poniedziałek, 24 lipca 2017

 the-fruitcakes-2-b-iext49884699

Kolejny intrygujący debiut muzyczny, tym razem z Polski. Kwartet The Fruitcakes tworzą Kuba Zwolan (wokal, gitara prowadząca), Łukasz Tymański (perkusja), Przemek Bartos (bas) i Tomasz Ziętek (gitara), działają od 2013 roku. Mocno inspirują się rockiem lat 60., co postanowili pokazać w – przewrotnie nazwanym – debiucie “2”. Wsparci przez producenta Maćka Cieślaka (Skalpel), stworzyli swoje dzieło.

I od samego początku czuć inspirację starym brzmieniem, jakbyśmy wygrzebali jakiś album sprzed 50 lat. Letnim klimatem czaruje “Suntime” z uroczą gitarą oraz przestrzennymi klawiszami. Perkusja luźniej podchodzi w pełnym orientalnego klimatu “Little Girl” (ten sitar i klawisze), czuć troszkę ducha Beatlesów jak w “Whatever I Get”, gdzie pod koniec dostajemy różne piszczałki czy romantycznym “Sleepless” z imitacją klawesyna oraz wspólnym zaśpiewem refrenu. Brudniej robi się w przypadku “Let Inside The Light”, gdzie gitara jest cięższa, a “He’s Calling You” ma w sobie odrobinę psychodelii. W ogóle muzyka jest tutaj lekka, ładna i przyjemna, niepozbawiona też zabawy (zabarwiony organami “Night & Day” czy pianistyczny walczyk “It’s Better”). Na mnie największe wrażenie zrobiło “Dreaming My Days Away”, które klimatem przypominało… “Golden Brown” The Stranglers.

Słychać zgranie zespołu, wokale są zgrane z cała resztą I nie czuć zwyczajnie fałszu. Czuć ducha starego rock’n’rolla z lat 60., ale nie jest tak melodyjny jakby to mogło być. Czekam na kolejny album i jestem ciekawy, co dalej będzie.

7/10 

 

Radosław Ostrowski

Każda wojna jest inna. Każda jest taka sama.

W slangu wojskowym jarheadem jest nazywany żołnierz marines. Kimś takim stał się także Anthony Swofford – młody chłopak, który dołączył do walki podczas wojny w Iraku w 1991 roku. A co wy myśleliście, że nasi dzielni chłopcy z USA walczyli z Saddamem w 2003 roku? Błąd i o tym przypomina film Sama Mendesa z 2005 roku. I to losy naszego Tony’ego są fundamentem tego filmu (opartego na jego wspomnieniach).

Zaczyna się klasyczne: od koszarowego drylu najpierw u sierżanta Fircha (mocno to przypomina „Full Metal Jacket”), by paść w objęcia sierżanta sztabowego Sykesa. Ćwiczenia, ładowanie broni, strzelania, musztra – znamy to wszyscy i mimo lat nic się nie zmieniło. Nadal szkolenie kończy się „This is my rifle” znanym z „Full Metal Jacket”. Powoli Swoff (tak nazywają Swofforda) zaprzyjaźnia się z jednym z wojaków, Alanem Troyem – panowie działają jako duet snajperski. Trafiają do Iraku, gdzie czekają na wojnę. Wtedy Mendes kompletnie zmienia tory, bo zaczyna pokazywać dziwną wojnę – wojnę, na której nasi chłopcy nie oddadzą ani jednego strzału, nie zobaczą wroga, a wyłącznie pustynie. Będą pilnowali, by nie spalili ropy naftowej. Reżyser bardzo konsekwentnie pokazuje jak zaczyna wchodzić nuda. Młodzi chłopcy chcą być wojakami i pokazać na co ich naprawdę stać – chcą poczuć się jak w „Czasie apokalipsy” podczas ostrzału w rytm Wagnera. Jest oczekiwanie na coś, co się może wydarzyć.

Mendes zamiast skupić się na batalistyce, której jest tu bardzo rzadko (przyjacielski ostrzał czy scena, gdy żołnierze widzą płomień ognia od ropy na piasku), próbuje wejść w umysł wojaka, dla którego wojna może być jedynym sensem życia (Troy) albo pomyłką. Mocno pokazuje to scena surrealistycznego snu Swoffa, w którym widzi w lustrze swoją kobietę i nagle… strzela z ust piasek. Nawet gdy idą na wojnę, to nic się tak naprawdę nie zmienia. Poza widokiem trupów, spalonych samochodów, palącej się ropy. I gdy jest szansa na oddanie strzału, zostaje przerwana przez… pojawienie się wysokich rangą oficerów. Wszystko idzie w oparach absurdu, koszmaru, tworząc dziwaczny i męczący koktajl, z niesamowitymi zdjęciami Rogera Deakinsa oraz muzyką Thomasa Newmana.

Mendesowi udało się za to dobrać świetną obsadę, pod przewodem Jake’a Gyllenhaala w roli Swoffa (narratora całości), który sprawia wrażenie biernego uczestnika wydarzeń, choć ma kilka mocnych scen jak ostra wigilijna impreza, sprzątanie kibli czy moment, gdy grozi zabiciem kolegi. Kontrastem dla niego jest Peter Sarsgaard (Troy), który w wojsku odnajduje sens życia. Obaj panowie tworzą zgrany duet, powoli zaczynający się porozumiewać bez słów. Drugi plan zawłaszcza dla siebie ostry sierżant Sykes (Jamie Foxx), który jest uzależniony od wojny, adrenaliny i całego tego drylu. Sprawia wrażenie faceta, co widział wszystko i nic nie zaskoczy.

„Jarhead” to mocne, choć bardzo spokojne kino wojenne, które woli wejść w umysł bohatera niż skupić się na batalistyce. Wielu może poczuć się znużonych, ale jest to gorzkie spojrzenie na tą naiwność chłopaków. I ten bardzo smutny finał.

7/10 

Radosław Ostrowski

Seria filmów o Ethanie Huncie ma wszystko to, by stanowić konkurencję dla agenta 007. Akcja jest szybka, przenosimy się z miejsca na miejsce, jest masa bajeranckich gadżetów, piękne kobiety. Czego chcieć więcej? Po przeciętnej części drugiej, postanowiono lekko pomajstrować i inaczej rozłożyć akcenty. Całość zaczyna się w momencie, gdy nasz mistrz kamuflażu oraz specjalista od zadań niewykonalnych, odchodzi z IMF i zamierza wieść spokojne życie z Julią – lekarką nieznającą jego przeszłości. Przeszłość odzywa się jednak, gdy agencja prosi o pomoc w odbiciu dawnej protegowanej – Lindsay. Agentka miała zadanie zinfiltrować handlarza bronią, Owena Daviena.

