poniedziałek, 13 sierpnia 2018

580e0b11c0f71d07917441de81aed28d

Moda na folkowo-ludowe granie trzyma się u nas naprawdę mocno. Ostatnio wskoczyła Tulia ze swoimi coverami, a już zaczyna się czaić nowa ekipa. Pochodzące z Bydgoszczy Panieneczki tworzą: Anita Sobiechowska (kontrabas, syntezatory), Irena Filuś (skrzypce, wokal), Joanna Glubiak (perkusja), Kate Nurnberg (klawisze) oraz Małgorzata Żurańska-Wilkowska (wokal). Panie postanowiły wykorzystać utwory z Kujaw, lecz w lekko uwspółcześnionym brzmieniu. Jednak zamiast pełnej płyty panie, jakby lekko onieśmielone i niepewne, postanowiły na początek rzucić EP-kę.

“Opowieści zasłyszane na wiosce – część I” zawiera raptem cztery utwory, ale mówi o tej grupie więcej niż można się było spodziewać. Na pierwszy ogień wchodzi “Jabłoneczka” – niczym echo odbija się wokal, do którego wskakuje perkusja oraz grane na palcach skrzypce. A kiedy wchodzi wokal, można odnieść wrażenie słuchania jakiegoś zespołu ludowego. I ta zbitka nie wywołuje zgrzytów, nawet z lekko “onirycznym” solo skrzypiec zmieszanym z pulsującymi klawiszami (zgranymi w środku ze wspólnym zaśpiewem). “Panieneczki” mieszają piękne smyczki z jazzową perkusją oraz elektronicznymi pasażami, zachowując lekkość i chwytliwość, w czym nie przeszkadzają nawet gitary pod koniec. “Wyjrzyj ino” wydaje się najbardziej klasycznym w zestawie: od współnego zaśpiewu, odbijającego się niczym echo oraz gry smyczków. Jednak to tylko zmyłka, gdy po refrenie wchodzi perkusja, wokal jest jeden, zaś skrzypce dodają odrobiny surrealistycznego klimatu. A na finał dostajemy “Tyngę” z walczykowymi smyczkami oraz… fortepianem. Jednak dalej wchodzi mocniejsza perkusja, nakładające się głosy pod koniec zwrotki.

Muzycznie trudno się do czegoś przyczepić, wokal potrafi oczarować, zaś teksty o relacjach damsko-męskich nie wywołują irytacji. Szkoda, ze to są tylko EP-ka, bo Panieneczki zaostrzyły mi apetyt na longplaya. A to świadczy dobrze o samym albumie.

Radosław Ostrowski

Tagi: folk
10:22, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »

Laponia – wbrew pozorom nie jest to „Kraina lodu”, ale bardzo surowa, chłodna kraina, pełna śniegu. To tutaj mieszka Lasse, policjant na emeryturze z posterunku przeznaczonego do likwidacji. Ale nasz bohater dowiaduje się, że do wioski przybył Jaakko, który terroryzuje okolicę. Jaakko jest nieślubnym synem Lassego i pragnie zemsty, bo odkrył pewną rodzinną tajemnicę. Chce dopaść Lassego, lecz zamiast niego zabija przyjaciela drugiego, prawowitego syna policjanta. I to doprowadza do dramatu.

Skandynawskie kino kryminalne od wielu lat cieszy się ogromną popularnością, co mnie nie dziwi. Tym razem mamy do czynienia z fińską produkcją, która jednak idzie innymi drogami. Pościgi, strzelaniny są tu obecne, lecz nie są na pierwszym planie. Tak naprawdę liczy się tutaj bardzo stopniowe budowanie napięcia oraz bardzo gęsty klimat. Mroźne krajobrazy Laponii nie tylko wyglądają imponująco, ale stanowią kontrast dla bardzo intensywnych (chociaż mocno tłumionych) emocji. Zaczynają wychodzić kolejne tajemnice z życia Lassego, który staje między młotem a kowadłem. Czy bracia się nawzajem pozabijają, a może uda się uniknąć rozlewu krwi?

przekleta_ziemia1

Film wygląda bardzo imponująco, zaś reżyser bardzo szczątkowo przekazuje kolejne strzępki informacji, a każdy przeszłość pamięta inaczej. Atmosfera staje się coraz bardziej napięta i niemal do samego końca nie wiadomo, jak to się wszystko skończy. Dla wielu problemem może być bardzo niespieszne tempo, jednak wystarczy się zanurzyć w tym klimacie, by docenić tą historię o cieniach przeszłości oraz niekoniecznie dobrym ojcostwem. Zapomnijcie o hollywoodzkim stylu, ckliwych scenach oraz pójściu ku sentymentalnym dialogom. Surowy, chłodny styl skandynawski przebija się tutaj i pozostaje aż do brutalnego finału, niemal w westernowym stylu (Lasse „usuwa” ogon).

przekleta_ziemia2

Dobrze to wygląda, nieprzyjemna muzyka buduje klimat, a aktorstwo jest naprawdę solidne. Najbardziej tutaj wybija się Ville Virtanen jako Lasse – mężczyzna z mroczną przeszłością, znajdujący się między dwoma braćmi. Pozornie zgaszone spojrzenie mówi więcej niż jakiekolwiek słowa.

Choć pozornie „Przeklęta ziemia” wydaje się kolejny dreszczowcem z mroźnej Skandynawii. Nadal klimatyczny, z tajemnicą odkrywaną powoli, lecz konsekwentnie oraz plenerami wręcz zapierającymi dech. Nic dziwnego, że tamtejsze kryminały są tak dobre.

