piątek, 15 lutego 2019

Wiecie, co to jest lockout? To taka sytuacja w rozgrywkach NBA (i nie tylko), kiedy liga nie gra, bo zawodnicy i kluby nie dogadały się ze sobą w kwestii wynagrodzeń z zysków. Coś jakby przymusowy zakaz pracy. Tracą na tym wszyscy: gracze, widzowie, telewizja, menadżerowie i agenci sportowi. Kimś takim jest niejaki Ray Burke, znający ten świat jak własną kieszeń. Próbuje pomoc swojemu klientowi – młodemu, obiecującemu zawodnikowi, Erickowi Scottowi. Ma on kontrakt, ale nie może grać z powodu lockoutu. Ale nasz agent ma pewien plan, by przełamać impas.

wysokie_loty1

Netflix robi kolejny film okołosportowy i w zasadzie można by olać ten temat. Ale kiedy kręci ten film Steven Soderbergh, sprawy nagle stają się poważniejsze. Reżyser znowu decyduje się kręcić całość na iPhonie, co tworzy bardzo specyficzny klimat, niejako jeszcze bardziej wprawiając w stan osaczenia.  Próbuje się przyjrzeć światowi wielkiego sportu i jeszcze większych pieniędzy, gdzie zawodnik jest jedynie maszynką przynoszącą dochody, każdy może nim manipulować oraz sterować tak, by zarabiał więcej. Cała intryga jest skupiona na dialogach, podjazdowych zagrywkach i lawirowaniu mocno na granicy prawa. Można się w tym wszystkim pogubić, zwłaszcza nie znając zwrotów lockout czy draft, ale reżyser stara się wszystko pokazać w sposób przystępny.

wysokie_loty2

Soderbergh nadal robi to, co potrafi najlepiej, czyli bawi się sprzętem, filmuje czasami pod dziwnymi kątami i stosuje długie ujęcia. Niemniej może parę osób się od tego odbić. Dla mnie jednak problemem były wplecione wywiady zawodników NBA o tym, jak się czuli na początku swojej kariery, o swoich najbliższych itp. Miałem wrażenie, że są troszkę zbędne i troszkę łopatologicznie uzupełniają to, co się dzieje na ekranie. Także ostatnie 15-20 minut, gdzie dochodzi do retrospekcji, potrafiło wybić mnie z rytmu. Nie mniej ogląda się to naprawdę dobrze m.in. dzięki świetnym dialogom oraz trafnemu portretowi tego świata.

wysokie_loty1

No i reżyser ma jeden mocny atut w talii: fantastycznego Andre Hollanda w roli Raya. Ten facet to prawdziwy lawirant, wnikliwie obserwujący cała sytuację i zgrabnie manipulujący ludźmi w osiągnięciu celu. Troszkę przypominał Franka Underwooda, choć nie był aż tak bezwzględny. Zna się na ludziach, chociaż czasami miałem wrażenie, że sytuacja może go przerosnąć. Równie świetna jest Zazie Beets jako Sam, asystentka/nie asystentka i powiernica Raya, całkiem nieźle sobie radząca w całym tym rozgardiaszu, a także Billy Duke w roli trenera Spencera (cytowanie formułki, gdy padają jakiekolwiek skojarzenia z niewolnictwem – perełka).

Soderbergh nie zamierza przechodzić na emeryturę i kolejny raz potrafi zaskoczyć. Świetnie prowadzi pozornie stateczną intrygę, serwuje rozbrajające dialogi, ciągle zaskakuje, a jednocześnie skłania do myślenia. Bardzo porządna robota.

7/10 

Radosław Ostrowski

czwartek, 14 lutego 2019

Jesteśmy gdzieś na Dzikim Zachodzie, gdzie przebywa rodzina ranczerów Zacharych. Najstarszy syn Ben jest niejako głową rodziny po tym, jak ojciec zginął przez Indian i razem z sąsiadami prowadzi spółkę. Poza Benem jest jeszcze matka, dwóch braci oraz śliczna Rachel, która ma troszkę ciemniejszą karnację. Jednak te dobre relacje zostają popsute przez nieprzyjaznego Abe’a Kelseya, znającego dość mroczną tajemnicę.

nie_do_przebaczenia2

John Huston znowu wraca do westernu i próbuje opowiedzieć opowieść z rasizmem w tle. Jest powoli skrywana tajemnica rodzinna, która doprowadza do spięć między sąsiadami oraz Indianami. Problem jednak w tym, że ambicje reżysera zostały zderzone z wizją producentów, pragnących sukcesu komercyjnego. I niestety, te spięcia są bardzo widoczne, bo reżyser chce przyłożyć oraz pokazać siłę (negatywną) głęboko zakorzenionego rasizmu. Widmo rodzinnej tajemnicy powinno ciążyć oraz doprowadzić do większych konfliktów, co widać najmocniej na przykładzie Casha – brata nienawidzącego Indian. Gdyby mógł, to by ich chętnie wymordował, zaś sama myśl, iż jego siostra mogła być czerwonoskóra, doprowadza do szału. Tak samo zachowują się wspólnicy (rodzina Rawlinsów), jakby te kilka lat znajomości oraz przyjaźni nie miały żadnego znaczenia, były nic nie warte. Rozumiem, że mogło tu chodzi o pokazanie siły głęboko zakorzenionej nienawiści, tylko że brzmi to po prostu niedorzecznie.

nie_do_przebaczenia1

Tak samo portretowanie Indian jako tych złych, chociaż punkt wyjścia mógł być pole do dyskusji na temat przynależności rasowej. No bo Rachel na pierwszy rzut oka nie różni się od innych „białych” ludzi (może poza ciemniejszą karnacją, ale nie aż tak mocną) i jest wychowywana przez rodzinę jak swoja. Tu mogło być duże pole do pokazania pewnego wewnętrznego konfliktu kobiety. Ale ten wątek zostaje pogrzebany i stępiony, zaś jej przemiana (finałowa scena oblężenia) oraz niejako potwierdzenie swojej tożsamości to po prostu jakiś kiepski dowcip. A wszystko kończy się wręcz ostrą rzezią oraz zabijaniem Indian, bo jednak rodzina to rodzina i te więzy są silniejsze niż cokolwiek innego.

nie_do_przebaczenia3

Nawet aktorstwo jest tu dość nierówne. Ryzykownym pomysłem było obsadzenie Audrey Hepburn jako Rachel. Z jednej strony rozumiem ten chwyt: nazwisko miało skupić uwagę, a jednocześnie jej wygląd ma budzić jak najmniej podejrzeń w sprawie jej prawdziwego pochodzenia. Problem jednak w tym, że ten chwyt nie działa, zaś jej występ wydaje się średni. O wiele lepiej prezentuje się twardy niczym czołg Burt Lancaster, który ciągnie ten film na barkach aż do samego końca. Tak samo wyrazista jest legendarna Lillian Gish jako matka skrywająca tajemnicę oraz Joseph Wiseman w roli Kelseya.

„Nie do przebaczenia” miało spory potencjał na mocne, ostre kino piętnujące rasizm oraz nienawiść do innych. Ale po drodze Hustonowi stępiono pazury, dodano dość niekonsekwentny scenariusz i nierówne aktorstwo. Ciężko strawna mieszanka i jeden z najsłabszych filmów Amerykanina.

6/10

Radosław Ostrowski


Mamy tutaj historię człowieka, który trafił na obcy grunt i próbował zrozumieć nowy, nieznany świat. Jest rok 1858, Japonia czasu szogunatu. Od wielu wieków nie został tu wpuszczony żaden cudzoziemiec, traktowany przez tutejszych jak zaraza. Tym razem do Kraju Kwitnącej Wiśni trafia amerykański dyplomata Townsend Harris na polecenie samego prezydenta USA, by nawiązać stosunki dyplomatyczne z Japonią. Ale miejscowe władze dość sceptycznie traktują nowego przybysza, nie uznając jego uprawnień ani kompetencji i chcą się go jak najszybciej pozbyć. Zostaje mu jednak przydzielona gejsza Okichi, mająca obserwować, ale i pilnować przybysza.