Powierzenie tej części J.J. Abramsowi, dla którego był to kinowy debiut, było strzałem w dziesiątkę. Tutaj Hunt pozostaje najważniejszą postacią, ale by zrealizować swój cel, musi dogadywać się i zawierzyć swój los kumplom z zespołu. Koncepcja gry zespołowej została rozwinięta mocniej w części następnej („Ghost Protocol”), co tylko zwiększyło dynamikę, a interakcja bohaterów między sobą tylko podkręcała stawkę, dodając sporo humoru. Tempo się ciągle zmienia, tak jak lokacje, bo zwiedzimy z Huntem i spółką Berlin (odbicie Lindsay), Watykan (porwanie Daviena) oraz Szanghaj (skok i kradzież McGuffina zwanego tutaj Króliczą Łapką), nie brakuje kilku widowiskowych scen jak odbicie Daviena na moście czy ucieczka przed pościgiem w Szanghaju.

Abrams idzie w stronę widowiskowości i efekciarstwa, ale nigdy nie idzie w stronę autoparodii czy kiczu. Nie brakuje mu ciekawych pomysłów na choreografię (ucieczka Hunta z windy oraz IMF) oraz parę razy łamie konwencję jak w scenie kradzieży Króliczej Łapki, której… nie pokazuje. Widzimy wtedy jak Hunt wchodzi (przywiązany na linie) i wychodzi z hukiem tłuczonego szkła. Jedyne, co przeszkadza to czasami zbyt nerwowa praca kamery a’la Bourne w spokojniejszych scenach, ale to nie zdarza się zbyt często. Tak samo jak większe skupienie na prywatnym życiu Hunta.

Tom Cruise jako Hunt nadal daje radę i imponuje swoją fizyczną kondycją. To jest typ faceta, którego możecie złamać, ale zabić się nie da. Nawet jak mu się wsadzi ładunek wybuchowy do głowy. Na drugim planie mamy starego znajomego Luthera (Ving Rhymes zawsze na propsie), trudno też zapomnieć Simona Pegga (informatyk Benji) czy Laurence’a Fishborne’a (szef IMF). Ale tak naprawdę ekran kradnie Philip Seymour Hoffman jako czarny charakter. Nie jest to może zaskakująca postać, ale aktor ma tyle charyzmy, że nawet mówiąc od niechcenia, skupia całą swoją uwagę i intryguje.

Trzecie spotkanie z Huntem rehabilituje serię po poprzedniku od Johna Woo, który był przekombinowany i zwyczajnie nudny. Abrams dodaje wiele świeżości, skupia się na dynamice między grupą, ale nie zapomina o widowiskowości (na tym polu lepsza była część czwarta), dodając żywotności cyklu. Rozrywka na wysokim poziomie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

sobota, 22 lipca 2017

Joe, Willie i Albert to przyjaciele z Nowego Jorku, pracujący w pewnej fabryce. Jeśli myślicie, że ich długoletnia praca zostanie doceniona, to nic z tego. Firma, dla której pracują przenosi się do Wietnamu, więc ich fundusz emerytalny zostaje zlikwidowany. Dodatkowo Joe ma dużą hipotekę do spłacenia i jeśli się spóźni – zabiorą dom. Willie ma chore nerki i mieszka z Albertem, który lubi sobie pozrzędzić. Panowie – pod wpływem perswazji Joe’ego – by móc rozwiązać swoje groszowe problemy, postanawiają napaść na bank.

Zach Braff do tej pory znany był z niezależnego kina o młodych ludziach, zagubionych w dzisiejszym świecie. Tym razem dostał szansę na zrobienie remake’u z dużym budżetem i gwiazdorską obsadą. Lekka i przyjemna komedia o starych przyjaciołach, którzy decydują się zrobić poważny skok. Bo system ich olał, państwo nie pomaga, więc trzeba wziąć sprawy w swoje ręce. Wtedy wszystko zmierza w kierunku klasycznego heist movie, gdzie mamy przygotowanie, skok i pościg policyjny. Robione jest to pod okiem profesjonalisty, pomagającego w szybkim przeszkoleniu. Wiemy, jak to się skończy, ale i tak się przyjemnie ogląda. Reżyser opowiada to w starym stylu, dodaje eleganckiej muzyki oraz sympatycznych żartów i gagów (pierwszy skok w małym markecie zakończony… wpadką), ale nie ma pójścia w kierunku bardziej fekalnych, nieświeżych czy przekraczających granicę dobrego smaku. Nie zabrakło napięcia (napad na bank zrobiono z pewnym nerwem), parę razy widzimy Brooklyn Bridge, w tle gra łagodny jazz. Jest miło i sympatycznie.

Do tego udało się ściągnąć trzech prawdziwych gigantów: Michaela Caine’a, Morgana Freemana i Alana Arkina. Pierwszy jest eleganckim dżentelmenem, drugim opanowanym i spokojnym kumplem, a trzeci jest zrzędą z dobrym sercem. Pozwalają sobie na odrobinę złośliwości, a chemia między tym triem jest silna, wręcz namacalna. I to trio jest siłą napędową, spychając cała resztę na dalszy plan. Warto jednak wyróżnić ciągle apetyczną Ann-Margret (Annie) oraz Johna Oritza (Jesus), pomagającego w napadzie.

Miłe i sympatyczne kino, które nie zostanie w pamięci na długo, ale pozwala przyjemnie spędzić te półtorej godziny. Elegancka rozrywka w starym, dobrym i lekkim stylu.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

piątek, 21 lipca 2017

Wyobraźcie sobie taką sytuację, ze jesteście na przyjęciu u swoich najbliższych przyjaciół. Znacie się praktycznie od dziecka, wiecie o sobie wszystko. Prawda? Więc co byście zrobili, gdyby podczas takiego towarzyskiego spotkania czytali na głos wszystkie smsy, maile i telefony? W końcu nie macie przed sobą żadnych tajemnic. Tak postanowili zrobić bohaterowie filmu „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”, a pretekstem jest spotkanie u Rocco i Evy. On jest chirurgiem plastycznym, ona terapeutką.

