| < Październik 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Tagi
ministat liczniki.org
zBLOGowani.pl
Mediakrytyk.pl