Kolejne zderzenie dwóch światów w dorobku Johna Hustona, ale tym razem mamy dwie odmienne kultury oraz historię inspirowaną prawdziwymi wydarzeniami. Czyli co może zrobić Amerykanin, by poznać kulturę japońską oraz przełamać izolacje tego kraju od reszty świata. Problem w tym, że film chce połączyć wątki polityczno-kulturowe z romansem między cudzoziemcem a gejszą. I efekt jest dość rozczarowujący. Niby są pewne próby pokazania państwa Japonii jako wewnętrznie skonfliktowanego, rozdartego między tradycją i przesądami a chęcią przełamania izolacjonizmu, ale to wszystko wydaje się jakieś takie płytkie, mocno skrótowe i nieangażujące. To samo dotyczy romansu między Harrisem a Okichi, który bardziej jest deklaratywny niż widoczny. Do tego nie czuć było chemii między bohaterami, co boli. Przyczyną tego stanu rzeczy może być fakt, że „Barbarzyńca i gejsza” przed premierą został przemontowany i wiele rzeczy trafiło do kosza. Zmiany były tak duże, że Huston chciał wycofać swoje nazwisko z czołówki.

Czy jest coś dobrego i udanego w tym tytule? Zdecydowanie broni się warstwa wizualna: scenografia oraz kostiumy wyglądają naprawdę dobrze. Twórcy część zdjęć kręcili w Japonii i to widać, zaś muzyka też oddaje specyfikę kraju. Nie brakuje kilku mocnych scen jak wybuch epidemii cholery czy popis łuczników na koniu oraz przepychu podczas pokazania pewnego pietyzmu, obyczajów, ale to troszkę za mało. Boli też pewien drobiazg, czyli chwile, gdy niektórzy aktorzy azjatyccy posługują się angielszczyzną. Ja rozumiem, że chodziło o zrozumienie dialogów, ale to wszystko wydaje się bardzo sztuczne z dzisiejszej perspektywy.

Sytuacji nie jest w stanie nawet uratować aktorstwo. Pomyłką (inaczej nie jestem w stanie tego nazwać) było obsadzenie Johna Wayne’a w roli dyplomaty. Niby jest to próba przełamania swojego emploi, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że aktor jest bardzo sztywny, czuje się mocno skrępowany, zaś głos brzmi tak jak typowy John Wayne. Tylko, że ten aktor sprawdza się w rolach wymagających czynów fizycznych, a nie mówienia dialogów, co brzmi strasznie. Lepiej wypada zarówno Sam Jeffe (tłumacz Henry) oraz Eiko Ando jako Okichi.

„Barbarzyńca i gejsza” to jeden z tych filmów, dla których czas był bardzo okrutny. Mocno archaiczne w formie, bardzo płytko traktujący kwestię przełamywania barier oraz romansu między osobami z dwóch różnych światów. Zasłużenie zapomniane dzieło w dorobku Hustona.

5/10

Radosław Ostrowski


środa, 13 lutego 2019

Rok 1944, gdzieś na Pacyfiku płynie ponton ze zmęczonym żołnierzem. Trafia na wyspę, gdzie jedyną osobą jest siostra zakonna Angela. Samo miejsce, poza sporym miejscem oraz poczuciem osamotnienia, wydaje się być rajem. Powoli nasza dwójka zaczyna się bliżej poznawać, lecz na wyspie pojawiają się Japończycy.

mr_allison2

John Huston w jakimś sensie robi powtórkę z rozrywki, czyli coś w stylu „Afrykańskiej królowej”, tylko inaczej. Zapomnijcie o jakimś wiszącym w powietrzu romansie, tutaj nawet takich sugestii nie ma. Nie oznacza to jednak, że nie dochodzi do pewnych spięć. Dialogi są niepozbawione lekkości oraz humoru, gdy dochodzi do zderzeń dwóch postaw. Z jednej strony kapral marines, dla którego wojsko jest jedynym sensem życia (brak żony, rodziny, kryminalna przeszłość), z drugiej zakonnica jeszcze przed przyjęciem ostatecznych ślubów. Reżyser bardzo dobrze balansuje między humorem (dialogi, polowanie na żółwia) a dramatem (ukrywanie się przed Japończykami w jaskini czy choroba siostry Angeli), pokazując coraz bardziej tworzącą się więź między bohaterami: szacunek, sympatię, nawet przyjaźń. Nie ma tutaj ckliwości czy sentymentalizmu, czego troszkę się obawiałem, nawet stawka jest tutaj bardziej namacalna i odczuwalna. Nie brakuje tutaj scen batalistycznych, chociaż są pokazywane one są z daleka, co jest absolutnie zrozumiałe, a napięcie wynikające z tego faktu budowane jest mocno, konkretnie i treściwie. Jakby wróg był niemal wszechobecny.

mr_allison1

Sama wyspa też wygląda dość okazale, podobnie jak solidna scenografia, która ulega zniszczeniu z każdą sekundą. Miałem wrażenie naturalności całego miejsca, a większa przestrzeń powoduje, że film wydaje się mniej teatralny. Jedyna rzecz, do której mógłbym się przyczepić to troszkę słabsze zakończenie, gdzie wątek naszych bohaterów dość mocno się urywa.

Wszystko na barkach zmuszony jest nieść duet naszych bohaterów, grany przez Roberta Mitchuma i Deborah Kerr. Zwłaszcza Mitchum tutaj błyszczy jako prostolinijny (ale nie prostacki) wojak, serwujący swoim żargonem, niepozbawiony sprytu. Każdą emocję wygrywa bezbłędnie, co świetnie pokazuje mowa ciała czy scena rozmowy po pijaku.

To pozornie bardzo kameralny film w dorobku Hustona, chociaż pełen emocji oraz świetnie poprowadzonego duetu Mitchum/Kerr. Odpowiednio zabawny, inteligentny, ale i poruszający, bez popadania w ckliwe, melodramatyczne tony. Tylko trzeba wczytać między słowami.

8/10 

Radosław Ostrowski


poniedziałek, 11 lutego 2019

Przestrzeń kosmiczna to miejsce nieodgadnione. A filmów o eksploracji kosmosu powstało kilka jak „Pierwszy krok w kosmos” czy „Apollo 13”. Na pierwszy rzut oka „Pierwszy człowiek” wydaje się iść w tym tonie, opowiadając o życiu Neila Armstronga. Ale Damien Chazelle wykonuje tu skok na głęboką wodę z trzech powodów. Po pierwsze, jest to film biograficzny. Po drugie jest on oparty na cudzym scenariuszu (autorem jest Josh Singer, zdobywca Oscara za „Spotlight”). Po trzecie, dostał większy budżet (jakieś 60 milionów dolców). Czyżby nasza zdolna bestia zawarła pakt z diabłem i się zwyczajnie sprzedał Hollywoodowi?