7/10

Radosław Ostrowski

Tagi: kryminał
00:48, radkino , kino
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 sierpnia 2018

Było ich trzech, niczym w kultowej „Autobiografii”. Kumple z pierdla, który byli tam już tyle razy, że mógłby to być ich dom. Elegancko ubrany Troy, potężnie zbudowany Diesel oraz lekko psychiczny Wściekły Pies – taka przyjaźń zdarza się rzadko. Panowie biorą się za drobne robótki za małe sumki. Ale ich szef proponuje poważniejszą robotę, za dużą sumkę. Co może pójść nie tak?

geniusze_zbrodni1

Tym razem Paul Schrader mierzy się z powieścią Edwarda Bunkera, który świat kryminalistów znał bardzo dobrze. Jednak sama historia jest, jakby to ująć, bardzo dziwnie pokazana, wręcz bardzo szczątkowa. Samo zawiązanie intrygi następuje w połowie filmu. Sama ekspozycja balansuje między spokojem, ale zrobione w bardzo pomysłowy sposób (pierwsze, krwawe wejście Psa), tylko że po gwałtownym ciosie, mamy bardzo szybkie spowolnienie. Intryga wydaje się być pełna dziur, zaskakujących zwrotów oraz bardzo wyrazistych postaci. Klimat jest niby mroczny, ale miejscami reżyser szaleje i pozwala na eksperymenty zarówno operatorskie (miejscami czarno-białe kadry, zmiana kolorystyki w „wizjach narkotycznych” czy finale), jak i montażowe, gdzie dochodzi do przyspieszeń, spowolnień, także zmian podkładu muzycznego.

geniusze_zbrodni2

Dla mnie jest to aż za bardzo chaotyczna mieszanina, chociaż jest kilka ciekawych pomysłów. Czy to miejscami bardzo czarny humor (scena z uciszeniem niemowlaka), czy nieźle wykonane sceny akcji (strzelanina przed marketem, gdzie nawet mamy lot wystrzelonej kuli). Tylko, że niewiele z tego wszystkiego wynika, poza frajdą z b-klasowej zgrywy.

Ale jeśli coś czyni „Dog Eat Dog” pociągającym, to fantastyczne role Willema Dafoe oraz… Nicolasa Cage’a. Nie, nie pomyliliście się. Cage tutaj bardzo rzadko włącza tryb „szarży” i jest świetny w roli opanowanego Troya, będącego tym bardziej myślącym. Film jednak kradnie Dafoe w roli porywczego psychopaty, który ma większe huśtawki nastrojów niż kobieta podczas okresu: od gwałtownego wybuchu aż po płacz, tworząc bardzo mięsisty charakter. Wspierający ten duet Christopher Matthew Cook (Diesel) także ma kilka momentów, podobnie jak sam reżyser w roli zleceniodawcy, El Greco.

„Geniusze zbrodni” nie są może filmem, który zostanie na długo. Schrader próbuje bawić się w postmodernistyczną, eksperymentalną zabawę formą, by ożywić ograne klisze kina klasy B. Chociaż dla mnie jest to zbyt bałaganiarskie, zaś finał wywołuje jedno wielkie WTF w głowie, to miewa ciekawe, wręcz drapieżne momenty.

6/10

Radosław Ostrowski

Sława zdarza się każdemu człowiekowi. Czy mówi wam coś nazwisko Bob Crane? Był pozornie zwykłym facetem, pracującym jako radiowiec. Ma żonę i dzieci, a lata 60. wydają się czasem spokoju oraz stabilności. Jednak próbuje on swoich sił jako aktor, dostając szansę – serial „Hogan’s Heroes”, komediowa produkcja o niemieckim obozie jenieckim. Nic nie zapowiadało sukcesu, a serial powstał 6 lat. A wtedy w jego życiu spotyka specjalistę od sprzętu wideo, Johna Carpentera.

auto_focus1

Paul Schrader dla wielu kinomanów znany jest jako scenarzysta kilku głośnych filmów Martina Scorsese („Taksówkarz”, „Wściekły byk”, „Ostatnie kuszenie Chrystusa”) i nie tylko. Mało kto jednak wie, że Schrader wielokrotnie próbował swoich sił jako reżyser. Zrealizowany w 2002 roku „Auto Focus” to bardzo mroczny dramat, będący ostrzeżeniem przed ciemną stronę sławy. Tutaj biografia miesza się z fikcją, zaś życie Crane’a kończy się niewyjaśnionym morderstwem celebryty. Sława, pieniądze, rozgłos, wreszcie kobiety na wyciągnięcie ręki. W połączeniu z obsesją na punkcie fotografii i pornografii, tworzy bardzo niebezpieczną kombinację. O ile na początku wydaje się drobnostką, z czasem staje się to bardzo niewygodnym ciężarem. Zwłaszcza, że nasz bohater nie ukrywa swoich zainteresowań (podczas programu rzuca seksualnymi podtekstami) i spełniając je w domu Carpentera czy na imprezach czuje się tak naprawdę sobą. Nagie zdjęcia, seksfilmy, pornografia oraz życie rodzinne i zawodowe – czy jest możliwa szansa na pogodzenie tych sprzecznych rzeczy?

