środa, 28 września 2016

Cover

Ci dwaj muzycy działają razem od 2006 roku w założonym przez siebie prog-rockowym zespole Headspace. Damian Wilson w tym układzie jest wokalistą oraz gitarzystą, z kolei Adam Wakemen - syn legendarnego Ricka, klawiszowca zespołu Yes, gra na klawiszach (robił to wcześniej dla Ozzy'ego Osbourna). Tym razem panowie postanowili nagrać coś dla siebie i pod siebie, więc będzie zupełnie inaczej.

Dlaczego? Bo jest to płyta akustyczna, bardzo spokojna i wyciszona. W tej spokojny klimat wprowadza czarujący "Seek for Adventure", gdzie najważniejszy jest bardzo ciepły fortepian. To właśnie ten instrument tutaj dominuje na całym albumie, wspierany przez rzadko pojawiającą się gitarę akustyczną jak w tytułowym utworze, gdzie jeszcze są prześliczne chórki w tle. Wyjątkiem od tej reguły jest najdłuższy w zestawie "Catch You When You Fall", a śpiewam sam Wilson swoim niskim, ale trzymającym za gardło głosem. Panowie wiedzą też, gdzie przyspieszyć ("Together Alone"), by potem się wyciszyć, uspokoić ("Freedom is Everything"). Z jednej strony można marudzić, że jest tylko osiem kompozycji, ale to w zupełności wystarczy, bo jak wiadomo nadmiarem można byłoby przedobrzyć, a tak jet w sam.

Każdy utwór to osobna historia, która porywa jako całość. Wyróżnianie poszczególnych piosenek nie ma sensu, a gitara Wilsona połączona z klawiszami Wakemana zwyczajnie koi, uspokaja i uwodzi niesamowitą magią. Także wokale obydwu panów tworzą niesamowitą mieszankę. Adam troszkę przypomina swoim głosem Dona McLeana, a surowy i troszkę bardziej męski Wilson dopełnia tego obrazu. Nie czuć zgrzytu, panowie grają do jednej bramki.

Posłuchajcie tych opowieści, bo jest czego słuchać.

9/10 + znak jakości

Tagi: Rock
15:54, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »

carrion_1

Polski rock od dłuższego czasu ma się dość dobrze i ma kilka oblicz. To cięższe reprezentuje radomska formacja Carrion grająca hard rock od prawie 10 lat. Dwa lata temu wydała swój czwarty album "Dla idei", jednak jest to pierwsza produkcja nagrana z nowym wokalistą, Kamilem Pietruszewskim. Czy to była dobra zmiana?

Brzmieniowo to nadal stary, dobry Carrion z surowymi oraz brudnymi riffami. "Retro" już brzmi dość brutalne, a delikatne klawisze nie są w stanie uspokoić nas. To jednak była tylko dopiero rozgrzewka. "Eunomia" ma krótki, lekko orientalny wstęp klawiszowy, by dołożyć do ognia. O dziwo, nie zostaje zapomniane, by dodać do tego melodię (chwytliwy refren z metalicznym basem). Muzycy parę razy przyspieszają (bardzo mroczne "Od zła, ostra "Minoderia" ze świdrującymi klawiszami w refrenie czy typowa dla tego zespołu "Gra słów"), serwując siarczyste solówki, przypominając choćby to, co robi Frontside, ale też zaskakują wolniejszymi (ale nie nudnymi) fragmentami jak akustyczny wstęp "Mowy cieni" czy egzotyczne wprowadzenie do utworu tytułowego z wyciszonym refrenem. Do tego jeszcze odrobinę patetyczne smyczki w "Krótkowzrocznych zerach", które nie burzą całości i nie wybijają z rytmu. 

A o czym opowiada zespół? O manipulacji, walce dla idei zmieniającą się w fanatyzm, zaślepieniu oraz ogólnie widzianej dehumanizacji. Co do nowego wokalisty, to brzmi on naprawdę solidnie, a jego nadekspresja troszkę przypomina mi... Piotra Roguckiego, chociaż mogę być odosobniony w tym poglądzie. Ale pasuje tutaj do całości - jest ostro, mocno i głośno, ale i z przesłaniem. To się rzadko zdarza taki miks.

7,5/10

Tagi: Rock
14:18, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »

marina-mena-growing-pains-2015

Maria Mena to jedna z sympatyczniejszych wokalistek współczesnej muzyki pop, która nie wywołuje we mnie irytacji, nie sięga po plastikowe brzmienia, a jej uroczy głos czaruje od pierwszego do ostatniego utworu. Tak było trzy lata temu z "Weapon in Mind", ale czy z nowym wydawnictwem będzie podobnie?

Otwierający album "Good God" wywołał we mnie konsternację, skręcając w stronę r'n'b z cykaczami, perkusją oraz chórkami w refrenie. Brzmi to całkiem nieźle, ale nie tego oczekiwałem. Lepsze było "The Baby" z delikatną gitarą w tle, by z każdą sekundą przyspieszyć (perkusja). "Leaving You" już wraca do stylistyki r'n'b, gdzie dominują strzelające elektroniką perkusjonalia. I kiedy już traciłem nadzieję, pojawił się singlowy "I Don't Wanna See You with Her" ze świetnym fortepianem oraz będącymi w tle pasażami elektronicznymi. Równie się wybija przyzwoity "Good or Bad" z płynącymi smyczkami w tle czy stonowany "Not Sober" z wiolonczelą na pierwszym planie. I jest tutaj taka sinusoida między perkusją brzmiącą niczym e współczesnych "czarnych" brzmień z fortepianem oraz smyczkami.