pierwszy_czlowiek1

Wszystko zaczyna od lotu Armstronga samolotem X-15 a kończy się lądowaniem na Księżycu, które nie zostało wyreżyserowane w studio przez Stalneya Kubricka (tak twierdzą fani teorii spiskowych). Jednak jeśli spodziewacie się wiadra patosu, kilogramów efektów specjalnych oraz blockbusterowego przepychu, to… nie. „Pierwszy człowiek” bardzo mocno trzyma się ziemi i bardziej wygląda jak dokument niż dzieło dużej wytwórni, co było wielką niespodzianką. Narracja tutaj skupia się na samym Armstrongu, który jest bardzo wycofany, co pogłębia śmierć córki Karen, przez co „odcina się emocjonalnie” od swojej rodziny. Z drugiej strony mamy tą rywalizację z Ruskimi o dominację w przestrzeni kosmicznej, co jest kolejnym polem działań zimnej wojny. Ale co mniej najbardziej uderzyło, to realizacja tych ujęć. Kamera niemal przyjmuję perspektywę naszego bohatera, przez co podczas scen lotów czy treningów miałem wrażenie, jakbym to JA uczestniczył w tych lotach, szkoleniach czy treningach. To poczucie immersji przypominało mi „Grawitację” Cuarona, w czym pomaga udźwiękowienie (niemal ciągle wyginające się metale, pręty) oraz kamera skupiająca się na detalach i trzęsąca się niczym ofiara epilepsji. Tymi metodami Chzelle buduje napięcie, mimo znajomości finału, co pokazuje scena lotu Gemini 8, kiedy pojazd zaczyna koziołkować czy obserwując lądowanie na Księżycu.

pierwszy_czlowiek2

Ale jednocześnie Chazelle pokazuje, jak bardzo takie loty i misje były niebezpieczne dla pilotów. I ile ofiar pochłonęło to marzenie, by przekroczyć kolejne bariery poznania oraz rozwoju technologii, o czym dość niechętnie się wypowiada. Śmierć tutaj towarzyszy bardzo często, potęgując miejscami melancholijny klimat filmu. Bo wiele trzeba było prób i błędów tu na Ziemi, by nie powtórzyły się w kosmosie. Dla mnie problemem była tutaj dość skokowa narracja, pokazująca 8 lat z życia naszego astronauty oraz jego rodziny czy pokazanie członków NASA jako nie do końca poważnych gości. Jednak to wszystko rekompensuje wręcz znakomita reżyseria, balansująca między patosem, rozmachem, a kameralnością oraz rewelacyjna muzyka. Jest to zbalansowane wręcz perfekcyjnie.

pierwszy_czlowiek3

Wiele osób może mieć zastrzeżenie do obsadzenia Ryana Goslinga jako Neila Armstronga, który kolejny raz wciela się w wycofanego, tłumiącego emocje faceta. Problem jednak w tym, że ten casting zwyczajnie działa i łatwo było wejść w skórę zamkniętego w sobie człowieka, który jest bardzo konkretny i mało wylewny. Jeszcze to człowiek czy już robot? Widać, że jeszcze nie przepracował żałoby i tylko raz jego żona (świetna Claire Foy) stawia go do pionu, by powiedział synom, iż może nie wrócić z tego lotu. Na drugim planie mamy kilka znanych twarzy z małego i dużego ekranu jak Kyle Chandler (Deke Slayton), Corey Stoll (Buzz Aldrin), Ciaran Hinds (Bob Gilruth) czy Patrick Fugit (Elliott See), to dla mnie całość kradnie Jason Clarke w roli przyjaciela i sąsiada, Eda White’a. tutaj w zasadzie nie mam się do kogokolwiek przyczepić, nawet dzieci wypadają naturalnie.

Troszkę żałuję, że „Pierwszy człowiek” został olany przez wiele prestiżowych gremiów, bo to jeden z najlepszych filmów roku 2018. Bardzo kameralna jak na film z dużym budżetem, ale zrobiona po swojemu i niejako wbrew oczywistym schematom. Wiele ujęć i kadrów zostanie ze mną na długo, a eksploracja kosmosu jeszcze nie była tak intensywnym doświadczeniem.

8,5/10 + znak jakości 

Radosław Ostrowski

Ta historia wydarzyła się naprawdę, choć trudno w to uwierzyć. Jest rok 1991 i dla Lee Israel był to paskudny rok, ponieważ ta autorka biografii nie może znaleźć zatrudnienia. Z kolei jej materiał na nową książkę nie cieszy się zainteresowaniem nawet jej agentki. A z czegoś trzeba opłacić rachunki, kupić leki dla kota. Przypadkiem decyduje się sprzedać list, jaki otrzymała od Katherine Hepburn, własnoręcznie podpisany. Dostaje za to całkiem niezłe pieniądze i decyduje się na pewne oszustwo – sprzedawanie listów znanych postaci z literatury. I nie tylko, w czym pomaga dawno nie widziany znajomy Jack „Przystojniak” Hock.

can_you_ever_forgive_me1

Reżyserka Marianne Heller przedstawia historię samotniczki, próbującej odnieść sukces na polu zawodowym. A ciężko jest to zrobić, jeśli nie jest się „gorącym”, gwarantującym spore zyski autorem w wieku średnim. Wszystko osadzone w realiach Nowego Jorku początku lat 90., który jest tutaj pięknie fotografowany – zwłaszcza nocne ujęcia w mocnej, żółtej kolorystyce. I znów, niczym u Woody’ego Allena, krążymy po świecie wyższych sfer tego miasta – tutaj są nimi wydawcy oraz kolekcjonerzy korespondencji od zmarłych i cenionych literatów. To wszystko ma taki słodko-gorzki posmak, gdzie humor (miejscami nie pozbawiony ironii) współgra z poważnymi dramatami oraz wątkiem kryminalnym. A to wszystko pozwala troszkę głębiej wejść w świat naszej bohaterki, bardzo nieufnej, zamkniętej w sobie, ale też dość egoistycznej, szorstkiej, z niewyparzonym językiem. Co najbardziej mnie zaskoczyło to fakt, że zwyczajnie zależał i obchodził mnie jej los, bo… było mi jej zwyczajnie żal. Równie głęboko jest zarysowane coś na kształt przyjaźni między Lee a Jackiem – dwójką outsiderów, których podejście do życia różni się ogromnie. Z jednej strony, rozwaga, planowanie i opanowanie, z drugiej czerpanie z życia garściami, wręcz hedonizm, ale bez popadania w przesadę. I to ten wątek bardziej mnie pociągał niż cała akcja z fałszowaniem listów oraz ich sprzedażą. Choć całość może pod względem formy nie zaskakuje, film ma swój elegancki styl w czym pomaga rozluźniająca, jazzowa muzyka oraz dialogi.

can_you_ever_forgive_me2

Jeśli coś wyróżnia nowy film reżyserki „Wyznań nastolatki” to aktorstwo z wysokiej półki. Sporym zaskoczeniem było obsadzeniem w roli głównej Melissy McCarthy. Aktorka znana z dużego talentu komediowego, ostatnio jednak zaliczała mniejsze lub większe wpadki z rubaszno-wulgarnym humorem w tle. Tutaj jest wyjątkowo stonowana, subtelniejsza, co pokazuje jej inne oblicze. Bardzo dobrze sobie radzi z tą trudną kreacją lekko zołzowatej, ale jednak budzącej sympatię kobiety. Jednak film kradnie cudowny Richard E. Grant, tworząc bardzo wyrazistą postać „niebieskiego ptaka”, jakim był Hock. Gej, diler narkotykowy, drobny złodziej z czarującą prezencją skupia całą uwagę do samego końca, nie popadając w banalne stereotypy, o co byłoby warto. I ten duet Grant/McCarthy jest kołem zamachowym tego filmu.

Bardzo żałuję, że ten film nadal nie ma w Polsce dystrybutora, bo trafiłby na dobry grunt. To sympatyczny, słodko-gorzki komediodramat w starym, dobrym stylu. Ci, co nie przepadali za Melissą McCarthy powinni po tym filmie się do niej przekonać.