auto_focus2

Reżyser ostrzega, ale nie oskarża, bo nie jest w stanie wskazać jednego winnego. Czy to toksyczna relacja z Johnem Carpenterem, próbującym odbić się blaskiem sławy Crane’a? Czy to może już działo się wcześniej? Im dalej w las, tym bardziej Schrader pozwala sobie na pewne formalne eksperymenty (surrealistyczna scena, gdy Crane „odlatuje” podczas kręcenia serialu czy nerwowo zmontowana rozmowa telefoniczna z Carpenterem), a skoczną, jazzową muzykę Angelo Badalamentiego zaczynają zastępować „lynchowskie” dźwięki ambientowej elektroniki. Nie ma też odpowiedzi na pytanie, kto zabił, zaś narracja Crane’a z offu nie wywołuje irytacji.

auto_focus3

A Schraderowi udało się zebrać oraz wycisnąć z aktorów prawdziwe soki. Najbardziej zaskakuje tutaj Greg Kinnear, który raczej kojarzony jest z rolami bardziej pozytywnych postaci. Tutaj wyciąga z Crane’a zarówno czarujący, lekko chłopięcy urok, ale też coraz bardziej pokazuje jego uzależnienie od seksu, fotografowania oraz filmowania go. Twarz jest już zmęczona, wszystko zaczyna się wymykać spod kontroli, a aktor znakomicie to wygrywa. Równie mocny jest ulubieniec reżysera, czyli Willem Dafoe w roli Carpentera. I jest to dość zagadkowa postać – spec od techniki z nawijką, sprytem oraz dość imprezowym stylem życia. Między nim a Cranem tworzy się bardzo niebezpieczna nić, sprawiająca, że jeden bez drugiego nie jest w stanie funkcjonować. Panie są raczej tłem, choć najbardziej wybija się piękna Maria Bello (druga żona Crane’a), pokazując ewolucję relacji z Crane’m: od sympatii i miłości przez poczucie osamotnienia.

„Auto Focus” pokazuje talent Schradera do prowadzenia aktorów oraz wyciągania ze scenariusza wszystkich mocnych scen i wątków. Niby nic nowego, bo historia sławy oraz upadku była pokazana multum razy, jednak pokazane tak sugestywnie, że potrafi chwycić za gardło. Wiele pytań zostaje bez odpowiedzi (bo nie jest to stricte kryminał), a ciemna strona sławy jeszcze nie była tak straszna.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Pozornie sprawa wydawała się dość prosta. W Londynie, pani Paradine, wdowa po weteranie wojennym, zostaje oskarżona o morderstwo za pomocą trucizny. Jej obrony podejmuje się bardzo ceniony adwokat Anthony Keane. Jednak problem w tym, że pani Paradine jest dość pociągającą kobietą, przez co życie rodzinne prawnika jest bardzo narażone. A czy kobieta naprawdę jest niewinna?

Ostatni film Alfreda Hitchcocka zrealizowany przez cenionego producenta Davida O. Selznicka (także autor scenariusza) stoi w bardzo dużym rozkroku. Z jednej strony chce być dramatem sądowym z kryminalną intrygą, z drugiej próbuje wejść w objęcia melodramatu. Samo połączenie różnych gatunków nie musi z góry oznaczać porażki, tylko że reżyser przez pierwszą część bardziej idzie ku wątkowi miłosnemu, dopiero w połowie wracając do kwestii procesu. A obydwa te wątki nie potrafiły mnie ani zaangażować, ani poruszyć. Relacja miłosna pełna jest deklaratywnych dialogów oraz – co chyba jest dość zaskakujące – bardzo nietypowej postawy żony. Jest ona nie tyle wyrozumiała, lecz po prostu cierpliwa oraz bardzo przekonana o jego przywiązaniu do niej. Zaś zauroczenie adwokata wydaje się być tutaj przyjmowane na wiarę.

PARCASE_MAIN2050

Do tego wątek kryminalny, Hitch prowadzi w sposób co najmniej przewidywalny i mało zaskakujący. Nawet kolejne rzucone twisty nie robią w ogóle wrażenia, prowadząc wręcz po sznurku, a dialogi – nie pozbawione miejscami ciętych słów – nie dają satysfakcji. Tempo jest tu bardzo nierówne, sama intryga zwyczajnie nuży, a napięcie postanowiło zrobić sobie wolne. Niby film wygląda porządnie pod względem realizacji (jedynie muzyka zdradza wiek filmu – strasznie nachalna), jednak to troszkę za mało, by uczynić tą historię atrakcyjniejszą.

paradine2

Nawet aktorzy starają się jak mogą, by wycisnąć coś więcej z tej historii. I nawet nie wywołują rozdrażnienia ani irytacji. Przewijają się znajome twarze Gregory’ego Pecka (Anthony Keane) oraz wybijającego się na drugim planie Charlesa Laughtona (sędzia Thomas Hornfield). Za to największą uwagę skupia piękna Alida Valli (pani Paradine), magnetyzując uwagę wszystkich. Zjawiskowa kobieta z tajemnicą, czyli klasyczna femme fatale. Także warto wspomnieć o Louisie Jourdainie, dodającym odrobinę ciężaru dramatycznego.

Jeden z mniej znanych i zdecydowanie słabszych filmów Hitchcocka, kompletnie pozbawiony mocy. O ile początek, mógł wiele obiecywać, dalej historia ulega takiemu rozcieńczeniu, że kompletnie przestało mnie to obchodzić. Za dużo melodramatu, a dramatu sądowego tyle, co kot napłakał.