Niby nic nowego, ale brzmi to całkiem przyzwoicie. Do tego bardzo delikatny oraz czarujący wokal Meny, potrafiący obronić każdy utwór, a już końcówka jest rewelacyjna. I brzmi troszkę tak jesiennie (zwłaszcza utwór tytułowy), a płytę zalecam do słuchania na dzisiejszą porę roku.

6,5/10

 

Tagi: Pop
12:13, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 września 2016

Ouroboros_%28Front_Cover%29

Kolejny ciekawy muzyk poznany dzięki radiowej Trójce. Ray laMontagne to muzyk rockowy, który do tej pory wydał pięć płyt i coraz bardziej skręca w stronę brzmień spod znaku blues rocka. Nie inaczej jest na ostatniej płycie pod dziwnym tytułem „Ouroburos”.

Od strony producenckiej Ray dostał wsparcie od Jima Jonesa – gitarzysty oraz frontmana zespoły My Morning Jacket. I gitara elektryczna nie została odłożona, chociaż otwierające całość „Homecoming” jest bardzo stonowane, przynajmniej na początku. Dwie minuty później pojawia się fortepian, sporadycznie się pojawiający i odzywający się z większą siłą, wspierany przez łagodną elektronikę oraz anielski wręcz głos Raya. Sporo popisują się muzycy na instrumentach jak w przypadku singlowego „Hey, No Pressure” ze świdrującą elektroniką na początku oraz surowej gitarze elektrycznej oraz utrzymany w podobnym tonie „The Changing Man” z bluesową gitarą płynnie przechodzący w „While It Still Beats”, gdzie na końcu dostajemy niesamowitą wokalizę.

Druga część to kolejne cztery utwory, a otwierający ten segment „i My Own Way” jest wyciszony, magiczny z delikatnymi klawiszami, troszkę przypominający spokojniejsze kompozycje Airbag. Podobnie jest z „Another Day”, gdzie swoje ma do zrobienia fortepian. Wtedy pojawia się jedyny instrumental, czyli „A Murmuration of Starlings”, by na finał dostać wolno grający „Wouldn't It Make A Lovely Photograph”

LaMontagne gra tutaj spokojnie, może dla wielu za spokojnie, ale pięknie. Bez popisywania się, z silnie odczuwalną magią, którą dostrzega się z kolejnym odsłuchem. „ouroburos” to taka bomba z opóźnionym zapłonem, która wali z podwójną siłą. Na pewno jeszcze do niej wrócę.

8/10

poniedziałek, 26 września 2016

Ladyhawke_-_Wild_Things

Nowa Zeladnia większości z nas kojarzy się z ojczyzną hobbistów, niskim zaludnieniem oraz czystym powietrzem. Ale też przebijają się stamtąd muzycy tacy jak Kimbra czy Philippa Brown bardziej znana jako Ladyhawke. Zaczyła najpierw w zespole rockowym Two Lane Blacktop oraz Teenager, by od 2009 roku działać solowo. Do tej pory wydała dwie płyty odmienne stylistycznie. Po skrętach w indie rocka oraz elektroniczny pop, przyszła pora na pop.

„Wild Things” zostało wyprodukowane przez Tommy’ego Englisha współpracującego m.in. z Makuą Rothmanem, 5 Seconds of Summer czy Borns. Więc byłem bardzo spectyczny do całości, aczkolwiek początek był obiecujący. „A Love Song” pachnie elektroniką, pełną pulsujących dźwięków próbujących naśladować dokonania z lat 90. Podobnie szalej perkusyjno-pianistyczny „The River” z metaliczną gitarą w tle. Kompozycje niezłe, chwytliwe, idealne na parkiet. Tytułowy utwór brzmi bardzo przestrzennie, odrobinę nowofalowo, a klaskana perkusja w odrobinę onirycznym „Let it Roll” (gitara w środku fajnie strzela) sprawia wielką frajdę. Innymi słowy, ma być to przyjemne popowe granie, pełne elektroniki (ale nie plastikowej) oraz syntezatorów (perkusja w „Sweet Fascination”).

Na szczęście, udało się uniknąć irytujących momentów, chociaż pewne elektroniczne dźwięki nie będą należały do przyjemnych (”pierdy” – z braku lepszego słowa w „Golden Girl”), to jednak sporadyczne fragmenty, nie psujące całości. Sama wokalistka ma niezły głos, tutaj zdominowany przez całą dźwiękową otoczkę, co akurat tutaj jest plusem. Piosenek jest tylko (albo aż) 11 i czas przy nich mija szybko. Jeśli potrzebujecie czegoś lekkiego na imprezkę i do zabawienia się, „Wild Things” spełni swoje zadanie w 100%. Zreszta po to powstał ten album.

7/10

Tagi: Pop
18:39, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »

4d41cfc5

Muzyka folkowa wydaje się mało ciekawa, gdyż co można zrobić majac do dyspozycji gitarę akustyczną oraz swój głos? Tacy wykonawcy jak Bob Dylan, Damien Rice czy Glen hansard pokazywali, że można oczarowac, wspierając się także innymi instrumentami. Do tego grona próbuje też dołączyć amerykańska wokalistka Laura Gibson, która wydała właśnie czwarty album.