7/10 

Radosław Ostrowski

niedziela, 10 lutego 2019

O tym wielorybie słyszał każdy. Moby Dick, czyli wielki biały wieloryb, któremu wbijano harpuny wiele razy i wydaje się być nie do pokonania. Ale pewien kapitan o imieniu Ahab, dowódca okrętu Pequad, ma z wielorybem rachunki do wyrównania. W całą tą rozgrywkę zostaje wplątana cała załoga okrętu, w tym nowy marynarz Iszmael.

Powieść Hermanna Melville’a była przenoszona wielokrotnie, stanowiąc sporą inspirację dla kinomanów. W 1956 roku postanowił zaryzykować John Huston, lecz żadne studio nie chciało sfinansować mroczny film, bez żeńskiej obsady oraz wątków romansowych. Po trzech latach dano zielone światło od Warner Bros., ale postawiono jeden warunek – kapitana Ahaba miała zagrać znana gwiazda. Ostatecznie wybrano do tej roli Gregory’ego Pecka i ruszyły zdjęcia, które trwały kilka miesięcy. I jaki jest efekt? Ku mojemu zaskoczeniu satysfakcjonujący.

moby_dick1

Fabuła mocno trzyma się pierwowzoru i jest takim surowym kinem przygodowym, gdzie akcja nie jest tutaj najważniejsza. Reżyser skupia się na pokazaniu życia na okręcie, w otwartym morzu. Zabijanie wielorybów staje się czymś w rodzaju powołania, zadania wyznaczonego przez samego Boga, a kapitan jest tutaj panem i władcą. Jego słowo ma wymiar ostateczny i nieodwołalny, jakby pochodziło od Najwyższego. Stąd wiele jest tutaj scen symbolicznych jak ślubowanie harpunników czy wręczanie trunku od kapitana do całej załogi, pokazujących jaką więź ma mieć kapitan ze swoją załogą. Ale całość jest pełna niepokoju, który nasila się z coraz większym szaleństwem Ahaba, żadnego zemsty za stratę nogi. I nikt nie jest w stanie go powstrzymać, zaś każdy znak widzi jako szansę na dorwanie Moby Dicka, nawet kosztem wielkiego połowu.

moby_dick2

Niby nie dzieje się zbyt wiele, ale duże przywiązanie do detali (scena ataków na wieloryby) ma charakter wręcz pietyzmu. Sam okręt też wygląda imponująco, tak samo jak wręcz malarskie zdjęcia. Morze wygląda tutaj naprawdę groźnie, a poczucie majestatu buduje też odpowiednio stonowana muzyka. Scenografia i kostiumy też przekonująco odtwarzają XIX-wiecznie nadmorskie miasteczko, choć nie przebywamy w nim na długo. Wszystko zmierza może i do dość brutalnego finału, jednak potrafi wiele razy utrzymać w napięciu oraz zainteresowaniu, zachowując fatalistyczną aurę.

Muszę przyznać, że mimo lat aktorstwo nadal trzyma wysoki poziom. Najbardziej zaskakuje tutaj Peck grając bardzo mroczną postać, dla którego motywacja jest od samego początku jasna: zabicie Moby Dicka oraz wyrównanie rachunków. Posępne spojrzenie, bardzo niski głos oraz władcza sylwetka – aktor tworzy bardzo wyrazistą postać, bez popadania w karykaturę, o co byłoby bardzo łatwo. Drugi plan pozornie może wydawać się zlepkiem bezbarwnych postaci, lecz to tylko złudzenie. Bo każdy członek załogi ma swoje przysłowiowe pięć minut: harpunnik Queequag, zachowujący rozsądek I oficer Starbuck, cieśla okrętowy czy rozbrykany Pip.

„Moby Dick” wydaje się być mnie znanym i (na razie) najbardziej niedocenionym filmem w dorobku Hustona. Reżyser zmierzył się z ambitną literaturą i choć całość ma troszkę postojów, to jednak świetne dialogi, filozoficzna otoczka oraz mocne aktorstwo powodują, że film zostaje długo w pamięci. Czyli da się z wielkie literatury zrobić kino zahaczające o wielkość?

8/10

Radosław Ostrowski


Rok 1914, gdzieś w środkowej części Afryki. Tytułowa Afrykańska Królowa to bardzo skromna i zużyta łajba, którą przepływa niejaki Charlie Allnut – kanadyjski marynarz, pracujący w pobliskiej kopalni. A jedną z jego prac jest też dostarczania wiadomości brytyjskiemu misjonarzowi oraz jego siostrze. Wkrótce jednak wybucha I wojna światowa, a misja zostaje zlikwidowana i duchowny umiera. Charlie decyduje się wziąć kobietę na swój statek i wyruszyć dalej.

afrykanska_krolowa1

To jeden z głośniejszych filmów w dorobku Johna Hustona, który tym razem postanowił zrobić kino przygodowe, oparte niemal na dwóch postaciach oraz jednej podniszczonej łajbie. Podobno wszystko było niemal robione w studio, ale jakoś tego nie widać. Tak naprawdę do gatunkowa hybryda, niepozbawiona wątku (melo)dramatycznego, odrobiny humoru oraz akcji. Same krajobrazy dość delikatnie wykorzystane w tle, nadal wyglądają imponująco, tak samo jak bardzo oszczędna scenografia. Wydaje się by filmem zahaczającym o survival (komary, pijawki), ale dla mnie problemem był kompletny brak poczucia zagrożenia. Nie oznacza to, że nie brakuje przeszkód do pokonania: przepływanie przez rwące prądy, zwierzęta czy przepłynięcie przez fort z niemieckimi żołnierzami. Ale to wszystko przychodzi dość gładko, bez problemów nie do rozwiązania, dzięki pomysłowości oraz odrobinie sprytu, co pokazuje troszkę zwariowany finał.

afrykanska_krolowa2

Tak naprawdę jednak na pierwszy plan wybija się relacja między szorstkim Allnutem (wycofany Humphrey Bogart), a twardą i charakterną panną Rose (czarująca Katherine Hepburn). Początkowo wydają się postaciami z kompletnie różnych światów, ale okoliczności przyrody zmuszają na znalezienia wspólnego języka. Powoli zaczynają pękać lody, zaś złośliwości ustępują miejsca czemuś znacznie głębszemu i poważniejszemu. Może dla wielu ta relacja może wydawać się dość uproszczona i sentymentalna, jednak grający główne role Bogart oraz Hepburn wyciskają ze swoich postaci wszystko. I to chemia między nimi jest prawdziwym paliwem napędowym tego tytułu.

afrykanska_krolowa3

Huston tym filmem troszkę wpuszcza w maliny. Osoby oczekujące kina stricte przygodowego, mogą poczuć się rozczarowani, bo tak naprawdę na pierwszym plan wybija się wątek melodramatyczny. Widać mocno wiek „Afrykańskiej królowej”, ale ma to wszystko swój staroświecki urok i pozwala przyjemnie spędzić czas. Tylko i aż tyle.