Kogo spotkamy po drodze w tej eskapadzie? Młode małżeństwo (taksówkarz i nauczycielka), małżeństwo z długim stażem (on jest zapracowanym adwokatem) oraz przyjaciel wuefista, który sam przychodzi na imprezę (jego obecna partnerka zostaje w domu). Ciekawe, czy po tej całej zabawie nadal będą chcieli być kumplami? Bo reżyser Pablo Genovese ciągle podpuszcza widza, zmieniając tempo i nastrój całej zabawy. Początkowo wszystko idzie w stronę Woody’ego Allena, czyli obserwacji, odrobiny złośliwego humoru. Ale tylko do czasu, bo im dalej las, tym coraz bardziej poznajemy to ciemniejsze oblicze, jakiego nie pokazujemy innym ludziom. Robi się coraz ciężej, mroczniej, ostrzej, rozdrapując kolejne rany: od małych grzeszków (danie córce opakowania prezerwatyw, planowana operacja powiększenia piersi) po coraz cięższy kaliber jak zdrada, homofobia.

I pytanie: czy naprawdę chcemy wiedzieć wszystko? Bo jak inaczej odbierać sceny, gdy mamy dwójkę bohaterów rozmawiających tylko ze sobą? Czy chcemy czy nie, musimy zachowywać pewne tajemnice i nie dopuszczamy do nich nikogo – nawet przyjaciół, rodzinie. Bo się boimy ich reakcji. Bardzo dokładnie odbiera to scena, gdy odkryta zostaje tajemnica związana z orientacją seksualną (tylko kto inny został wzięty na celownik z powodu zamiany telefonu), wtedy zaczynają puszcza hamulce.

Komedia zmienia się w dramat, a każdy ma mniejsze lub większe tajemnice. Które z nich możemy uważać za te najgorsze? To, że nie powiedzieliśmy o chodzeniu na terapię, że nadal kontaktujemy się ze swoim byłym, prowadzimy „wirtualny” flirt czy że mamy kogoś na boku? Sami to oceńcie, tylko pamiętajcie o jednym: czy wy powiedzielibyście wszystko swoim najbliższym? A może pewne rzeczy powinny pozostać ukryte? Właśnie.

Realizacyjnie film przypomina teatr telewizji (podobnie jak „Sierpień w hrabstwie Osage”) i jest świetnie zagrany przez mało rozpoznawalnych aktorów – może z wyjątkiem Kasi Smutniak – tworzących bardzo skomplikowane i niełatwe charaktery. Ale dodatkowo zakończenie wywraca wszystko do góry nogami i stawia proste pytanie, które się tutaj cały czas przewija. Sami się zastanówcie, co wy byście zrobili i czy zabralibyście ze sobą telefon komórkowy, będący czarnymi skrzynkami naszego życia. Mocne, szarpiące kino w stylu „Rzezi” Polańskiego, „Sierpnia…” Wellsa – niby nic nowego, ale trzyma za gębę.

8/10 

Radosław Ostrowski

czwartek, 20 lipca 2017

Fake_Sugar_cover

Trudno nie zauważyć Beth Ditto – wokalistki bardzo popularnego w latach 90. Gossip. I nie chodzi tu tylko o gabaryty, ale o spore umiejętności wokalne. Tym razem artystka (po 6 albumach z macierzystą formacją) postanowiła spróbować sił solo, czego efektem jest “Fake Sugar”.

Od strony producenckiej Ditto dostała wsparcie od Jennifer Decilveo, współpracującą m.in. z B.o B., Rynem Weaverem czy Melanią Martinez. Czuć tutaj zarówno popowe ciągoty producentki zmieszane z lekko rockowym zacięciem. Taki jest otwierający całość wyciszony “Fire”, który przy obecności perkusji dokonuje (niewielkiego, ale jednak) przyspieszenia. Równie spokojny jest “In and Out” z nakładajacym się echem, ale tytułowy utwór z aktywniejszą perkusją pasuje do tańca (i jeszcze te cudne chórki). Takiego, bardziej intymnego oblicza się nie spodziewałem, choć zgrabnie wykorzystywana elektronika tworzy specyficzny klimat.

Czy to znaczy, ze brakuje szybszych numerów? Absolutnie nie, bo tempo przyspiesza od połowy wydawnictwa. Taki jest “Savoir Faire”, ocierający się o alternatywny pop, “We Could Run” z “brudną” elektroniką oraz dynamiczną perkusją (końcówka jest świetna), bardziej skoczny “Oh La La” z zakrzyknięciami w tle czy najostrzejszy w zestawie “Go Baby Go” oraz mocne gitarowo “Oh My God”. Dopiero pod koniec płyty wszystko się uspokaja i wycisza jak w niemal eterycznym “Love in Real Life”.

Ditto zaskakuje tym, jak bardzo łagodnie, wręcz delikatnie wykonuje swoje utwory, rzadko pozwalając sobie na ekspresję. To bardzo liryczna płyta, pełna miłości, ale i smutku, co dobrze oddają teksty. I nie jest to w żaden sposób przesłodzone, co w przypadku pop-rockowego grania jest bardzo łatwo. Może troszkę dla mnie było za spokojnie, niemniej “Fake Sugar” jest przykładem dobrej, nieoczywistej, popowej muzyki zrobionej z głową.

7,5/10

 

Radosław Ostrowski

Tagi: Pop Rock
11:44, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »
środa, 19 lipca 2017

Kim jest tajemniczy dr Strange? Neurochirurgiem, z niewyparzoną gębą, wielkim ego oraz ogromnym talentem medycznym. Brzmi jakby to był mieszkaniec 221b Baker Street, co nie jest tylko kwestią aktora. Ale jeden wypadek zmienia wszystko, przez co jego ręce nie są sprawne jak kiedyś i desperacko próbuje wrócić do czasów przed momentem krytycznym. Dlatego wyrusza do Tybetu, by sięgnąć ostatniej szansy. Tak trafia do Przedwiecznego, który uczy go magii. A nauka jest potrzebna, bo – jak to w klasycznych opowieściach Marvela – świat zmierza do ostatecznej rozwałki z powodu byłego ucznia Przedwiecznej, czyli Kaecillusa chcącego złączyć wszystkie światy w jedno. Dlatego sprzedał się mrocznej materii i trzeba go powstrzymać.