5,5/10 

Radosław Ostrowski

piątek, 10 sierpnia 2018

Widzieliście te obrazki w nieskończoność: przedmieścia, gdzie mieszkają piękni, młodzi i – przede wszystkim – szczęśliwi ludzie. Miłość, radość, sielanka wręcz. Kiedyś do tego świata należała Rachel – pracownika agencji PR-owskiej. Ale świat ten ją wypluł niczym gumę do żucia w objęcia butelek z procentami. Rozpadło się małżeństwo, marzenia o dziecku, praca, brak celu w życiu. Jedyne, co robi jest obserwacją pewnej pary podczas jazdy pociągiem. Jednak jedna sytuacja wywraca wszystko do góry nogami, a sama Rachel wplątuje się w sprawę o zaginięcie „idealnej” kobiety o imieniu Megan.

dziewczyna_z_pociagu1

Kolejny film na podstawie bestsellerowej powieści. Bestsellerowej, czyli takiej, którą wszyscy czytali oprócz Ciebie. Za powieść Pauli Hawkins postanowił się zabrać Tate Taylor, reżyser „Służących”. I muszę przyznać, że ze swojego zadania wywiązał się całkiem nieźle. Sam początek jest dość chaotyczny, poznajemy powoli postacie (dwie z nich są bardzo do siebie podobne), niejako rzuceni w sam środek. Reżyser coraz bardziej miesza w głowie, rzucając czasem krótkie przebitki, przez co nie do końca wiemy, co widzimy. A by jeszcze bardziej zdezorientować, pokazuje te same zdarzenia z innych perspektyw. Jeśli to miało pokazać stan psychiczny Rachel, która jest tutaj wiodącą postacią, udało się to idealnie. Mówię poważnie. Klimat jest ciężki, nie do końca wiemy, komu można zaufać, a ostatnie wydarzenia są mgliste niczym świat po wielkim kacu.

dziewczyna_z_pociagu2

Tylko, że sama intryga kryminalna niespecjalnie mnie porwała. Reżyser myli tropy, próbuje podpuszczać oraz ciągle buduje poczucie niepokoju aż do dramatycznego, krwawego finału. Lecz im bliżej końca, tym wszystko zaczyna mniej angażować, zaś niektóre postacie (psychiatra, partner zaginionej – niejednoznaczni w ocenie) zostają mocno zepchnięte na dalszy plan. I przez to troszkę gaśnie aura tajemnicy. Za to świetnie są wygrywane momenty dramatyczne, ze wskazaniem na walkę Rachel z nałogiem oraz pokazania, jak mocno zdemolował jej życie, jak wiele z jej wspomnień było kłamstwem, manipulacją i oszustwem. Wtedy film nabiera rumieńców, a grająca główną rolę Emily Blunt tworzy wyrazistą, znakomicie zniuansowane postać. A że kamera bardzo często pokazuje zbliżenia jej twarzy, nie ma tutaj miejsca na udawanie. Gdyby sama historia byłaby lepsza, może byłaby nawet nominacja do Oscara.

dziewczyna_z_pociagu3

Za to trzeba przyznać, że drugi plan nie wypada wcale najgorzej. Trudno nie zapomnieć zarówno Luke’a Evansa (lekko porywczy Scott), Edgara Ramizera (opanowany psychiatra) czy Allison Janney (wyrazista pani detektyw). Chociaż film miejscami kradnie równie zagubiona Haley Bennett (Megan), skrywającą pewną mroczną tajemnicę, przez co może wywołać pewne podobieństwo do Rachel.

Taylor wie, jak prowadzić aktorów, jednak sama historia jest podana w bardzo trudny sposób, wymagający większego wysiłku. Niemniej warto spotkać „Dziewczynę z pociągu”, zwłaszcza o aparycji Emily Blunt, dającej prawdziwy popis aktorstwa, częściowo maskując niedostatki fabularne.

6,5/10

Radosław Ostrowski

czwartek, 09 sierpnia 2018

QDajkeNK-wE

A teraz cofniemy się bardzo mocno w przeszłość. Jest rok 1983, gdy działalność rozpoczął zespół Rendez-Vous, powstały na zgliszcza Banku, kierowany przez basistę oraz wokalistę Ziemowita Kosmowskiego, a także saksofonistę Kamila Bilskiego. Na realizację swojego debiutu musieli czekać aż trzy lata, po drodze dochodząc do wielu roszad. Ostatecznie na albumie zwanym “Rendez-Vous”, poza Kosmowskim są gitarzysta Andrzej Stańczak oraz perkusista Wojciech Młotecki.

Album czerpie garściami z popularnego w Polsce nurtu nowofalowego, ale tutaj mocniej obecne jest zgranie gitary basowej z elektryczną, bez obecności syntezatorów. I to zgranie czuć już w otwierającym całość wielkim przeboju “A na plaży… (Anna)”, który nadal ma w sobie bardzo przyjemny rytm, kilka surowszych riffów oraz pewien metaliczny (z braku lepszego określenia) styl. Podobnie szorstki, ale i szybkie jest “W każdą złą noc”, chociaż nie pozbawione pewnej nutki liryzmu. Niemal “tykający” początek “Trafiony Tobą” nie zapowiada tak delikatnego, wręcz romantycznego numeru z perkusją troszkę przypominającą nagrania Lady Pank. No i ten tekst, który zostaje na długo. A po tym wchodzi intrumentalny “Zawsze o północy”, którego fragment nawet wykorzystano w programie “997”, czyli bardziej pogodne – przynajmniej na początku – granie, z “reagge’ową” perkusją. Ale gitara zaczyna coraz bardziej się nakładać na siebie, skręcając ku mroczniejszym dźwiękom, tworząc poczucie zagrożenia (mocny środek), by wrócić do początku. Równie przyspiesza “Maszyna zła”, idą ku bluesowym rytmom i… troszkę przypomina Kult. Liryzm wraca do “Nie okłamuj” ze ślicznym początkiem na gitarze, by przyspieszyć basem, a także dać czas na mocniejsze riffy.