7/10 

Radosław Ostrowski


sobota, 09 lutego 2019

Ileż było portretów Winstona Churchilla na małym i dużym ekranie? Ostatnio był choćby „Czas mroku” z niesamowitą kreacją Gary’ego Oldmana, lecz ja przypomnę pewną skromną produkcję telewizyjną od stacji HBO z roku 2002. Wszystko zaczyna się w roku 1934, kiedy Churchill został odstawiony na boczny tor. Partia go nie znosi (bo już ją zdradził) i izoluje, mieszka poza Londynem na prowincji, gdzie próbuje pracować nad książką o swoim przodku, lordzie Marlborough. Poza tym, próbuje dbać o swój majątek, maluje obrazy i chce jeszcze wpłynąć na sytuację polityczną Indii. Problem jednak w tym, że jego słowa odbijają się niczym o ścianę. Jednak nasz polityk skupia się na innym zagrożenie, jakiego nikt nie dostrzega – nazistowskie Niemcy, zaczynające łamać postanowienia traktatu wersalskiego. Churchillowi udaje się zyskać informacje od pewnego urzędnika MSZ.

wzbierajaca_burza1

Reżyser Richard Loncraine nie próbuje robić laurki premiera, ale skupia się bardziej na jego życiu prywatnym niż politycznej karierze czy walce. Co w przypadku tej postaci jest dość odświeżające i pozwala zdjąć ją z pomnikowego wizerunku. Sama fabuła skupia się na dwóch wątkach: relacji Winstona z żoną oraz współpracy polityka z Ralphem Ingramem, który przekazuje mu tajne raporty na temat Niemiec. Meldunki te ignorowane przez rząd Baldwina, stają się dla Churchilla szansą nie tylko do ostrzeżenia swoich krajan, ale także powrotem do politycznego życia. Obydwa te wątki zgrabnie się przecinają i dają szansę do pokazania bardziej ludzkiej twarzy przyszłego premiera.

wzbierajaca_burza2

Mimo, że znamy przebieg wypadków, film potrafi wciągnąć. Reżyser spokojnie opowiada znaną historię, jednocześnie potrafią pokazać jak bardzo ludzie przy władzy (nie bez przyczyny) zachowywali się wobec Hitlera tak, jak się zachowali. Tylko, czy obawa przed konfrontacją jest dobrym powodem do tych działań? Do zachowywania bierności oraz strachu? Historia dała już odpowiedź. Wszystko podane jest z humorem, zrealizowane solidnie, by pod koniec troszkę patosem przypieprzyć (troszkę za bardzo). Ale film ogląda się naprawdę dobrze, w czym pomaga dobrze napisany scenariusz oraz porządna realizacja.

wzbierajaca_burza3

Na wyższy poziom film wznosi aktorstwo. Churchilla gra Albert Finney i jest znakomity. Nie tylko dlatego, że nie potrzebuje kilogramów charakteryzacji, ale posiada tonę charyzmy. To nadal wyrazisty polityk, który nie boi się iść za swoimi przekonaniami, bywa choleryczny, humorzasty oraz pewny swoich racji. Ale jednocześnie jest to oddany mąż i lojalny przyjaciel. Świetnie partneruje aktorowi Vanessa Redgrave jako jego żona, która może i bywa potulna, ale potrafi też postawić na swoim (kwestia wyjazdu na parę miesięcy) i ujarzmić swojego męża. Choć na drugim planie nie brakuje świetnych aktorów jak Jim Broadbent, Tom Wilkinson czy Derek Jacobi, najbardziej wybija się Linus Roache w roli Ingrama. Jest to oddany urzędnik, który poważnie traktuje zagrożenie i w dobrej wierze zaczyna działać troszkę na granicy etyki, co wywołuje pewne wątpliwości. I to jest wygrywane bez cienia fałszu.

Jeśli ktoś spodziewał się przesłodzonej laurki dla Churchilla, to nie do końca ją tu znajdzie. „Wzbierająca burza” może i ma telewizyjny budżet, ale nie jest biedne, nudne kino. Spojrzenie na życie prywatne Churchilla pozwala zobaczyć tą postać z innej strony, zaś znakomity Finney przyciąga uwagę do samego końca.

7/10 

Radosław Ostrowski

Początek wieku XVIII, czyli czasy panowania królowej Anny Stuart – samotnej, schorowanej kobiety i wdowy, która poroniła 13 z 18 dzieci. Kobieta jest bardzo zależna od księżnej Marlborough, Sary Churchill, mającej tak naprawdę pełnię władzy nad całym krajem. Jednak jej pozycja może być zagrożona, bo do dworu dołącza jej uboższa kuzynka – Abigail Hill, powoli zyskując coraz większą pozycję i łaski samej królowej. Musi dojść do konfrontacji oraz gry o władzę, tylko kto ją wygra?

faworyta1

Yorgos Lanthimos, czyli najbardziej porąbany Grek od czasów starożytności, tym razem robi film kostiumowy za dużą kasę, dla hollywoodzkiej wytwórni. By jeszcze bardziej nas zaskoczyć, nie napisał scenariusza do tego filmu. Czyżby ten wariat się sprzedał i poszedł w konwencjonalne kino gatunkowe? Chyba w waszych snach. „Faworyta” to nadal film Lanthimosa, chociaż osadzony w zupełnie innej konwencji, w konkretnych realiach historycznych oraz pełna prawdziwych postaci (w sensie niemal wszyscy bohaterowie żyli i istnieli naprawdę). To nadal jest surrealistyczno-groteskowy świat, gdzie każdy kogoś musi udawać, by osiągnąć swoje cele. Gra pozorów trwa cały czas – w końcu to polityka, ale to kobiety tutaj rozdają karty w tej rozgrywce.

faworyta2

Pozornie może się wydawać klasycznym filmem kostiumowym, ale realizacja idzie w zupełnie innym kierunku. Owszem, scenografia oraz kostiumy wyglądają dość imponująco, jednak różnicę robią zdjęcia – wręcz bardzo naturalistyczne, wykorzystujące naturalne oświetlenie świec (jak w „Barrym Lyndonie”) oraz przyjmujące w sporej części „żabią perspektywę”, co bardzo zniekształca naszą percepcję świata. Panowie tutaj pełnią tylko rolę pionków na szachownicy, gdzie wszelkie ruchy wykonują kobiety – stanowiące same o swoim losie, a faceci albo skupiają się na hazardzie, walczą na wojnie albo… mają wielką chcicę i są zbereźnikami. A w tym okrutnym świecie, postacie pozytywne nie istnieją – każdy ma tutaj swoje za uszami, zaś ich stosunek z każdą kolejną sceną ulega weryfikacji. Zwłaszcza relacja królowa-faworyta-służąca jest pełna niejednoznaczności. Bo kto tu kim manipuluje, kto jest katem, kto ofiarą, a komu tak naprawdę zależy tylko na własnej korzyści? I to jest największą esencją „Faworyty”.

faworyta3

Tak samo jak rewelacyjny pojedynek aktorski, gdzie na pierwszym planie nie ma słabej postaci. Olivia Coleman (królowa Anna), Rachel Weisz (księżna Marlborough) oraz Emma Stone (Abigail Hall) bardzo krwiste, pełne paradoksów postaci. Coleman jako władczyni z jednej strony potrafi wzbudzić współczucie swoją samotnością oraz dramatyczną przeszłością, z drugiej bywa wręcz egoistyczna, rozkapryszona i zagubiona w rządzeniu. Z kolei Weisz jako bezwzględna faworyta królowej absolutnie magnetyzuje swoich wyrachowaniem oraz błyskotliwym umysłem, jednak pragnie sympatii oraz dostrzeżenia przez swoją przyjaciółkę (chyba?) i kochankę. Dla mnie film kradnie Stone. Jej początkowo wydaje się skromną i potulną kobietą, ale jej przemiana w ostrą, bezwzględną zawodniczkę na tym politycznym bagienku budzi przerażenie. Tutaj uczennica przeskakuje swoją mentorkę, bo uczy się szybko. Jedynym wyrazistym męskim bohaterem jest szef opozycji Robert Harley, grany przez świetnego Nicholasa Houlta.

„Faworyta” to najbardziej przyswajalny film w dorobku Lanthimosa, co dla mnie nie jest wadą. Świetnie poprowadzona historia, z pokręconą intrygą, ostrym humorem oraz gorzką refleksją na temat władzy, a także bardzo toksycznej, trudnej miłości. Dla mnie prawdziwa petarda.