Marvel tym razem zapuszcza się do świata magii, a jeśli nie znacie poprzednich części tego uniwersum, to nie szkodzi. Scott Derrickson, specjalizujący się w świecie horrorów, od razu wrzuca nas w ten pokręcony świat, gdzie światy się mieszają ze sobą – świat astralny, lustrzany, zwykły. Po drodze będzie wiele obowiązkowego morału z przemianą bohatera, poznawaniem samego siebie oraz ratowaniem świata przed kompletnym scaleniem (czytaj: rozsadzeniem w pizdu). Innymi słowy: klasyczny origin story, ale jednocześnie nie do końca poważny. Dla mnie najfajniejsze były momenty (dość krótkie i uproszczone) nauki zdobywania kolejnych umiejętności i czarów (scena na Evereście – perełka), jednocześnie pozwalając na chwilę złapania oddechu. Powoli zaczynamy widzieć ewolucję wielkiego egoisty (niepozbawionego talentu ani inteligencji) w odpowiedzialnego wojownika stającego po stronie dobra. Bywa bezczelny (jak Sherlock), ale nie jest idiotą, zaczyna panować nad swoimi zapędami.

Gdy jesteśmy rzuceni w wir akcji, to dzieją się cuda jak z „Incepcji”, tylko jeszcze bardziej. Tutaj właściwie całe miasta, budynki i ulice zakrzywiają się na wszystkie możliwe kierunki, doprowadzając oczy niemal do ekstazy. Także, gdy przeskakujemy z wymiaru na wymiar (pierwszej wejście Strange’a) możemy poczuć się jak na haju. Nie wiem, co brali twórcy efektów specjalnych, ale to podziałało, przez co potyczki z Kaecillusem oraz jego pomagierami wskoczyły na wyższy poziom widowiskowości. Nawet jeśli mamy wrażenie, że już to gdzieś widzieliśmy, to nie mogłem oderwać oczu.

Poza brakiem czegoś oryginalnego, miałem tak naprawdę dwie poważne uwagi. Po pierwsze, wątek (nazwijmy go) romansowy, czyli relacja Strange’a z Christine jest traktowana po macoszemu. Kobieta jeszcze po wypadku z nim zostaje, ale ona sama nie jest zbyt ciekawa czy wyrazista. Potem pojawia się w dwóch scenach (w tym operacji) i znika – szkoda Rachel McAdams, ze nie dostała ciekawszego materiału. Po drugie, czarny charakter, chociaż nie do końca. Mads Mikkelsen świetnie pasuje do roli zbuntowanego Kaecillusa, który chce równego dostępu do transcendentalnych umiejętności, ale brakuje czegoś więcej w tej postaci.

Sytuację za to ratują dwie postacie, czyli nasz tytułowy doktorek i Przedwieczna. Benedict Cumberbatch nie kopiuje tutaj swojej roli z Sherlocka, choć pozornie mogłoby tak być –  hybryda inteligencji, złośliwości, pokory, odpowiedzialności i luzu. Brzmi znajomo? Ale jest to postać od początku do końca wiarygodna, a gdy posiądzie pelerynę, jest jeszcze bardziej cool niż możecie to sobie wyobrazić. Za to kompletną niespodzianką była dla mnie Tilda Swinton jako mentorka Przedwieczna, którą trudno mi było sobie wyobrazić w tego typu produkcji.

Z jednej strony "Doktor Strange" dobrze się zgrywa z Kinowym Uniwersum Marvela, a jednocześnie nie trzeba oglądać poprzednich części, by się w tym świecie odnaleźć. Nie tworzy niczego nowego, ale potrafi oszołomić i zafascynować. Jedno jest pewne: nasz mag jeszcze powróci.

7,5/10

Radosław Ostrowski

pumarosa_album_01

Wielka Brytania to taki kraj, gdzie każdy debiutant jest traktowany niemal jak objawienie, zagłaskiwanym przez krytyków. Czy tak będzie też z zespołem Pumarosa? Wszystko na to wskazuje, bo grupa skupiona wokół producenta Dana Careya (współpraca m.in. z Bat for Lashes, Emilianą Torriani czy Franz Ferdinand) oraz wokalistki Isabel Munoz-Newsome (poza nią grupę tworzą basista Henry Brown, perkusista Nicholas Owen, gitarzysta James Neville oraz klawiszowiec John Tomoya Forster).

Zaczyna się to dziwacznym połączeniem elektroniki i smyczków niemal onirycznym “Dragonfly”, gdzie wokal Isabel jest tak delikatny i leciutki, jakbyśmy słyszeli… Kate Bush. Po minucie dochodzi perkusja, gitara z cymbałkami tworzą dziwną pare, by w finale wyciszyć się. Im dalej, tym mocniej czuć skojarzenia ze sceną alternatywną. I nieważne, czy to jest gitarowe “Honey”, ocierające się o garażowo-punkowe klimaty, bardziej rozmarzony utwór tytułowy z elektroniczną perkusją oraz wycofaną gitarą, dając sporo przestrzeni dla klawiszy (końcówka jest porażajaca), w podobnym tonie gra “Priestess”, tylko jest bardzo oszczędna w formie, ale gdy w połowie wchodzi saksofon, jest wtedy cudnie. “Lion’s Den” zaczyna się od fortepiano, by przejść do rocka z lat 70. (tak mi się wydaje po gitarze I perkusji), gdzie nawet riffy są zapętlone, a końcówka utworu ostra, wręcz wybuchowa.

Podobnie jak połączenie rozmarzonych, ciepłych klawiszy z mocniejszą gitarą w “My Gruesome Loving Friend” czy oniryczno-jazzowy “Red”, który z sekundy na sekundę rozkręca się w coraz bardziej psychodelicznym kierunku. Mnie zaskoczył w tym zestawie akustyczno-elektroniczny “Barefoot” z bardzo silnym głosem, delikatnie wchodzącą perkusją oraz mroczny “Hollywood” (klawisze jak przesterowane organy), gdzie gitara pod koniec brudzi, by na końcu wejść w taneczny “Snake” wzięty z innych czasów.

Pumarosa debiutem mocno czerpie z przeszłości, jednocześnie brzmi bardzo świeżo i intrygująco, co jest zasługą niesamowitego, hipnotyzującego głosu Munoz-Newsome, zawłaszczającego każdy utwór. Jest kilka mocnych melodii, obiecując rozkręcenie się w następnych albumach.