Już otwierający wydawnictwo „The Chase” pokazuje, że jest to mieszanka folku z delikatnym popem. W tle jest gitara elektryczna, ale tak łagodniutka, że nie zwróci się na nie uwagi. Ciekawa jest tutaj perkusja oraz pasaże smyczkowe w refrenie. „Damm Sure” brzmi jak typowa melodia folkowa z gitara monotonnie grającą w tle, ale… w tle podczas refrenu jest świetny chór brzmiący niczym ze starej płyty. Bardziej rockowo jest przy „Not Harmless” z metaliczną perkusją oraz basem. Tytułowa, ponad 5-minutowa kompozycja czaruje minimalistyczną perkusją, płynącą w tle gitarą elektryczną, przestrzennym wokalem, a tykanie perkusji w przejmującym „Five and Thirty”. Równie przyjemne jest „The Search for Dark Lake” przypominającym kompozycje z lat 70. (te smyczki i hawajska perkusja) czy ciepłe „Two Kids”. Tylko jeden utwór mocno odstaje od reszty, czyli „Louis” oraz utrzymany w stylistyce retro „The Last One”.

Sama Laura ma bardzo ciepły i przyjemny głos, a aranżacje proste i skuteczne. Sama muzyka jest zwiewna, urocza, fajna, przez co dobrze pasuje do jesiennego tła. Jeszcze letnie, chociaż bez rewelacji.

7/10

Tagi: folk
17:26, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »

Poznajcie Cesara – to młody i bogaty kapiszon, posiadający wielką firmę gastronomiczną odziedziczoną po zmarłych rodzicach. Razem z najlepszym kumplem Peyalo wozi się po mieście i wyrywa dziewczyny na jedną noc. I tak byłoby do czasu, gdy nie pojawiła się ona – Sophia, dziewczyna Peyalo. Cesar zakochuje się w niej, jednak jego kochanka Nuria dowiaduje się o tym. Zawodzi Cesara swoim wozem i próbuje go zabić w wypadku, ale sama ginie. Mężczyzna ma oszpeconą mocno twarz, przez co unika kontaktu ze światem – aż do czasu.

Ten krótki opis wystarczyć, gdyż film Alejandro Amenabara oparty jest na woltach oraz zaskoczeniach. A wszystko zaczyna się w momencie, gdy nasz bohater znajduje się w… więzieniu oskarżony o morderstwo. Zaintrygowani? Reżyser powoli odkrywa elementy układanki i usypia naszą czujność zwykłymi obrazami, sytuacjami – rozmowa, przypadkowa znajomość, seks. Niby typowe obyczajowe kino, ale w połowie zaczynają się dziać dziwne. Nasz bohater widzi zamiast Sophie zmarła Nurię, w lustrze widzi swoje szpetne odbicie. No i ciągnie się pytanie – sen to czy jawa? I kto stworzył ten koszmar? Rozmowy z psychologiem Antonio, który próbuje ustalić prawdę, wprawiają w jeszcze większą dezorientację, pokazując rozmazane obrazy. Zagadkowe i dziwaczne to kino, ze stonowanymi zdjęciami oraz mocno horrorową muzyką. Jedyne, co mi mocno psuło seans to zakończenie – dla mnie zbyt futurystyczne, bardziej pasujące do powieści Philipa Dicka. Chociaż czy to aby na pewno zakończenie i odpowiedź? Sam nie wiem, nie przekonało mnie to do końca.

Pochwalić za to należy aktorstwo Edouardo Noriegi, czyli Cesara powoli tracącego zmysły, zagubionego i nie potrafiącego rozróżnić to, co jest prawdą, a tym, co jest fantazją, urojeniem, przez co łatwiej się z nim identyfikować, gdyż wiemy tyle, co on. Równie solidny jest Chete Lera w roli psychiatry Antonio – racjonalisty, dociekliwego, traktującego Cesara niemal jak syna, próbuje mu pomóc. prześliczna jest Penelope Cruz – ciepła, wrażliwa oraz czuła Sophie. Trudno zapomnieć jej oczy, spojrzenia, gdy widzi po raz pierwszy Cesara, flirtu czy jak mim stoi w deszczu.

Amenabar w swoim dziele miesza thriller z melodramatem i jeszcze to okrasza SF. Ten ostatni element można byłoby usunąć, ale seans okazał się przyzwoicie spędzonym czasem. No i to pytanie (spojler): co zobaczył nasz bohater po otworzeniu oczu?

6,5/10

Na hasło komedia romantyczna z Polski reakcja moja jest jedyna możliwa – trzeba wiać za nogi, bo humor wymuszony, słaby jest, a lukru jest tyle, że można się nim udławić. Nie żebym miał coś do takich współczesnych bajek, ale czasami jest to tak nierealne i nieprawdopodobne, że można pomylić to z kinem spod znaku SF. Jednak w końcu musi pojawić się coś, co będzie po prostu dobre w tym gatunku i nie będzie wywoływało irytacji – wydaje mi się, że właśnie na coś takiego trafiłem.