8/10

Radosław Ostrowski

piątek, 08 lutego 2019

Słyszeliście o czymś takim jak „Zielona książka”? Był to spis pełen hoteli oraz restauracji, z których mogli skorzystać czarnoskórzy mieszkańcy na bardzo głębokim Południu USA. Brzmi to wszystko absurdalnie? Ale tak też było w Stanach Zjednoczonych, kiedy rasizm niby został wykorzeniony prawnie, lecz mentalnie nadal pozostał. Tak przynajmniej było w roku 1962, gdzie toczy się akcja filmu „Green Book”.

Historia jest prosta, bo mamy tu zderzenie dwóch postaci, zmuszonych do odbycia podróży. Pierwszy to Tony „Wara” Vallelonga – taki drobny cwaniaczek z Bronxu, chłopak z ferajny. Pracuje jako ochroniarz w popularnym klubie Copacabana. Ma żonę i dzieci, więc trzeba mieć z czego ich utrzymać, zwłaszcza że klub zostaje chwilowo zamknięty (remont). By jakoś się utrzymać, decyduje się na pracę jako szofer niejakiego dr Shirleya. Nie jest to lekarz, ale cholernie utalentowany, czarnoskóry pianista, który wyrusza w trasę przez południowe stany USA.

green_book1

Niby wiemy jak to się skończy, ale droga jaką dąży film potrafi wciągnąć. Byłem przerażony, gdy usłyszałem, że reżyserem został Peter Farrelly, twórca „wybitnych” komedii jak „Głupi i głupszy” czy „Sposób na blondynkę”. Na szczęście ten filmowiec poszedł troszkę drogą Adama McKaya i pokazał, że ma w sobie potencjał na coś więcej. Bardzo delikatnie opowiada prawdziwą historię (tylko do pewnego stopnia podrasowaną przez Hollywood) tworzącej się przyjaźni wyhartowanej podczas drogi naszych bohaterów. Bo czy może być większy kontrast niż włoski cwaniak-rasista z czarnoskórym muzykiem z wyższych sfer? Niby wiemy, jak się skończy ta cała wyprawa i obydwaj panowie zostaną zmuszeni do weryfikacji swoich uprzedzeń oraz przekonań, ale to wszystko ogląda się z ogromną przyjemnością. Jak to możliwe?

green_book2

Czynniki są przynajmniej dwa. Po pierwsze, Farelly ma duże wyczucie i odpowiednio balansuje między dramatem a komedią. Nie brakuje tu ciepłego humoru (głownie opartego na zderzeniu Vallelongi z nowym światem ludzi bogatych, ale jednocześnie reżyser nie unika pokazywania uprzedzeń wobec czarnoskórych: odpowiednie dla nich hotele (bardziej pasowałoby określenie nora), restauracje, do tego nie mogą jeść razem z białymi, nocować razem z białymi, a nawet kupować ubrań. O korzystaniu z toalety na zewnątrz nawet nie wspomnę. I te fragmenty nadal potrafią kłuć, choć rozładowywana sytuacja jest humorem, co jest także sporą zasługą scenariusza. Może i bywa troszkę przesłodzone (zwłaszcza finał), ale wrażenie robi klimat epoki. I nie chodzi tylko o scenografię czy pojazdy, ale choćby kapitalną muzykę, będącą zderzeniem jazzu, rock’n’rolla, eleganckiego popu oraz muzyki klasycznej. Cudowne.

green_book3

Drugi powód to fantastycznie zagrany duet naszych protagonistów. Klasę kolejny raz potwierdzają Viggo Mortensen oraz Mahershalla Ali. Pierwszy jako Tony „Wara” czaruje swoim urokiem oraz ma gadane, dzięki czemu potrafi wyjść z niemal każdych tarapatów. Niektóre jego teksty potrafią rozbroić, ale jest to tępy prostak z ulicy. Od razu budzi sympatię oraz pewien mocny kręgosłup w wielu sytuacjach i nie patyczkuje się (scena wyciągnięcia pobitego doktorka z baru pełnego białych). Z kolei Ali jest jeszcze ciekawszych – inteligentny, elokwentny, ale jednocześnie samotny i jakby „wykorzeniony”, odcinający się od tzw. szaraczków. Tutaj czuć w tej postaci pewne zagubienie, życie w dwóch kontrastowych światach. Ale między tymi postaciami czuć silną chemię, która będzie nam towarzyszyć do samego końca, a nawet troszkę dalej.

Ktoś pewnie rzuci zaraz hasłem, że „Green Book” to polityczna poprawność i tylko dlatego dostał nominację do wielu prestiżowych nagród. Dla mnie film Farrelly’ego to bardzo sympatyczne, ciepłe i zabawne kino z poważnym tematem w tle, bez walenia łopatą po głowie czy drodze na skróty. Czy to będzie nowy etap kariery twórcy „Głupiego i głupszego”? Czas pokaże, ale jestem dobrej myśli.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

czwartek, 07 lutego 2019

Pomysł na ten film nie wydaje się niezbyt oryginalny. Jedno miejsce, kilka postaci oraz bardzo nerwowa atmosfera. Brzmi jak coś w stylu „Wściekłych psów”, choć jest parę różnic. Nasi bohaterowie to członkowie paramilitarnej organizacji, którzy na własną rękę dbają o porządek. Zbierają się w swojej kryjówce, bo doszło to ataku na policjantów podczas pogrzebu kolegi. Co gorsza, wykorzystana do tego celu broń pochodzi z ich arsenału. I jej brakuje. Jeden z członków, były glina Gunnan ma wybadać sprawę i ustalić kto to zrobił.

sparrow_creek2

Kolejny film, który nie trafił (jeszcze) do szerszej dystrybucji w naszym kraju, ale jest jak najbardziej godny polecenia. Choć punkt wyjścia może wydawać się taki jak w debiucie Tarantino, to debiutujący reżyser Henry Dunham ma swój własny pomysł na fabułę w niemal noirowej stylistyce. Akcja jest w niemal zaciemnionym magazynie, wszystko jest tu oparte na dialogach, potęgując niejako klimat zagrożenia, niepewności i tajemnicy. Do tego jeszcze wchodzą rozmowy podsłuchane przez radio, co jeszcze bardziej podsyca atmosferę. Nie do końca wiadomo, kto może być sprawcą, bo każdy ma w sobie masę tajemnic oraz przeszłości. A jednocześnie cały czas jest budowane podskórne napięcie, gdzie w każdej chwili może dojść do eksplozji.

sparrow_creek1

Jednocześnie – niejako przy okazji – film może być głosem w dyskusji dotyczącej posiadania broni oraz pewnej paranoi. Związanej z braniem sprawiedliwości w swoje ręce oraz nieufności wobec władzy, systemu. Każdy z bohaterów ma swoje powody, by działać w tej milicji, a kolejne elementy układanki zmuszają do weryfikacji kolejnych danych. I to potrafi trzymać w napięciu do finału, który jest bardzo przewrotny. Pomagają w budowaniu napięcia jeszcze znakomite zdjęcia, z fantastycznie wykorzystanym oświetleniem. Nie ważne czy mówimy o podchodzeniu do drzwi w oczekiwaniu na gliniarza czy podczas przesłuchań. Perełeczka.

Grają tutaj mniej znani aktorzy i każdy z nich wyciska ze swoich postaci maksimum, choć dla mnie największe wrażenie zrobił James Badge Dale w roli Gunnara. Bardzo opanowany, spokojny, z bardzo analitycznym umysłem. Każda scena przesłuchania to jego prawdziwe tour de force, dający mnóstwo satysfakcji.

„Standoff at Sparrow Creek” jest takim małym, niepozornym filmem, który dostarcza wiele satysfakcji. Trzyma w napięciu, ma mroczny klimat oraz ciągłe poczucie zagrożenia, pozostające długo.  Skromniutki, ale zarąbisty film.