7,5/10

 

Radosław Ostrowski

wtorek, 18 lipca 2017

Zaczyna się wszystko spokojnie i niewinnie, bo od imprezy, gdzie przebywa Casey – nieśmiała, bardzo wycofana, spokojna dziewczyna. Ale wracając do domu, dziewczyna razem z trzema koleżankami zostają porwane przez tajemniczego jegomościa. Kim jest, czego chce i co zamierza? – nie wiadomo. Wiadomo, że czasu zostało niewiele. Bo jak się okazuje Kevin (tak się zowie delikwent) jest człowiekiem, cierpiącym na rozdwojenie jaźni. I to nie byle jakie, bo ma aż 23 osobowości.

M. Night Shyamalan potwierdza swój powrót, realizując jeden z najbardziej kasowych filmów w swojej karierze (przy 9 milionach budżetu, zarobił prawie 300 mln) i wrócił niejako do korzeni. „Split” to psychologiczny thriller, troszkę klimatem przypominający „10 Cloverfield Lane”, gdzie mamy bohaterów zamkniętych w tajemniczym miejscu, co buduje poczucie klaustrofobii oraz prawdziwego strachu. Nie wiemy, czego tak naprawdę chce Kevin i powoli odkrywamy elementy układanki. Drugim ważnym elementem jest interakcja między dziewczynami, wręcz desperacko pragnącymi uciec a kolejnymi osobowościami Kevina, czekających na narodziny Bestii. I teraz zaczyna się cała zabawa – jak dziewczyny zareagują na Kevina, czy będą współpracować ze sobą, jak rozwiążą problem oraz co tak naprawdę zamierza antagonista.

Po drodze reżyser przedstawia portret naszego bohatera, który korzysta z usług terapeutki. Dość szybko poznajemy historię bohatera (rozmowy z terapeutką, dr Fletcher) i jego tajemnicę, ale nie przeszkadza to w budowaniu napięcia (wyjątkiem jest teza pani doktor, że osoby z różnoraką osobowością posiadają nadprzyrodzone zdolności – brzmi jak bełkot, ale potem nabiera to sensu). A im bliżej końca, tym robi się coraz brutalniej (wręcz skręcamy w slashera) – kamera podkręca poczucie niepokoju, podobnie jak nerwowa muzyka. Ten slasherowy skręt, podobnie jak wrzucone retrospekcje z życia Casey, wybijają z rytmu i powodują, że napięcie zaczyna siadać, a sytuację częściowo ratuje finałowa wolta – jak to u Shyamalana – wywracająca wszystko do góry nogami (więcej wam nie zdradzę, ale chyba będzie ciąg dalszy).

Reżyser wykonał świetny ruch, dając rolę Kevinowi dla Jamesa McAvoya, który rewelacyjnie wszedł w postać, a właściwie kilka postaci i za każdym razem byłem w stanie rozpoznać kim jest w tej chwili. Spokojny, opanowany Dennis (obsesja na punkcie porządku), równie wycofana Patricia, sepleniący 9-letni Hedwig – każdą z tych postaci aktor buduje innym spojrzeniem, mową ciała, sposobem poruszania się. Gdy trzeba, to szarżuje i szaleje (scena tańca – wow), a jednocześnie przeraża swoim opanowaniem. Poza nim wyróżnia się jedynie Anya Taylor-Joy jako Casey, próbująca nawiązać kontakt z mniej agresywnymi osobowościami Kevina, przez większość czasu sprawiając wrażenie wycofanej outsderki. I ta więź jest kolejnym mocnym punktem filmu, podobnie jak dr Fletcher (Betty Buckley).

Wygląda na to, że Shyamalan potwierdził swój powrót do łask i może realizować spokojnie swoje kolejne projekty. Zakończenie sugeruje ciąg dalszy, na który liczę – i czekam na nowy film Shyamalan jakikolwiek on będzie.

7/10 

Radosław Ostrowski

Bohaterem tego dzieła jest miś koala Buster Moon – właściciel teatru Moona, który najlepsze lata świetności ma za sobą. Obecnie instytucja jest na skraju bankructwa, przynosi straty, masę długów, a przyjaciele zostawili go. W końcu nasz kapitalista wpada na pomysł zorganizowania talent show, obiecując wielką nagrodę (przez pomyłkę zamiast tysiąca dolarów wyszło sto tysięcy), sprowadzając tłumy. I co teraz z tym fantem zrobić?

Illumination Entertainment drugi raz próbuje pokazać, że jest w stanie zrobić coś więcej niż kolejne spotkania z Minionkami i Gru. I w „Sing” mamy – tak jak w „Zwierzogrodzie” – kalejdoskop zwierząt, które tak naprawdę ilustrują nas samych oraz nasze problemy. By poznać naszych bohaterów wystarczy pierwsze 5-10 minut: goniącego za marzeniami ambitnego Moona, ograniczoną do roli gospodyni domowej Rosity (świnia) – zabieganej przez swoje dzieci, ignorowana przez męża; zbuntowana Ash (jeż), słuchająca i grająca punka ze swoim chłopakiem, kochający jazz Mike (mysz), będący drobnym cwaniakiem z wielkim ego i chęcią zdobycia kasy; Johnny (goryl) – syn gangstera, który chce bardziej wykorzystać swój głos oraz Meena (słonica) – obdarzona poruszającym głosem, lecz strasznie nieśmiała i z wielką tremą. Na nich oraz desperacko walczącym o utrzymanie się Moonowi skupiają się twórcy, unikając jak ognia prostackich dowcipów oraz gagów (poza jedną sceną pierdnięcia), tworząc bardzo wiarygodne portrety tych postaci, mogąc odbić się w nich jak w lustrze. Może i brakuje tutaj większej ilości intertekstualnych dowcipów (chyba, że myślimy o wejściu windykatorki z banku w takt muzyki z „Dawno temu w Ameryce” czy katastrofie na miarę „Titanica”), ale to działa na plus. Może i jest to przewidywalne, ale ogląda się to z zainteresowaniem, kibicując bohaterom do samego końca, nawet mieszając gatunki (musical, komedia obyczajowa, odrobina sensacji).