Zaczyna się dość klasycznie. Jest ona, Ania – dziewczyna chyba urodziła się w XIX wieku, ale jakimś cudem została zahibernowana do naszych czasów. Ładna, chociaż pulowerek i okulary nie pozwalają tego dostrzec na pierwszy rzut oka, romantyczna, serdeczna i samotna. Daje się namówić na udział w randkach przez Internet, czyli tytułowej „Planecie singli”. Przypadkowo randkę tą obserwuje pewien popularny prezenter telewizyjny – Tomasz „Wilk” Wilczyński. Proponuje jej prosty układ: ona opowie mu o przebiegu swoich randek, a zostaną one przerobione na skecze do jego programu telewizyjnego, w zamian jej tożsamość zostanie anonimowa i dostanie… nowy fortepian dla szkoły.

Mitja Okorn – Słoweniec od lat mieszkający i pracujący dla pewnej stacji telewizyjnej z niebieskim tłem oraz żółtymi napisami, zaskoczył mnie pięć lat temu „Listami do M.”. Niektórzy mówili, że to zrzynka z „To właśnie miłość” (nie widziałem, jeszcze), ale jak się wzorować to na najlepszych. Tutaj też widać inspiracje produkcjami zza Wielkiej Wody oraz pewnej europejskiej wyspy. Sam scenariusz jako taki jest dość wątły i stanowi pretekst do pokazania różnej maści gagów. I muszę przyznać, że sceny randek pokazujące facetów w dość stereotypowy sposób jako cwaniaczków, niedojrzałych, niewiernych, narcystycznych trafia w punkt. Parę razy nawet padłem ze śmiechu (sceny z programu Wilka a’la Kuba Wojewódzki), a to już coś oznacza. Jednak pretekstowość może dla wielu być słabością, gdyż reszta już troszkę szwankuje. Są problemy w szkole, jest idealny partner dla naszej bohaterki, jest przyjaciółka padająca ofiarą intrygi swojej pasierbicy, chcącej skłócić ją z ojcem. Te wątki są z jednej strony dość oczywiste i przewidywalne (tak jak cały film), ale nie wywołuje to irytacji czy poczucia żenady. Tak samo jak obecny product placement czy kilka zakończeń.

Po części film próbuje być także satyrą na współczesne media, goniące za sensacją oraz drwiną ze świata nastawionego na zysk, sensację i skandal. Niby nic nowego, ale kulminacja w Warszawskich Łazienkach wali w głowę jak obuchem. Straszno-śmieszne, tak samo jak finał w iście rycerskim stylu (średniowieczna wersja „The Final Countdown” – mistrzostwo). Tempo jednak w połowie zaczyna siadać i robi się troszkę poważne oraz nudnawo, rekompensując to wszystko od sceny chwytającego za serce monologu Tomka.

Ten lekki nieład próbują opanować aktorzy i tutaj jest największa siła. Cała robotę wykonuje Maciej Stuhr potwierdzając swój komediowy potencjał w roli zgorzkniałego, cynicznego szydercy. Pod tą maską jednak kryje się coś więcej, a aktor potrafi to pokazać bez sztuczności i manieryzmu. partnerująca mu Agnieszka Więdłocha jako Ania jest po prostu urocza oraz czarująca w swojej nieporadności, naiwności oraz przekonaniach. Jednak dziewczyna powoli zmienia się w bardziej trzymającą się ziemi oraz walczącą o swoje. Miedzy tą dwójką jest tutaj odczuwalna chemia, chociaż razem pojawiają się troszkę zbyt rzadko. Drugi plan jest zdominowany przez Piotra Głowackiego, czyli producenta-geja Marcela, ciapatego Pawła Domagałę (wuefista Piotr) oraz Michała Czarneckiego (lekarz Antoni). Żeby jednak nie było tak słodko, to dostajemy rzadko pojawiającego się na ekranie Tomasza Karolaka (dyrektor), którego maniera coraz bardziej irytuje i drażni.

„Planeta singli” jest filmem dość nierównym, ale mimo wad sprawdza się naprawdę dobrze. Można było mocniej dopieprzyć, lepiej wykorzystać pewnych aktorów (m.in. Rafał Rutkowski czy Ewa Błaszczyk), ale i tak jest bardzo przyzwoicie – do wzruszeń, do śmiechu, dla kasy. A monolog Tomka w telewizji powinien być przesłaniem dla wszystkich ludzi, szukających drugiej połówki. Choćby dla tego fragmentu warto odwiedzić tą planetę.

7/10

f02gla4unxss

Irlandia coraz mocniej zaznacza się na muzycznej mapie. Potwierdza to też przypadek Foya Vance'a -wokalistę, autora tekstów i kompozytora, odkrytego przez Eda Sheerana. I teraz wyszedł trzeci album wspierany przez legendarnego producenta Jacquire'a Kinga (współpraca m.in. z Kings of Leon, Norą Jones i Billy Talent) oraz samego Eltona Johna. Czy nie mogło być lepiej?

I jest ciekawie, z dominacją bluesa grany przez mały zespół. Taką obietnicę daje zadziorny, gitarowy "Noah Chomsky Is A Soft Revolution", do którego wtrąca się saksofon. Klimat ten, ocierający się o Nowy Orlean, będzie nam towarzyszył do końca, wspierany przez akustyczną gitarę i akordeon (zwiewny i skoczny "Upbeat Feelgood"), czasami idąc w stronę bardziej melancholijnych brzmień (folkowy "Coco"), wspierany przez gitarę akustyczną (skoczny "Casanova", ubarwiony smyczkami oraz akordeonem). Vance tworzy coraz ciekawsze obrazy dźwiękowe, pachnąc troszkę muzyką z dawnych lat, siegając po korzenie bluesa, co najmocniej czuć w pianistyczno-morskiem „Bangor Town”.