Z koeli sam Kosmowski śpiewa tutaj bardzo delikatnie, ale jednocześnie głos ten jest bardzo przestrzenny, czasami kojący (“Nie umiem Cię”). I co najważniejsze, idealnie współgra z muzyką, która godnie znosi próbę czasu. Nowofalowe naleciałości, pięknie grająca gitara oraz wyczyniająca wręcz cuda perkusja tworzą niesamowite połączenie. Płyta w 2002 roku została wydana na kompakcie, w zremasterowanej wersji, którą polecam gorąco.

8/10

Radosław Ostrowski

Tagi: Rock
00:07, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »
środa, 08 sierpnia 2018

Come-tomorrow-cover-art

Trudno mi coś złego powiedzieć o tej kapeli, mieszającej rocka z jazzem i bluesem, której od ponad 25 lat przewodzi gitarzysta, wokalista oraz autor tekstów Dave Matthews. Od poprzedniego albumu minęło aż 6 lat (co w muzyce wydaje się wiecznością) i wsparci przez producenta Roba Cavallo powracają. Co przyniosło tytułowe jutro grupie?

Stylistycznie to nadal jest to brzmienie grupy, jakie znają ich fani od początku, czyli gitarowe zacięcie, wspierane przez dęciaki. I to pokazuje otwierająca całość “Samuraj Cop (Oh Joy Begin”), mieszająca zadziorność oraz potężną dawkę energii z poruszającym wokalem. Najbardziej zaskakuje finał, gdy słyszymy sygnał telefoniczny I krótkie “Halo”. Następny jest bardziej bluesowe “Can’t Stop”, gdzie znowu do powiedzenia dużo ma perkusji, zmieniając rytm w refrenie, nabierając większej chropowatości. A w tle wchodzą dęciaki, dodając więcej mocy I coraz bardziej zapętlając się bliżej końca. A na złapanie oddechu pozwala bardzo wyciszona, akustyczna ballada “Here On Out” oraz oszczędna aranżacyjnie “That Girl Is You”, gdzie Dave śpiewa tak wysokim falsetem, że dla wielu będzie to ciężka przeprawa. Spokój nie trwa wiecznie, bo wskakuje gitara do mocnego, wręcz lekko grunge’owego “She”, by następnie zaskoczyć koncertowym (przynajmniej tego należy się spodziewać po reakcji publiczności na początku) “Idea of You”, z gitarą akustyczną na froncie oraz rewelacyjnym saksofonem na końcu. Potem wchodzi jazzowy bas, intensywniejsza perkusja oraz lekko oniryczna gitara w “Virginia in the Rain”, a także bardziej szorstkie “Again and Again”, mimo wsparcia smyczków. Po dość krótkim instrumental, powraca bardziej pozytywny groove w folkowym walczyku “Black and Blue Bird” oraz troszkę mocniejsze (choć z ładnym wstępem) “Come On Come On”, gdzie w połowie ładnie grają smyczki.

Dalej są kolejne brzmieniowe łamańce (gitarowo-klawiszowe “Do You Remember”), a nieprzewidywalność zawsze była jedną z mocniejszych stron zespołu. Tak samo jak bardzo rozpowalny wokal Matthewsa, chociaż w tych bardziej falsetowych rejestrach może działać dość irytująco. Na szczęście robi to bardzo rzadko, więc nie ma powodów do wściekłości. Album trzyma wysoki poziom, piosenki mają niegłupie teksty, a produkcje I aranżacje nie zawodzą. I jest to jedno z przyjemniejszych doświadczeń tego roku.

8/10

Radosław Ostrowski

wtorek, 07 sierpnia 2018

Rzadko zdarza mi się oglądać film, który wywołuje we mnie aż taki gniew. „Bomb City” jest takim filmem, który opowiada historię pozornie taką jakich wiele. Kolejna bezsensowna śmierć młodego chłopaka, który miał przed sobą wszystko. Miał tylko jedną wadę: był punkiem, co w konserwatywnym Texasie nie jest zbyt mile widziane. Zwłaszcza, gdy dochodzi do silnych spięć między subkulturą a członkami szkolnej drużyny footballowej.

Debiutujący reżyser Jameson Brooks przeplata dwie narracje ze sobą. Z jednej strony są fragmenty procesu sądowego Cody’ego Catesa w sprawie o morderstwo Briana Deneke, z drugiej mamy zapis ostatnich dni z życia chłopaka. Innymi słowy mamy życie w punkowym stylu: krzykliwy strój, irokez na zielono, agresywna muzyka oraz brak wiary i perspektyw na przyszłość. Ale jest też paczka kumpli, próba rozkręcenia koncertów, ale też i ataki lokalnych chłopaczków. Bo ci goście wyglądają dziwnie, jak cioty, nie są tacy, jak my: w dżinsach, czapkach z daszkiem, tacy porządniejsi, nie robimy graffiti, my jesteśmy solą tej ziemi. I dlatego możemy sobie pozwolić na więcej, gdyż jesteśmy tacy porządni i jesteśmy traktowani łagodniej niż ci punkowcy – agresywni, z łańcuchami. Te przejścia między tymi wątkami są bardzo płynne, zaś mowy końcowe pokazują zderzenie dwóch światów.