„Sing” jest urocze wizualnie i ma kilka fajerwerków wizualnych (scena specjalnego pokazu na szklanej scenie), chociaż wygląda jak troszkę lepsza wersja „Sekretnych zwierząt…”, niepozbawiona szybkiej pracy kamery (ucieczka Mike’a przez misiami-gangsterami), kilku pomysłowych gagów (jak Rosita stworzyła maszynerię, by móc spokojnie wyjść z domu na próby czy jej taniec w supermarkecie podczas zakupów w rytm „Bamboleo”) oraz świetnego zgrania piosenek z ekranem, co jest w pełni zrozumiałe. Sceny castingów (pająki tańczące „Asereje” – perełka), jak i finałowego koncertu robi gigantyczne wrażenie.

sing6

Film trafił w polskiej wersji językowej, ale piosenki zachowano w oryginalnym wykonaniu, co było rozsądnym i trafnym wyborem. Piosenki brzmią znakomicie, sięgając od klasyki (nieśmiertelny Frank Sinatra, Queen czy Elton John) po bardziej współczesne numery („Shake It Off” Taylor Swift czy „Bad Romance” Lady Gagi). A głosy są dobrane dobrze pod wodzą Marcina Dorocińskiego jako Bustera Moona, uzupełniając charakter swoich postaci (zarówno bardziej doświadczeni macherzy pokroju Małgorzaty Sochy, Jarosława Boberka czy kradnąca szoł Anna Apostolakis jako niemal zakonserwowana panna Crawley jak i mniej doświadczonych jak dziennikarz radiowy Krzysztof Jankowski w roli Mike’a czy Ewy Farny jako Ash). Tutaj nie ma słabych punktów i trudno się do kogokolwiek przyczepić.

 

Niby nic nowego w „Sing” nie mamy, bo to opowieść o tym, że warto gonić za marzeniami, bo bez nich jesteśmy troszkę puści i niekompletni, ale jest to zrobione ze stylem, elegancko i autentycznie zabawnie. Chwyta za serce, muzyka brzmi po prostu świetnie (także dobór jest nieoczywisty jak na film teoretycznie dla dzieci) i jest to tak zgrabnie poprowadzone, że nawet da się polubić tych bohaterów, a z przesłaniem zgadzam się w 100% procentach. To kto będzie śpiewał i tańczył w trakcie?

8/10

Radosław Ostrowski

Tagi: animacja
14:29, radkino , kino
Link Dodaj komentarz »

0006LNCBJ3TTQ907-C122

Łódzki zespół L.Stadt kierowany przez Łukasza Lacha, zawsze inspirował się dawnymi brzmieniami oraz zawsze nagrywał płyty po angielsku. Po dwóch albumach I EP-ce, grupa zrobiła duży zwrot i po raz pierwszy śpiewa po polsku. Jaki jest efekt? Pokazuje to trzeci album “L.Story”.

Osiem piosenek, niecałe 40 minut oraz spora przestrzeń dla instrumentów. Już otwierający całość “Strumień świadomości” pachnie odrobinę psychodelią i elektroniką lat 80., co daje na początku zapętlony fortepian, by w refrenie jeszcze rzucił się chór, a pod koniec daje się miejsce dla gitary elektrycznej. Singlowe “Oczy kamienic” kupiły nostalgicznym klimatem, poruszającym tekstem i chwytliwym refrenem. A wszystko skąpane elektronicznym sosem, sklejonym z fortepianem. Można słuchać tego utworu w nieskończoność. Tak samo zaskakuje swoim kolażem krótkie “Halo”, gdzie znowu całość nakręca fortepiano oraz elektroniczna perkusja z szorstkim tłem. Mroczniejszy jest “Most” z zapętloną i niepokojącą gitarą zmieszaną z “kosmiczną” elektroniką, wręcz dyskotekową perkusją oraz przerobionym cyfrowo głosem, kontynuując tą ścieżkę w “Pozwól zasnąć/Idzie sen” (dziwacznie brzmi tam saksofon).

Dlatego kompletnym szokiem może być mieszanka etniczno-gitarowo-elektroniczna w dziwacznym “Gdybym”. A na koniec wszystko wraca do początku, czyli mamy chóralnie odśpiewany refren pierwszego utworu w “Strumieniu” oraz dorzucić niemal sakralne “Od nowa”, oparte na fletach, mrocznych klawiszach I szybkiej perkusji.

“L.Story” jest tajemniczym, frapującym i intrygującym concept-albumem, gdzie postrzelona muzyka i teksty są nieodłącznym elementem spójnej całości. Każdy dźwięk tworzy całość, a świetnie brzmiący głos Lacha oraz wejścia chóralne zwyczajnie miażdżą. Choć czas trwania bardziej pasowałby do vinyla, jest tu multum emocji tak intensywnych, że bardziej się nie da.

8/10

 

Radosław Ostrowski

poniedziałek, 17 lipca 2017

b5zn1qm4q144

Kto nie pamięta takich piosenek jak “Statki na niebie”, “Kochać inaczej” czy “Kamień i aksamit”, ale ostatnio o De Mono mówi się z powodu kłótni między obecnymi I byłymi członkami zespołu, a ostatnia płyta zawierała symfoniczne wersje znanych hitów. Więc pora usłyszeć je w wersji akustycznej z okazji 30-lecia działalności. Nie brzmi to zbyt fajnie, prawda?

Ale na początek dostajemy premierowy kawałek, czyli “Próżno nie chcę czekać na twoją miłość” – sympatyczny numer z gitarą akustyczną oraz klimatem takim karaibskim. Jednak im dalej, tym pojawia się pare ciekawych pomysłów jak ubrane w tango “Póki na to czas” ze skocznym akordeonem czy bardzo “płynący” fortepian w “Zostańmy sami”. Także kompletnie podkręcona perkusja I ciepłe klawisze zmieniają nastrój “Statków na niebie”, a saksofon dominuje w “Ostatnim liście”, gitara przyspiesza w skocznej, wręcz tanecznej wersji “Nasza jest cała ta noc”, mocniej atakują dęciaki w “Naszym mieście nocą”. Można się czepiać, że sięgnięto po bardzo znane numery, ale aranżacje dodają im drugiego, ciekawego życia jak w przypadku “afrykańskich” “Kolorów” z fantastyczną perkusją oraz zaśpiewem w refrenie.

Krzywy jest w dobrej dyspozycji wokalnej, jakby głos mu zakonserwowali I nadal ma młodzieńczą energię. Reszta zespołu też dobrze się bawi, a muzyka sprawia wielką frajdę wszystkim. Może brakuje odrobinki szaleństwa, ale efekt jest satysfakcjonujący. Liczę jednak na nowe kawałki.