Żeby jednak nie było, pojawia się kilka nieoczywistości. Minimalistyczna, przypominająca troszkę „Teardop” Massiva Attack perkusja w „Burden”, które potem nabiera rozmachu w postaci chórków oraz gitary współgrającej ze smyczkami, singlowy „She Burns” pełne elektronicznych cudadeł czy bardziej jazzowy (na początku) „Be Like You Belong”.

„Dziki łabędź” okazuje się mocnym ciosem, z szorstkim, ale silnym głosem Vance’a oraz genialnym utworem finałowym, z weblami oraz niesamowitymi dudami – dwa utwory są rewelacyjne. Vance bardzo dobrze sobie radzi, a muzyka brzmi bardzo interesująca. Pięknie to lata.

7,5/10

Tagi: blues
01:32, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »

Góry – znacie inną przestrzeń, która budziłaby taki majestat i lęk? To właśnie tutaj wyrusza ojciec z dwoma dzieciakami. Mateusz był pogranicznikiem, jednak po śmierci żony zrobił sobie wolne i teraz powraca. Myśli, by wrócić do służby, dlatego z dwoma dojrzewającymi chłopakami – Jankiem oraz Tomkiem, wyruszają w góry do dawnej strażnicy. Tam też trafia tajemniczy nieznajomy podczas śnieżycy. Jest posiniaczony, we krwi i w plecaku nosi pistolet. Ojciec wyrusza, by ustalić co się dzieje, a chłopaki zostają same.

Debiutant próbuje zrobić jedynie porządny thriller, bez ambicji i udawania, że chodzi o coś więcej. Wybrał odpowiedni plener, czyli bieszczadzkie lasy oraz góry. Jest burza śnieżna, strażnica jest  w miejscu, gdzie diabeł mówi dobranoc, a w radiu leci tylko Radio Maryja („ci to mają wszędzie zasięg”) i kompletna izolacja. Poczucie bezsilności jest tutaj bardzo konsekwentnie budowane, dzięki znakomitym zdjęciom Łukasza Żala. Góry i lasy wyglądają po prostu niesamowicie w tym zielonym filtrze, ale jest też sporo mroku. Miejsce odcięte od świata, strach i powolne wchodzenie młodych chłopaków w dorosły świat. I muszę przyznać, że robi to klimat, a od połowy atmosfera gęstnieje, wywołując ciarki, niepokój oraz kibicowanie za wszystkich. Każdy ruch, każdy trzask mocno archaicznej radiostacji, każdy dźwięk podkręca całość, a muzyka niemal wzięta z horroru tylko czyni całość bardziej intensywną.

W połowie jednak zaczyna robić się troszkę schematycznie, powoli odkrywając elementy układanki związanych z nieznajomym Konradem. Jednak nawet to, co dostajemy to zaledwie wycinek, nie dający pełnej odpowiedzi na pytanie: jakim człowiekiem jest naprawdę ten mężczyzna? Świat staje się brutalniejszy, a kto jest kim i kto z kim trzyma może wywołać dezorientację. A im bliżej końca, tym bardziej reżyser sięga po oczywiste chwyty: pogoń Konrada za jednym z chłopców w mroku czy finałowa konfrontacja, ale mimo tej wady i tak się to ogląda z przyjemnością.

Jeśli chodzi o warstwę aktorską, to jest to film Marcina Dorocińskiego. Jego Konrad to trudna do oceny postać: z jednej strony rzucający mięchem, obrzydliwie wyglądający i zdolny do najgorszego okrucieństwa, z drugiej jak wszyscy tutaj, chce przetrwać i nie boi się sięgnąć po najmocniejsze argumenty. Jednocześnie jest w nim coś nieoczywistego i wrażenie, że ten facet w innych okolicznościach byłby fajnym i miłym gościem. Mocna i bardzo wyrazista postać, która zostanie w pamięci na długo. Partnerujący mu Andrzej Chyra (Mateusz), jak i Andrzej Grabowski (Lech) trzymają solidny poziom, ale zostają daleko w tyle. Nieźle radzą sobie młodzi chłopcy (Bartosz Bielenia i Kuba Henriksen), wchodzący w dorosłe życie, zbudowani na zasadzie kontrastu, chociaż trudno ich polubić.

„Na granicy” klimatem przypomina troszkę kino skandynawskie, idące w czysto gatunkowe tropy, ale jednocześnie próbuje dać widzom do pomyślenia. Dawno nie widziałem na naszym podwórku tak mrocznego filmu na naszym podwórku. Jest napięcie, tajemnica, brutalna inicjacja – i to wszystko zrobione przez debiutanta. Szacun.

7/10

Tagi: thriller
00:20, radkino , kino
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 września 2016

Sophie_Ellis-Bextor_-_Familia

Pewnie wielu tu obecnym to nazwisko nic nie mówi, ale na przełomie wieków była jedną z popularniejszych brytyjskich wokalistek popowych. Dwa lata temu zaskoczyła wszystkich idącym w stronę bardziej retro popu "Wanderlust". "Familia", zrealizowana znowu ze wsparciem producenta Eda Harcourta, wydaje się kontynuować tą drogę.