8/10 

Radosław Ostrowski

Tagi: kryminał
21:12, radkino , kino
Link Dodaj komentarz »

Chyba żaden inny film w Polsce nie wywoływał takich emocji, oczekiwań albo kontrowersji jak „Kler”. Czy Wojciech Smarzowski wywołał słusznie ten ferment oraz silne spięcia między ludźmi? Hmm. Zacznijmy od początku. Było ich trzech, niczym w legendarnej „Autobiografii” Perfectu. Parę lat temu przeżyli pożar kościoła i od tej pory co jakiś czas się spotykają, ale ich losy jeszcze nawzajem się przetną. Ksiądz Kukuła poza działalnością w parafii jest katechetą i trenerem szkolnej drużyny piłkarskiej. Ale po mszy jeden z ministrantów traci przytomność, trafia do szpitala i nie wygląda to najlepiej. Ksiądz Trybus zaś pochodzi z małej parafii gdzieś na wsi, a o pieniądze niełatwo. Ten duchowny żyje w dość niebezpiecznym trójkącie: Bóg, gorzała, gosposia o imieniu Hanka. A w drodze jest dziecko. No i ten, który ich ocalił w pożarze – ksiądz Lisowski, pomocnik arcybiskupa Mordowicza, który blokuje mu szansę kariery w Watykanie.

kler1

Jeśli ktoś spodziewał się aktu oskarżenia pokroju „Spotlight”, to… nie do końca jest to film, jakiego szukacie. Reżyser próbuje zrozumieć naszych duchownych, którzy miotają się ze swoimi demonami, mają pewne problemy, które zmuszają ich – przynajmniej niektórych – do pewnych decyzji czy weryfikacji. Ale jednocześnie ich losy oraz opowieści mają pokazać, jak wiele grzechów oraz brudów ma na swoim koncie Kościół jako instytucja: pedofilia (i jej ukrywanie), uciszanie mediów i innych niewygodnych, łapówkarstwo, stosowanie przemocy wobec dzieci, bardzo silne powiązania z polityką oraz próba wyciągnięcia jak największych korzyści i przywilejów. Można dorzucić jeszcze hipokryzję do zestawu, ale to dotyczy każdego człowieka stykającego się z władzą. Nie brakuje tutaj mocnych scen oraz prztyczków w nos („przesłuchanie” ofiary pedofila przez biskupa, reklama z ofiarami przeplatana z „ostatnią wieczerzą” czy opowieść księdza Kukuły), ale… nie mogłem odnieść wrażenia, że to wszystko jest jakieś płytkie, wygląda jak wyważanie otwartych drzwi. Ale z drugiej strony, nie chodziło tutaj o akt oskarżenia (albo nie tylko o to), lecz o pokazanie niedoskonałości, że księża też są ludźmi, a nie tylko moralnymi autorytetami czy osobami mającymi „kontakt” z Najwyższym. W końcu to film Smarzowskiego, a u niego nie ma tak naprawdę jednoznacznie dobrych ani złych postaci.

kler2

Fabuła dla mnie była najciekawsza, gdy skupiała się wokół oskarżeń Kukuły w sprawie domniemanej pedofilii oraz politycznych intryg Lisowskiego. Opowieść księdza Trybusa wydaje się toczyć niejako obok wielkich wydarzeń, co dla wielu może wydawać się nudna – inaczej – bardziej przyziemna, ale też jednocześnie dość łatwo się można z tą postacią identyfikować. Innym problemem był dla mnie montaż. I nie chodzi tylko o krótkie przebitki, pokazujące sceny z przeszłości czy szybkie ścinki, mające pokazać pewną repetycję, ale można było parę minut spokojnie wyciąć. Do tego jeszcze przebijają się jakieś medialne przekazy czy dialogi dotyczące samej instytucji Kościoła. Niby ma to osadzić całość w naszej rzeczywistości, ale wydawały mi się nie potrzebne. I jeszcze to nieszczęsne zakończenie z nachalną symboliką w ostatnich kadrach. Nie ogarniam jak w takiej masowej uroczystości nie było strażaków ani gaśnicy. Więcej wam nie zdradzę, ale to mnie bolało i te zwieńczenie było niepotrzebne.

kler3

Jeśli jest coś, co może przyciągnąć uwagę widzów do samego końca, to jest to świetne aktorstwo, podnoszące poziom filmu. Zaskakuje Robert Więckiewicz jako Trybus, którego dawno nie widziałem tak wyciszonego, wręcz stonowanego, ale widać pewne rozdarcie i konflikt. W końcu też jako jedyny ze wszystkich duchownych robi to, co powinni: bierze odpowiedzialność za swoje czyny. Świetny i poruszający jest Arkadiusz Jakubik jako Kukuła, który wydaje się zaangażowanym, porządnym księdzem (może poza kwestiami pieniędzy) z dość mrocznym piętnem przeszłości. Ale całość kradnie Jacek Braciak w roli Lisowskiego, który ma z rudym zwierzęciem więcej wspólnego niż się wydaje. Manipulator, pociągający za sznurki niczym gangster, działający kilka kroków do przodu i mówiący bardzo spokojnym głosem. Choć potrafi wykorzystywać swoje talenty do czynienia dobrych rzeczy (organizowanie zakupów konsol dla dzieci ze szpitala czy pomoc w adopcji, liczy się tak naprawdę tylko jedno: kariera w Watykanie. Poza tym wyrazistym tercetem, na drugim planie wybija się cudnie szarżujący Janusz Gajos w roli śliskiego arcybiskupa Mordowicza oraz Joanna Kulig jako Hanka, gosposia księdza Trybusa. Poza tym jeszcze kilka rozpoznawalnych i znanych twarzy, którzy pojawiają się w drobnych epizodach, przez co można ich przeoczyć.

Ciężko mi jednoznacznie ocenić „Kler”. Z jednej strony czuć rękę Smarzowskiego oraz jego styl, ale nie mogłem pozbyć się wrażenia zmęczenia materiału, a także dotknięcia niewygodnych tematów dla Kościoła. Może liczyłem na większe szarpnięcie, silniejsze uderzenie, a dostałem coś zupełnie innego.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

środa, 06 lutego 2019

Barcelona, tuż po zakończeniu I wojny światowej. Tutaj dochodzi do niebezpiecznego incydentu – zostaje skradziony wagon wojskowy zawierający broń. By wybadać sprawę do pomocy zostaje wysłany komisarz Anibal Uriarte z Madrytu. Choć podejrzanymi o dokonanie tego czynu są anarchiści, sprawa okazuje się bardziej skomplikowana, bo w tej układance jest kilka niewiadomych: lokalny gangster z koneksjami, działacze związkowi, rewolucjoniści, skorumpowana policja.

gun_city1

Tym razem wygrzebałem na Netflixie hiszpański film sensacyjno-gangsterski w stylu retro. Już od razu przyszły mi skojarzenia z „Nietykalnymi” De Palmy czy „Wrogami publicznymi” Manna. Sama stylizacja jest tutaj bardzo mocno odczuwalna, ale reżyser Dani de la Torre próbuje opowiedzieć tutaj coś więcej. Widać tutaj duży rozmach oraz budżet na realizację: scenografia oraz kostiumy wyglądają imponująco (zwłaszcza klub Eden), ilustrując realia lat 20. Czyli czasów, kiedy jeszcze związki zawodowe czy prawa feministek były tłumione siłą przez władze. A jednocześnie jest to wizja pełna brudu, cynizmu, degeneracji świata oraz paskudnych powiązań świata polityki i mafijnego półświatka. Intryga i śledztwo niejako jest zepchnięte na drugi plan, a bardziej interesuje go odkrywanie kolejnych powiązań, relacji oraz koneksji. To wszystko pokazuje mocno niestabilną sytuację polityczną w kraju tuż po udanym zamachu na prezydenta, choć fabuła jest prowadzona w bardzo czytelny i klarowny sposób.