7/10

 

Radosław Ostrowski

Tagi: Pop
01:08, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 16 lipca 2017

Radiohead.oknotok.albumart

Gdy nagrywało swoje płyty Radiohead, wtedy nie interesowałem się specjalnie muzyką. Ale kiedy zacząłem słuchać ostatnich dokonań grupy Thoma Yorke’a, miałem wątpliwości. Kwintet z Abington postanowił jednak zaszaleć I z okazji rocznicy najważniejszego albumu w swoim dorobku (20 lat!!!), dokonali reedycji “OK Computer”, czyli niemal esencji britpopu oraz ich stylu.

Pierwsza płyta to materiał znany, czyli podstawka. Ale dla mnie absolutne novum, z odrestaurowanym dźwiękiem. I jest to mieszanka brudnego, ostrego gitarowego grania, przeplatana elektroniką jak w openerze “Airbag”, gdzie tamburyn oraz mellotron w tle nie są w stanie złagodzić brzmienia gitar, zahaczając o… Orient I skrecze pod koniec. Krótkie pikanie wprowadza do pierwszego hitu z tego materiału, czyli “Paranoid Android” – akustycznego, wyciszonego i delikatnego, ale jednocześnie pełnego elektroniki oraz spokojniejszej gitary elektrycznej, a Yorke niemal brzmi jak nastolatek. Ale w środku dochodzi do ataku gitary z perkusją, by kompletnie zmienić tempo, dodać nakładające się niczym echo głosy I na końcu dołożyć do pieca. Spokojnie, wręcz romantycznie zaczyna się “Subterreanean Homesick Alien”, by zaatakować świdrującą, “kosmiczną” dźwiękową plamą. Mi do gustu przypadł akustyczny “Exit Music (For a Film)” z podniosłym chórem, choć pod koniec zmieniło się brzmienie oraz niemal oniryczne “Let Down” czy gorzkie w treści “Karma Police” z przewodzącym fortepianem. Ciekawostką jest brzmiący jakby wypowiadany przez robota “Fitter Happier”, a w tle przygnębiające smyczki I fortepian. I nawet rock’n’rollowe (choć przesterowane gitary) “Electrioneering” nie jest w stanie usunąć tego poczucia beznadziei w tekście tak samo jak bardzo mroczne I pełne dziwnych tekstur “Climbing Up the Walls” oraz niemal kołysankowe “No Suprises”.

Za to zawartość drugiej płyty intryguje, bo na dzień dobry dostajemy trzy niepublikowane wcześniej utwory: “I Promise”, “Man of War” I “Lift”. Pierwszy poraża swoim rozkręcającym tempem, podkręconym werblową perkusją, drugi jest bardzo melancholijnym popisem klawiszów oraz ostrzejszej gitary, a trzeci kontynuuje ścieżkę “Man of War”. Dalej jest jeszcze ciekawiej: odrobinę jazzujący (perkusja I cymbałki) “Lull”, “Meeting in the Aisle” bardziej miesza elektronikę, gitarę oraz “horrorowe” smyczki, pasażowy “Melatonin” czy ostrzejszy “Polyethylene”. Nie są to tylko zbędne zapychacze, ale pokaz umiejętności muzyków zanim postawili na przerost formy nad treścią.

“OK Computer” mimo 20 lat na karku prezentuje się bardzo dobrze, z dodatkowy dysk nie jest tylko skokiem na kasę wysępioną od fanów. Każda piosenka się klei I tworzy mocny portret zagubionego człowieka, co czuć w tekstach, jak się wsłuchacie.

8/10

Radosław Ostrowski

David Dunn jest zwyczajnym człowiekiem, który pracuje jako ochroniarz w Filadelfii. Ale jego życie rodzinne to bajzel – żona i syn nie utrzymują z nim kontaktu, on chce się przeprowadzić. Gdy go poznajemy, wraca pociągiem z Nowego Jorku, gdzie starał się o pracę. Ale podczas powrotu dochodzi do wykolejenia pociągu. David jako jedyny przeżył wypadek i to bez zadrapania. Przypadek? Cud? Zbieg okoliczności? Pewien właściciel galerii Elijah Price – wielki miłośnik komiksów ma swoją hipotezę. Uważa, że Dunn ma wszelkie predyspozycje, by walczyć ze Złem niczym superbohater.

M. Night Shyamalan po realizacji „Szóstego zmysłu” zawiesił wysoko poprzeczkę wobec swojego następnego filmu, czyli zrealizowanego rok później „Niezniszczalnego”. Wszyscy znamy filmy o superbohaterach, gdzie musi nosić lateksowy strój, walić pięściami po złych, posiada różne mega moce (rentgen w oczach, nadludzka siła czy posługiwanie się bronią) oraz jest prawym rycerzem bez skazy. Oczywiście, ma swoje słabości i wady, bierze odpowiedzialność za swoje czyny, walcząc ze swoimi demonami. Ale tutaj reżyser wywraca całą konwencję do góry nogami i ubiera w konwencję dramatu psychologicznego, kompletnie rezygnując z charakterystycznych wizualne oraz ikonograficznie dla komiksowego sztafażu. Shyamalan podpuszcza i przez większość czasu nie daje jednoznacznej odpowiedzi na pytanie czy David posiada nadprzyrodzone zdolności, czy to tylko kwestia przypadku. Symboliczne są tutaj aż trzy sceny: podnoszenie ciężarów przez Davida (coraz większa waga), trzymająca w napięciu chwila, gdy Josef (syna Davida) próbuje strzelić, by udowodnić „niezniszczalność” Dunna oraz moment „intuicji”. Wtedy jeszcze możemy się zastanawiać i podejrzewać, ale suspens osiągany jest prostymi środkami: długimi ujęciami, skupieniem na twarzach, mroczne otoczenie plus kapitalna muzyka Jamesa Newtona Howarda.

Kulminacją dla całości jest pierwsza akcja naszego bohatera, rozgrywająca się niemal pod koniec filmu, gdy stawką jest ludzkie życie. Ale nawet wtedy, Shyamalan nie popisuje się, choć jest jedna bardzo widowiskowa scena upadku widziana oczami „herosa”. Zdjęcia oraz bardzo spokojny montaż zaskakują i dają ogromną satysfakcję. Tak samo jak naturalne dialogi oraz spokojne sceny z życia rodziny, pokazujące pewną tajemnicę z życia Dunna. Także finałowa wolta prowokuje do myślenia.