Nie do końca, gdyż otwierający całość "Wild Forever" to próba powrotu na dyskotekowe parkiety. Klaskana perkusja, bujająca elektronika oraz pojawiające się na chwilę klawisze fortepianu mogą doprowadzić do takiego wniosku. Ale w refrenie atakuje gitara elektryczna i mocniejsza perkusja. Tutaj już czuć brzmienia bliższe stylistyce muzyki alternatywnej, przyjemnie bujającej, bardziej tanecznej i przebojowej od poprzednika. Czuć wpływy disco (gitarowe i rozmarzone "Death of Love"), unosi też też duch Florence + The Machine (pianistyczny "Crystallise" z cudownymi smyczkami oraz gitarą) i czuć zabawę różnymi gatunkami z cudownie brzmiącym "Hush Little Voices" (i co z tego, że to country, ale jakie epickie - ta gitara i trąbki brzmią super). Aranżacje są zrobione bardzo pomysłowo, wiele zostaje wplecionych instrumentów (smyczki w prześlicznym "Here Comes The Rapture"), całość jest pełna barw i kolorów, przez co nie można się wynudzić (wokalizy, gitary, funk, disco, pop).

Najlepsze jednak dostajemy na sam koniec. Folkowy w duchu "Unrequited" czaruje melancholijną aurą, delikatną grą gitary oraz smyczkami. Kompletnie wybił mnie z rytmu "The Saddest Happiness", gdzie do pulsujących klawiszy dodano delikatną gitarę elektryczną oraz smyczkami, a wszystko w duchu funku z lat 70. No i jeszcze "Don't Shy Away" z oszczędną perkusją oraz elektroniką, zmieszaną z fortepianem, by pod koniec wystrzelić harmonijką ustną oraz wokalizami.

"Familia" mnie oczarowała różnorodnością, aranżacjami i stylem, a wokal Sophie ma tyle uroku, że można byłoby obdzielić nią kilka wokalistek. Interesujące, solidne popowe rzemiosło z kilkoma fajnymi sztuczkami.

7/10

Tagi: Pop
13:31, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »

NMA_WINTER_FRONT_COVER

Brytyjska nowa fala zawsze dzieliła się na dwa nurty: post-punkową, gdzie zawsze dominowała gitara oraz na synth pop, gdzie prym wiodła elektronika. Z tym pierwszym nurtem najbliżej było kapeli New Model Army kierowanej od samego początku przez charyzmatycznego Justina Sullivana. Kwintet po pięciu latach wraca z nowym, 14 albumem „Winter”.

Całość wyprodukowana przez Sullivana oraz Joe’ego Baressi (współpraca m.in. z Coheed and Cambria, Bad Religion czy Queens of the Stone Age), od początku idzie w stronę bardziej surowego rocka. Czuć to w nieprzyjemnym „Beginning”, gdzie dominuje bardzo nieprzyjemna gra gitary. Po drugiej minucie dochodzi mocne uderzenie perkusji oraz fortepian, by potem wyciszyć się. Cisza trwa dość krótko i znowu odzywa się gitara, skręcając w bardziej psychodeliczne klimaty. Równie mroczny jest "Burn the Castle" z orientalnym riffem i świdrującymi uderzeniami perkusji oraz wściekłym refrenem. Zmianę wprowadza singlowy utwór tytułowy, zaczynający się akustyczną gitarą, by potem nakładały się mocniejsze riffy gitary oraz sekcji rytmicznej (genialny instrumentalny środek). Akustyczno-elektryczne wsparcie pojawia się także w intrygującym "Part the Waters".

I kiedy wydaje się, ze tak zostanie, następuje przyspieszenie w postaci punkowego "Eyes Got Used to the Darkness" oraz bardziej przestrzennego, skocznego wręcz "Drifts" z melancholijnymi smyczkami w tle oraz gwałtownym finałem. Mrok wraca do "Born Feral" z organami pod koniec oraz popisami perkusji, a także w akustycznym, trzymającym za gardło "Die Trying". "Devil" jest dynamiczniejszy, dzięki perkusji, a mrok zachowuje dzięki nieprzyjemnym dźwiękom elektroniki, podobnie w gitarowym "Strogoula" czy metliczno-garażowym "Echo November" z niesamowitymi wokalizami w refrenie.

"Winter" ciągle zaskakuje, a Sullivan ze swoim stonowanym głosem, współtworzy niesamowity klimat tego wydawnictwa. Tajemniczego, niepokojącego, ale jednocześnie bardzo przebojowego i dynamicznego. Takie rzeczy osiągają tylko mistrzowie. Ja czekam już na prawdziwą zimę.

8,5/10 + znak jakości

Tagi: Rock
11:48, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 września 2016

Fabuła tego filmu jest prosta jak konstrukcja cepa: mamy dwójkę dzieciaków Rebeccę i Tylera. Wychowuje ich mama, bo ojciec dawno temu ich zostawił. Mama właśnie poznała i chce w tym czasie pobyć chwilę z nim, więc dzieci postanowiły pojechać na 7 dni do dziadków, z którymi nigdy nie mieli kontaktu. Pokłócili się z mamą i od tamtej pory nie utrzymywali kontaktu ze sobą, ale od czego jest Internet? Nawiązany zostaje kontakt, dzieciaki ruszają i ma być miło. Jednak po pewnym czasie, już pierwszej nocy dzieciaki zauważają, że coś jest nie tak. Drapanie ścian, chodzenie na golasa - wiadomo, starość. Przynajmniej na początku to może tak wyglądać.