Reżyser być może stosuje emocjonalny szantaż, ale jak tu się nie wkurwić, gdy widzimy powoli eksplodującą nienawiść. Wszystko jest spowite ciemnymi kadrami, nasączonymi różnymi kolorami, prawie jak neonami z filmów Refna. I to czekanie na eksplozję przemocy, która musi nastąpić – równie surowej, brutalnej oraz gwałtownej. Ta agresja musiała znaleźć swoje ujście, a film wtedy trzyma wręcz za gardło.

Film jest świetnie zagrany przez młodych, kompletnie nieznanych aktorów, budujących bardzo przekonujące postacie. Pozornie niby nie są to skomplikowane postacie, ale ludzie tacy jak my. Próbujący żyć z własnymi zasadami, nawet jeśli wydają się one sprzeczne z konserwatywnym środowiskiem. Punki wydają się tylko drobnymi rozrabiakami (pewnie też są tacy), zaś ci porządniejsi nie są tacy do końca porządni. I o tym przypomina końcówka, gdy słyszymy rozmowę z… a to się sami przekonajcie.

„Bomb City” to intensywne, pełne wściekłości kino, krzyczące kolejny raz o niesprawiedliwości. I że nie należy oceniać ludzi tylko po wyglądzie, o czym bardzo często się zapomina. Za często.

8/10

Radosław Ostrowski

Tagi: kryminał
09:33, radkino , kino
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 05 sierpnia 2018

Prawnicy to jeden z najbardziej znienawidzonych zawodów świata, ale bez nich wielu poważnych interesów nie da się załatwić. Jednym z takich jest Urs Blank – specjalista od spraw finansowych. Ma piękną żonę (właścicielkę galerię sztuki), od groma forsy, wypasiony dom i wszystko wydaje się ok. Ale wszystko zmienia się, gdy jeden z klientów popełnia samobójstwo na jego oczach. I wtedy pojawiają się dwie istotne postacie – nowy klient (Pius Ott), chcący doprowadzić do dużej fuzji z firmą farmaceutyczną oraz nieznajoma Lucille. Cale spokojne życie zostaje wywrócone do góry nogami, a podczas jednego spotkania z kochanką, dostaje niewinnie wyglądający grzybek.

ciemna_strona_ksiezyca1

Pozornie film Stephana Ricka wydaje się zwykłym dramatem psychologicznym, ale im dalej w las (dosłownie), zaczyna się robić coraz mroczniej, niepokojąco. Niby dostajemy zwykłą historię człowieka, który poznaje ciemną stronę samego siebie. Ale czy to grzybek halucynogenny jest odpowiedzialny za ten burdel w głowie? Czy też był tylko zapalnikiem zmian, dochodzących wcześniej? Znużenia swoją pracą, kryzysem wieku średniego? Na to jasnej odpowiedzi nie znajdziecie. Dalej jednak mamy do czynienia z rasowym thrillerem, zaś intryga przebiega nie tylko wobec ciemnej strony Blanka, ale też sprawy fuzji. Niepokojąca tajemnica z nowym lekiem, a jednocześnie mamy leśne wyprawy Blanka po grzybka oraz coraz bardziej przerażające zmiany: wypadek, morderstwo, krew.

ciemna_strona_ksiezyca2

Sam film wygląda naprawdę dobrze, gdzie najlepiej prezentują się sceny w lesie. Nie tylko ze względu na surowy wygląd, lecz też niemal wszechobecną mgłę, budującą poczucie zagrożenia. I to właśnie w lesie dochodzi do ostatecznej konfrontacji, trzymającej w napięciu aż do otwartego finału. Ale wielu może zniechęcić bardzo powolne tempo oraz dość niejasne zakończenie.

ciemna_strona_ksiezyca3

Za to mamy bardzo mocną rolę Moritza Bleibtreu jako Ursa. Aktor fantastycznie buduje portret człowieka powoli odkrywającego swoją bardziej niepokojącą stronę swojej osobowości. Człowieka, odkrywającego przemoc, zabijanie, dla którego psychodeliczny grzybek staje się wręcz obsesją. I ta przemiana budzi przerażenie oraz stawia pytanie: czy w każdym z nas siedzi bestia? Równie intrygujący jest dawno nie widziany Jurgen Prochnow w roli śliskiego przedsiębiorcy Otta oraz pociągająca Nora von Waldstetten (Lucille).

Jaka jest „Ciemna strona księżyca”? Tajemniczym, miejscami bardzo niepokojącym thrillerem psychologicznym, przypominającym o dwóch twarzach każdego człowieka. Pozornie spokojny i powolny, ale prowokujący do myślenia.