Największym zaskoczeniem za to jest bardzo powściągliwe, ale świetne aktorstwo. Bruce Willis ze swoim melancholijnym spojrzeniem skupia swoją uwagę i czuć pewne wewnętrzne napięcie w naszym bohaterze. Jakby wiedział coś więcej niż chce powiedzieć i przyznać się swoją rodziną. Nawet w scenie pierwszej akcji, zachowuje opanowanie. Podobnie stonowany jest Samuel L. Jackson jako ekscentryczny i zagadkowy Elijah, obdarzony łamliwymi kośćmi oraz wielką miłością do komiksu. Poza tą intrygującą parą trzeba koniecznie wspomnieć o Robin Wright (wtedy jeszcze Penn), czyli Audrey oraz wyglądającej niczym sobowtór Haleya Joela Osmonta – Spencer Treat Clark.

„Niezniszczalny” to udana próba realistycznego spojrzenia na mit superherosa – człowieka pomagającego ludziom, choć niekoniecznie chwalącego się przed całym światem. Podobno Shyamalan chciał zrobić trylogię o Davidzie Dunnie, a ostatnie sukcesy spowodują, że może dostać zielone światło. Ale zobaczymy czy powstaną kolejne części najbardziej niedocenionego filmu Hindusa.

8/10 

Radosław Ostrowski

Wyobraźcie sobie świat, gdzie korporacja jest dobra, porządna i życzliwa ludziom. Brzmi jak surrealistyczny sen? Dla firmy Miranda, zajmującej się wcześniej toksynami, pod wodzą nowej szefowej Lucy zmieniła swoje wcielenie. Teraz zajmuje się hodowlą świnek i przekazała swoje wielkie stworzonka 25 farmerom z 25 krajów świata, by za 10 lat wybrać tą najlepszą. Wybór pada na pochodzącą z Korei Okję, którą zajmuje się Mi-ja razem ze swoim dziadkiem. Dziewczynka jednak tak silnie związana ze zwierzątkiem, że nie chce dopuścić do spełnienia jej przeznaczenia, czyli przerobienia na mięsko dla wszystkich ludzi i wyrusza za nim aż do Nowego Jorku.

Koreański reżyser Jo-Hoon Boog zapadł w pamięć wielu kinomanom, dzięki swoim specyficznym filmom, wymykającym się jakimkolwiek szufladkom gatunkowym jak w „Snowpiercerze”. Wsparty finansowo przez Netflixa, dostał wolną rękę i znowu to zrobił. Czego tu nie ma: jest kino akcji, SF, gorzka satyra na współczesny świat i dramat, pomieszany, szalony oraz dziki. Reżyser wymierza swoje ostrze przeciwko wszystkim: korporacyjnym praktykom opartym na dezinformacji (albo na braku informacji), celebrytom ograniczonym do roli maskotek i łaknącym sławy jak ćma światła, eko-terrorystom walczącym niby o zwierzęta, ale tak naprawdę uzależnionymi od adrenaliny „narkomanami” w eleganckich gajerkach. Wreszcie zwykłym ludziom ograniczającym się do roli obserwatorów czy pragnących być w stanie niewiedzy. Bo czy tak naprawdę nas obchodzi, co jemy czy po prostu nie chcemy wiedzieć jak to jest robione?

 

Losy dziewczynki i zaprzyjaźnionej z nią superświni (nie, nie nosi lateksowych ciuchów, nie walczy ze światem), wyglądającej jak zmutowana, gigantyczna istota z aparycją buldoga, po prostu chwytają za serduszko. Widać silne przywiązanie oraz to, jak bardzo zależy na niej, mimo pewnej niezdarności (ucieczka oraz demolka sklepu). Oboje są tak naprawdę tylko pionkami w rozgrywce między eko-terrorystami a korporacją, próbującą zachować swój wizerunek. Wielu może odstraszyć groteskowość całego projektu oraz ta dziwaczna mieszanina, ale jest ona po prostu świetnie zrealizowana. Nawet jeśli w tle gra „bałkańska” galopka a’la Goran Bregović (niesamowita próba odbicia Okji przez „ekologów” i ucieczka z tempem jakby to był Bourne) czy stonowane dźwięki spod znaku kina niezależnego. Reżyser prowokuje, atakuje i zmusza do myślenia, nie pozostawiając obojętnym (mocna scena pokazu wymykającego się spod kontroli czy próba odbicia Okji wprost spod rzeźni).

Do tego jest to świetnie, wręcz rewelacyjnie zagrane. Najbardziej zachwyca debiutująca Seo-hyeon Ahn jako Mi-ja, stanowiąca niemal ideał dla rodziców – odpowiedzialna, troskliwa, ale też uparta i nie dająca się tak łatwo manipulować. Tak samo świetnie wygenerowana komputerowo Okja – duża, lekko niezdarna (przejście skrótem), ale tak urocza, że tylko pozbawiony wrażliwości człowiek mógłby przejść obojętnie. Szoł jednak skradła aktorska trójca Swinton/Gyllenhaal/Dano. Tilda w roli Lucy (oraz jej siostry Nancy) jest ucieleśnieniem wszystkiego, co znany z „szefów Mordoru” – pozornie spokojna, wręcz wycofana, na scenie tryska niemal dziką energią, odgrywając rolę otwartej oraz kreatywnej szefowej. Z kolei Gyllenhaal tutaj wciela się w dr  Wilcoxa - żałosnego celebryty, nie potrafiącym żyć bez kamery, poza nią zmieniając się w zgorzkniałego pijaka (rewelacyjna scena w laboratorium, gdy po kilku głębszych wylewa cały swój smutek i żal). Z kolei Dano jako szef Frontu Wyzwolenia Zwierząt – Jay zaskakuje swoją wysoką kulturą osobistą, przywiązaniem do tradycji swojego ruchu, a jednocześnie jest w tym bardzo niepokojący.

Jeśli ja, człowiek nie będący wielkim fanem kina azjatyckiego ze względu na swoją hermetyczność oraz dziwaczność, docenia taki film jak „Okja” to znaczy, ze coś się stało. Hybryda skutecznie trzyma w napięciu, miesza konwencję i porusza do ostatniego kadru (jest scenka po napisach końcowych – jak w Marvelu). Ciekawe, ile osób po obejrzeniu przejdzie na wegetarianizm.8/10

Radosław Ostrowski

Tagi: dramat SF
15:16, radkino , kino
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 169
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Tagi
ministat liczniki.org
zBLOGowani.pl