M. Night Shyamalan – reżyser, który nakręcił jeden wielki film i potem konsekwentnie obniża formę. Po „Szóstym zmyśle” można było odnieść, że się wypalił, jednak zeszły rok to oznaka powrotu. najpierw był zaskakująco ciekawy serial „Miasteczko Wayward Pines”, ale to „Wizyta” okazała się zaskoczeniem. Po pierwsze, film zdecydowanie bardziej kameralny i wyciszony, bez fajerwerków, bajeranckich efektów specjalnych oraz niestrawnych dialogów. Po drugie, interesująca forma. Owszem, fund footage nie jest niczym nowym w świecie horroru, ale po raz pierwszy Shyamalan wykorzystuje tą konwencję, by przedstawić dość normalną sytuację i powolutku, konsekwentnie zbudować aurę tajemnicy, zagadki i mroku, nawet groteski. Na początku wydaje się, że nasi dziadkowie są parą takich starszych ludzi, co maja pewne problemy typowe dla tego wieku – pieluchy, drgawki, zapominają o przyjeździe na bal maskowy (dziadek) czy „zawieszają się” na jakiś czas. Normalne? Niby tak, tylko dlaczego babcia goni dzieciaki pod domem, mając włosy niczym dziewczynka z „Ringu”, dziadek zostawia swoje krwawe pieluchy w stodole, a babunia prosi o wyczyszczenie piekarnika, prosząc Rebeccę, by wlazła do środka? Takie drobiazgi tylko podkręcają strach i trzymają w napięciu, a atmosfera gęstnieje aż do dramatycznego i krwawego finału – przyznaje się bez bicia, bałem się jak cholera.

Niby nie jest to coś oryginalnego, ale trzyma to za gardło. Dodatkowo praca kamery, mimo nietypowej formy, jest bardzo płynna i nie doprowadza do stanu oczopląsu, zagubienia. To plus, jednak reżyser wkręca też niekoniecznie wysokich lotów humor. Teoretycznie rozładowuje atmosferę, ale gdyby go nie było, nic by się nie stało (używanie nazwisk wokalistek zamiast bluzgów – serio?). Mimo tego pozostaje mocna opowieść o dojrzewaniu i wychodzeniu z traumy, która pozostawia ślady bardzo głęboko. Do tego kompletnie nieznani aktorzy, co pozwala łatwiej się z nimi identyfikować.

Teraz mogę powiedzieć śmiało, z ręką na sercu – będę czekał na kolejne filmy Shyamalana. Reżyser podnosi się z kolan i chociaż nie jest to jego najwyższa forma, to jednak jest to mocny krok w dobrym kierunku. „Wizyta” sprawdza się jako horror, jak i historia z dojrzewaniem w tle. I nawet wykorzystanie dwóch kamer z ręki kompletnie nie przeszkadzało. A to już naprawdę dużo.

7,5/10

Jesteśmy w małym miasteczku leżącym gdzieś na pograniczu amerykańsko-kanadyjskim. Jest to mała okolica, gdzie ludzie żyją dość spokojnie, wiążąc koniec z końcem. Kimś takim jest też Ray – samotna matka z dwójką dzieci. Ojciec poszedł zaszaleć, gdyż jest nałogowym hazardzistą i znów go wcięło. I to przed świętami Bożego Narodzenia. Przypadek, a właściwie kradzież samochodu, doprowadza do nawiązania znajomości z Lilą – Indianką, zajmującą się przemytem ludzi.

Courtney Hunt tak naprawdę zrealizowała pełnokrwisty dramat, a nie rasowy kryminał, jak można było się spodziewać. Najważniejsze są tutaj losy naszych bohaterek, które nie potrafią spełnić swoich marzeń w sposób uczciwy. Dlatego panie chcąc związać koniec z końcem, by spłacić długi lub odzyskać swojego dzieciaka, zabranego dawno temu. I jeszcze jest zima, która potęguje poczucie beznadziei, depresji. Troszkę klimatem przypominało „Do szpiku kości”, które też działo się w małym miasteczku, też była tajemnica oraz aura beznadziei i walki mimo wszystko. Walki o przetrwanie i utrzymanie się na powierzchni. Sam scenariusz to bardziej obserwowanie otoczenia oraz krótkie, aczkolwiek intensywne sceny przemytu. Od połowy atmosfera robi się coraz gęstsza, m.in. dzięki nie do końca racjonalnemu zachowaniu. Bo żeby zostać torbę tylko dlatego, że przemyca się parę Pakistańczyków (wiadomo, każdy ciapaty to potencjalny terrorysta, a może mieć ze sobą bombę) – ok, rozumiem, spanikowała. Pewnie wiele osób by tak pomyślało, ale to wyglądało po prostu fałszywie i nieprzekonująco. Tak samo jak finał, gdzie… a nie, tego wam nie zdradzę.