7/10 

Radosław Ostrowski

Tagi: thriller
22:57, radkino , kino
Link Dodaj komentarz »
sobota, 04 sierpnia 2018

Frankfurt, rok 1957. To w tym mieście pracuje prokurator generalny Hesji, Fritz Bauer. Śledczy zajmuje się śledztwami w sprawie nazistowskich zbrodniarzy. Problem w tym, że niemiecki wymiar sprawiedliwości nie bardzo się kwapi do skazywania nazistów. Dlaczego? Nie tylko z powodu polityki „pojednania” kanclerza Konrada Adenauera, lecz także z bardzo prostego faktu: wiele osób z nazistowską przeszłością nadal pracowało w wymiarze sprawiedliwości, wywiadzie czy w polityce. Aż pewnego dnia, prokurator dostaje list z Argentyny. Autor podaje, że tam ukrywa się sam Adolf Eichmann, zaś Bauer, by schwytać zbrodniarza, podejmuje się współpracy z Mossadem.

fritz_bauer1

Niemieckie kino, które podejmuje się rozliczenia z nazistowską przeszłością, pokazujący mało znaną historię. Co bardziej mnie zaskakuje, niektórzy zauważą podobieństwa w sytuacji powojennych Niemiec a III RP. Tutaj nadal czuć wpływy osób z dawnego systemu politycznego, choć ustrój się zmienił całkowicie. Ale film Larsa Kraume od samego początku potrafi utrzymać w napięciu. Sam film zaczyna się w momencie, gdy Bauer zostaje znaleziony nieprzytomny w wannie z kieliszkiem wina oraz opakowaniem leków. Próba samobójcza, roztargnienie czy może ktoś próbował go zamordować? Reżyser bardzo sugestywnie pokazuje zdeterminowanego adwokata w czasach, gdy pewne rzeczy były przemilczane. Jak wiele osób (zagraniczne wywiady, tajne służby) wiedziały, gdzie są zbiegowie i nie zamierzały nic zrobić, z powodu pewnych powiązań i układów. Nawet niemieckim służbom praca Bauera jest wybitnie nie na rękę i nie wiadomo, komu do końca można zaufać. Każda rozmowa może być pułapką, prowokacją czy mydleniem oczu.

fritz_bauer2

Reżyser tworzy swój film w iście noirowym stylu – delikatna, jazzowa muzyka, poufne spotkania, panowie w kapeluszach. A jednocześnie czuć upływający czas, bo jeden błąd może zmarnować miesiące poszukiwań, weryfikacji. Bohater ciągle lawiruje między współpracownikami, wywiadem a mediami, krok jest obserwowany przez wrogów. Kraume podkręca powoli napięcie (schwytanie Eichmanna to najdynamiczniejsza scena w filmie), wiernie odtwarzając realia epoki. Może i całość wygląda bardziej jak film telewizyjny (wszystko oparte jest na dialogach, na ekranie najczęściej widzimy dwie-trzy osoby), jednak nie czuć znużenia. Nawet jeśli pewne poboczne wątki (wyrok na homoseksualizmie, oparty na prawach… stworzonych przez nazistów czy troszkę zepchnięta postać Karla Angermanna) nie mają siły rażenia, dodają lekkiego kolorytu.

fritz_bauer3

Największą robotę robi tutaj rewelacyjny Burghart Klaussner w roli Bauera. I choć można odnieść wrażenie, że postać ta będzie sportretowana jako ostatni sprawiedliwy. Dla wrogów wydaje się „opętanym zemstą Żydem”, walącym prosto z mostu w sprawie zbrodni. Ale aktor pokazuje zarówno jego opór, determinację, wręcz choleryczny charakter, jak i twardy kręgosłup, zmęczenie. Drobnymi spojrzeniami, barwą głosu, buduje dość niejednoznaczny portret. Bauer fascynuje, intryguje, powoli poznajemy kolejne fakty z życia. I to on zawłaszcza ekran swoją obecnością, spychając wszystkich na dalszy plan.

Ta mieszanka thriller politycznego, kryminału i dramatu potrafi chwycić za gardło, trzymać w napięciu aż do końca. Przy okazji poznajemy pozornie znaną historię z zupełnie nieznanej perspektywy oraz cichego bohatera. Świetne kino.

7,5/10

Radosław Ostrowski

jonh-huston-poster-214x300Wydawałoby się, że z wyzwaniami od bloga Po napisach zrobię sobie przerwę. Że skupię się na filmach, serialach z Netflixa oraz ewentualnie posłucham kilka świetnie zapowiadających się albumów. Ale nazwisko tego reżysera zmieniło wszystko. Tym razem na celownik trafił John Huston - uważany za jednego z największych klasyków kina zza Wielkiej Wody. Samo nazwisko mówiło mi wiele, tak samo jak tytuły, o których każdy kinoman usłyszał. Nie powiem wam, ile razy widziałem "Ucieczkę do zwycięstwa", ale za każdym razem oglądam z wypiekami na twarzy. Prekursor czarnego kryminału (debiutancki "Sokół maltański"), nie unikający zarówno filmów z dużym budżetem (na taki się zapowiada "Biblia" czy "Afrykańska królowa"), jak i bardziej kameralnymi produkcjami ("Noc iguany"), mieszając gatunki niczym barman drinki: komedia, western, kryminał, sensacja, film wojenny, a nawet musical. Ostatni swój film nakręcił ciężko chorując (poruszał się na wózku i nie był w stanie samodzielnie oddychać dłużej niż 20 minut, przez co korzystał z butli tlenowej).

Poniżej znajduje się lista filmów reżysera, który zdobył m.in. 2 Oscary, trzy Złote Globy, Srebrnego Lwa w Wenecji. W ciągu ponad 45 lat kariery powstało 36 filmów. Spis robi piorunujące wrażenie i może wydawać się dość przerażający, ale nie przejmujcie się: czas jest do kolejnej rocznicy urodzin reżysera, czyli 5 sierpnia 2019. Życzcie mi powodzenia, bym podołał zadaniu, a na niektóre tytuły ostrze sobie ząbki.