gun_city2

Zaczynają się pojawiać kolejne fragmenty oraz wydarzenia, które – na pierwszy rzut oka – mogą wydawać się zwyczajnym zapychaczem czasu. Ale reżyser bardzo pewnie i konsekwentnie zaczyna realizować swoje cele. Skoro jest to film sensacyjny, to nie brakuje strzelanin, bijatyk, pościgów oraz bardzo noirowego klimatu. Ale jest to zrobione w sposób bardzo kreatywny, wręcz za pomocą wykorzystywania długich ujęć (bijatyka w samochodzie, gdzie kamera krąży dookoła auta czy starcie policji ze strajkującymi), co czyni całość o wiele atrakcyjniejszą niż standardowe sceny akcji. Chociaż ostatnia strzelanina z miejscami trzęsącą kamerą, to jednak nie ma tutaj wielkiego poczucia chaosu. Godne jest to hollywoodzkich filmów gangsterskich. Zdjęcia są świetnie, z bardzo dobrym wykorzystywaniem oświetlenia. Nie brakuje tutaj kilku zagadek (przeszłość Uriarte czy prawdziwa geneza działań), które intrygują, mimo że ostatecznie wydają się przewidywalne. Ale jak to wciąga i pasjonuje.

gun_city3

Równie świetne jest aktorstwo, mimo pozornie schematycznych postaci. Cyniczny twardziel z dobrym sercem oraz mroczną tajemnicą (główny protagonista), skorumpowany glina z grupą kumpli (inspektor Rediu, Tisico), wpływowy i bezwzględny gangster („Baron”), młody idealista żądny wojny (syn szefa związkowców) i idący pokojową drogą ojciec oraz córka-idealistka. Każda z tych postaci jest wyrazista (może poza postaciami kobiecymi – oprócz Sary), a motywacje – zwłaszcza naszego protagonisty – pozostaje przez sporą część tajemnicą, co zaciekawia.

„Gun City” to akurat jedna z najciekawszych produkcji dystrybuowanych przez Netflixa, pokazująca europejskie spojrzenie na gatunek zza Wielkiej Wody. Bardzo stylowo i elegancko wykonany, że świetnym noirowym klimatem oraz bardzo skomplikowana intrygą. Może i nic nowego, ale za to pierwszorzędnie wykonane.

8/10

Radosław Ostrowski

Na pewno wielu z was śledziło losy sierot Baudelaire’ów, na których majątek dybie złowrogi hrabia Olaf. Mam dla fanów tego telewizyjnego cyklu dwie wiadomości – trzecia serii ciągle potrafi zaskakiwać i utrzymuje poziom poprzedników. Ale jest też ostatnim spotkaniem z całym tym zwariowanym światem, gdzie doszło do rozpadu między członkami pewnej organizacji o skrócie WSZ. Jak pamiętamy druga seria zakończyła się cliffhangerem – dosłownie. Klaus i Wioletka spadają w przepaść swoim wozem, zaś Słoneczko zostaje porwane przez hrabiego Olafa i jego świtę, więc sytuacja jest niewesoła. Ale jak wiemy nie od dziś, jakoś zawsze udawało naszemu rodzeństwu wyjść z tarapatów.

seria_niefortunnych_zdarzen_31

Trzecia seria oparta jest na ostatnich czterech częściach cyklu Daniela Handlera. Im dalej w las, tym coraz bardziej atmosfera staje się mroczna i niemal do samego końca czuć pewną fatalistyczną aurę nad naszymi bohaterami. Dawno jednak zostaje porzucony schemat z serii pierwszej, ale coraz bardziej odkrywamy kolejne tajemnice dotyczące schizmy, jej przyczyny oraz dlaczego hrabia Olaf stał się tym, kim jest. Bo – co chyba może zaskoczyć – nasz antagonista nie był takim demonicznym łotrem. Podział na dobrych i złych (taki jednoznaczny) zaciera się, zaś pozornie ci dobrzy też mają wiele za uszami, o czym przekonamy się podczas kulminacyjnego zdarzenia w Hotelu Ostateczność, co doprowadza do paru nieprzyjemnych wolt oraz moralnie wątpliwych decyzji. Pojawiają się też nowe, kluczowe postacie jak Kit Snicket (ciężarna wolontariuszka WSZ oraz siostra Jacquesa i Lemony’ego),  dość demoniczna para (Mężczyzna z brodą, ale bez włosów i Kobieta bez brody, ale z włosami) wywołująca strach u samego Olafa czy w końcu menadżerowie hotelu Ostateczność (bracia bliźniacy).

seria_niefortunnych_zdarzen_33

Jeśli podobały wam się wstawki śpiewane, to… nie znajdziecie ich. Nie znaczy to jednak, że twórcy zrezygnowali ze swojego specyficznego humoru, który pozwala jakoś spokojniej przetrwać całą tą eskapadę. Nadal wrażenie robi świetna scenografia, choć miejsc do popisu nie było zbyt wiele – podpalona kryjówka czy hotel Ostateczność wyglądają olśniewająco, tak jak okręt podwodny. Wszystko to buduje klimat, będący mieszanką groteski, mroku i powagi, a jednocześnie czuć tutaj aurę przemijania, co mocno podkreśla narracja samego Snicketa (ten element pozostaje niezmienny).

seria_niefortunnych_zdarzen_32

Dla wielu pewnym problemem może być zakończenie, które wydaje się pozornym happy endem. Naszym bohaterom udaje się przeżyć, jednak ich losy pozostają tajemnicą. Tak jak wiele wątków pozostaje niejako urwanych i w sporej części niedopowiedzianych (działalność WSZ, dalsze losy Bagiennych, sam Snicket), wywołując spore poczucie niedosytu. Niemniej nie mogłem odczuć satysfakcji z rozwiązania głównego wątku oraz kilku kapitalnie poprowadzonych scen jak proces hrabiego Olafa czy finał na wyspie.

seria_niefortunnych_zdarzen_34

Nadal serial – poza realizacją – zachwyca też kapitalnym aktorstwem, ale to wie każdy, kto miał z tym cyklem styczność. Wszyscy przewijający się dotychczas bohaterowie (hrabia Olaf, Baudelaire’owie, Lemony Snicket, Esmeralda Szpetna, pan Poe) ciągle są fantastyczni i oglądanie ich sprawia masę przyjemności, zyskując coraz więcej głębi. Z nowych postaci najbardziej w pamięć zapada demoniczny duet Richard E. Grant/Beth Grant (zbieżność nazwisk przypadkowa), budzący lęk samym przerażeniem oraz niemal obojętnym, matowym głosem, a także Allison Williams (Kit Snicket) oraz Peter MacNichol (próbujący żyć z dala od cywilizacji Ishmael, który skrywa pewną tajemnicę).

seria_niefortunnych_zdarzen_35

Nie mogę pozbyć się wrażenia, że to już jest koniec i więcej już nie spotkam się z bohaterami „Serii niefortunnych zdarzeń”. Z jednej strony jest to komediowo-przygodowy serial pełen surrealistyczno-groteskowego stylu, wyróżniając się z grona innych seriali Netflixa. Z drugiej ma też dość wiele do powiedzenia na temat świata i te wnioski nie są zbyt wesołe, co dziwnie ze sobą współgra. Dojrzewanie dawno nie było takie słodko-gorzkie, mroczne, ale też z pewną nutką nadziei.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 223
| < Luty 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28      
Tagi
ministat liczniki.org
zBLOGowani.pl
Mediakrytyk.pl