Troszkę niepewny scenariusz, reżyseria dość konsekwentna, jednak bardzo wolne tempo oraz dość monotonne sceny działają nużąco. I tak naprawdę, gdyby nie świetna Melissa Leo film rzuciłbym w diabły. Ray w jej wykonaniu to zdesperowana kobieta, walcząca niemal ze wszystkimi – podłym losem, starszym synem nie do końca posłusznym. W oczach widać ból, bezsilność, ale i determinację. Nawet jeśli miałoby to kosztować życie. Drugą taką postacią jest Lila (mocna Misty Upham) - pozbawiona dziecka kobieta. Obie wiele przeszły i dostały mocno po dupie od życia, ale nie poddają się, mają tą drobną iskierkę nadziei, że jeszcze będzie lepiej. Być może dlatego między nimi czuć tak silną chemię, która wybija film od reszty.

Nie jest to film łatwy, lekki i przyjemny, tylko kolejny portret Ameryki jako „kraju nie dla starych ludzi”. Widziałem takich tytułów wiele, ale i ten potrafi chwycić za gardło. Szkoda, że robi to dopiero w drugiej połowie.

6/10

Amerykanie kochają swoich gangsterów, którzy są otoczeni niemal kultem, a filmy o nich zawsze są interesujące dla filmowców. „Chłopcy z ferajny”, „Ojciec chrzestny”, „Dawno temu w Ameryce” czy ostatni „Legend” to potwierdzenie tego nurtu. Do tego próbuje też wejść „Pakt z diabłem” powoli rozkręcającego się reżysera Scotta Coopera.

Pomysł jest diablo intrygujący: James „Whitey” Bulgar to drobna płotka, będąca właścicielem nocnego klubu w latach 70. w Bostonie. Gdy go poznajemy pomaga młodemu wykidajle, dostającemu w łeb od dawnych kumpli. Ale Jimmy chce coraz więcej, coraz bardziej, jednak przeszkadzają mu w tym konkurenci z włoskimi korzeniami. I nawet mimo posiadania wpływowego brata-senatora. Wtedy do Bostonu wraca dawny znajomy Jimmy’ego, obecnie agent FBI, John Connolly. Mężczyzna proponuje gangsterowi deal: zostanie informatorem FBI w zamian za nietykalność. Bulgar idzie na to, wykorzystując swoje koneksje do eliminacji konkurencji.

Wydaje się to brzmieć jak interesujący film gangsterski? Bulger był pierwowzorem Franka Costello z „Infiltracji”, co pokazuje ogromny potencjał tej postaci. Problem w tym, że reżyser nie do końca wykorzystuje potencjał w tym układzie: gangster-agent-polityk. Pierwszy wykorzystuje swoje konotacje do bezkarnej eliminacji swoich wrogów oraz poszerzanie swojego terytorium, drugi w zamian chce zdobyć haki na mafię oraz coraz bardziej zafascynowany swoimi nowymi przyjaciółmi, zaczyna szastać forsą, trzeci udaje z kolei, że o niczym nie wie i przymyka oko. Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, ze twórcy bardziej skupiają się na pokazywaniu kolejnych scen eliminacji wrogów Bulgera, pokazaniu mrocznej strony jego charakteru, porąbanego psychopaty, zmierzając do oczywistego i przewidywalnego finału: od bycia nikim, wejściu na szczyt po spektakularny upadek. Jak w dokumencie, a najciekawsze momenty, próbujące pokazać bardziej prywatne oblicze gangstera, zostają potraktowane po macoszemu (ciężka choroba syna, która go złamała i żona, która po tym wydarzeniu nigdy się nie pojawia, brak informacji o kochankach).

Same sceny gangsterskie są całkiem niezłe, chociaż tempo jest bardzo spokojne, wręcz usypiające. Zaułki, speluny, ukryte domy – to tworzy klimat, podobnie jak stylizacja i odtworzenie realiów lat 70. i 80. Problem jednak w tym, że ten film kompletnie nie angażuje, a w rękach sprawniejszego reżysera byłby po prostu kozacki. Sytuację próbuje ratować Johnny Depp i daje radę, ale jest jeden problem – koszmarny make-up, przez który bardziej wygląda na wampira niż mafioza. W scenach, gdy nie zabija i nikomu nie grozi robi większe wrażenie, zaskakując swoim bardziej ludzkim obliczem. Drugim ważnym graczem jest agent Connelly w wykonaniu Joela Edgertona – skromny, wyciszony i bezgranicznie lojalny wobec gangstera, z czasem szpanuje hajsem, stając się zbyt pewnym siebie gnojkiem. Reszta obsady jest solidna, mimo zaangażowania takich aktorów jak Benedict Cumberbatch (Billy Bulgar), Kevin Bacon (agent Charles McGuire), Corey Stoll (Fred Wyshak) czy Peter Saarsgaard (Brian Holloran).

Dla mnie „Pakt z diabłem” to strasznie zmarnowany potencjał, dodatkowo spłaszczający postać Bulgara jako kolejnego gangstera-psychopatę, jakich było wielu. Przeciętna biografia, która mimo solidności, zwyczajnie nie porywa, nudzi i nie przedstawia niczego nowego w mafijnej tematyce. Coś tu mocno nie zagrało.

5/10.

Tagi: kryminał
13:11, radkino , kino
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 145
Tagi
ministat liczniki.org
zBLOGowani.pl