The Dead – Zmarli (1987)
Prizzi’s Honor – Honor Prizzich (1985)
Under the Volcano – Pod wulkanem (1984)

Annie (1982)
Victory – Ucieczka do zwycięstwa (1981)
Phobia (1980)
The Man Who Would Be King – Człowiek, który chciał być królem (1975)
The MacKintosh Man – Człowiek MacKintosha (1973)
The Life and Times of Judge Roy Bean – Sędzia z Teksasu (1972)
Fat City – Zachłanne miasto (1972)
The Kremlin Letter – List na Kreml (1970)
A Walk with Love and Death – Spacer z miłością i śmiercią (1969) 
Sinful Davey – Zbereźnik (1969)
Reflections in a Golden Eye – W zwierciadle złotego oka (1967)
The Bible: In the Beginning… – Biblia (1966)
The Night of the Iguana – Noc iguany (1945)
The List of Adrian Messenger – Lista Adriana Messengera (1963)
Freud – Doktor Freud (1962)
The Misfits – Skłóceni z życiem (1961)
The Unforgiven – Nie do przebaczenia (1960)
The Roots of Heaven (1958)
The Barbarian and the Geisha – Barbarzyńca i gejsza (1958)
Heaven Knows, Mr. Allison – Bóg jeden wie, panie Allison (1957)
Moby Dick (1956)
Beat the Devil – Pobij diabła (1953)
Moulin Rouge (1952)
The African Queen – Afrykańska królowa (1951)
The Red Badge of Courage – Szkarłatne godło odwagi (1951)
The Asphalt Jungle – Asfaltowa dżungla (1950)
We Were Strangers – Obcy (1949)
Key Largo (1948)
The Treasure of the Sierra Madre – Skarb Sierra Madre (1948)
Across the Pacific – Przez Pacyfik (1942)
In This Our Life – Takie nasze życie (1942)
The Maltese Falcon – Sokół Maltański (1941)

 

Radosław Ostrowski

piątek, 03 sierpnia 2018

Kto nie zna „Opowieści wigilijnej” Charlesa Dickensa? Jeśli nie samej książki, to przynajmniej z mnóstwa adaptacji – filmowych, scenicznych, teatralnych. A czy wiecie jak powstała tak książka?

Charles Dickens jak go poznajemy jest opromieniony sukcesem „Olivera Twista”, zdobywając rozgłos na świecie. Ale półtora roku później sam pisarz napisał trzy powieści, które jednak poniosły klęskę. Autor do tego przeprowadza remont w mieszkaniu, w drodze jest kolejne dziecko, a jakby tego było mało z Devon przybywa ojciec. Relacje obu panów Dickens są nie najlepsze, co przeszkadza w realizacji kolejnego dzieła. Dzieła, którego dotychczasowi wydawcy nie są zainteresowani.

czlowiek_swieta1

Reżyser Bharat Nalluri próbuje z jednej strony troszkę bliżej przedstawić portret samego Dickensa oraz pewnych wydarzeń z przeszłości, które rzutowały na jego dalsze losy. Mamy tutaj zarówno ojca-lekkoducha, który wnosił wiele światła, ale też z powodu długów został skazany, przez co Karol musiał – jako dziecko – pracować. Z drugiej widzimy jego dość zaskakującą metodę pracy. I nie chodzi tutaj o zwykłe pisanie na papierku, ale wręcz o „interakcję” ze swoimi postaciami. Ożywają bohaterowie kierowani przez Ebenezera Scrooge’a, jednak nie mamy z przenoszeniem fragmenty z powieści 1:1. Do tego pisarz lubił kolekcjonować nazwiska, wykorzystywał sytuacje z ulicy, a nawet zasłyszane słowa z rozmów (dialog ze starcem po spotkaniu w domu dziecka). Ale wszystko to wydaje się może nie tyle powierzchowne, lecz miejscami dość chaotyczne. Dla mnie najciekawsze były wątki dotyczące tworzenia tej powieści (zwłaszcza dialogi ze Scrooge’m) oraz próba pokonania swoich demonów z przeszłości. Wszelkie momenty związane z próbą wydania, stworzeniem ilustracji nie pociągały mnie aż tak bardzo, wręcz przynudzały.

czlowiek_swieta2

Nie mogę jednak nie wspomnieć o solidnej realizacji, gdzie skupiono się na klimacie XIX wieku. Bardzo dobrze wypadają kostiumy oraz scenografia, gdzie nie brakuje zarówno mroku (podniszczona fabryka butów, lekko podniszczone ulice). Jednak przejścia między fikcją a rzeczywistością (m.in. wizyta grobu Scrooge’a) wyglądają wręcz niesamowicie, pozwalając na pewną zabawę formą. Troszkę szkoda, że nie ma tego więcej.

Na szczęście udało się zebrać świetną obsadę. Znakomity jest Dan Stevens w roli Karola Dickensa, który znajduje się w klinczu. Podczas pracy jest bardzo szorstki, ciężki w obyciu, wręcz porywczy, ale nie jest on w żadnym wypadku oschły. Aktor znakomicie pokazuje zarówno tłumione chwile gniewu, spięcia z ojcem, jak i zderzenie ze swoją przeszłością. Równie mocny jest Christopher Plummer w roli Scrooge’a, który tutaj jest mroczniejszym odbiciem samego pisarza – jego wręcz ciemnej strony, cynizmu, rozgoryczenia, samotności. Te spięcia między Dickensem a Scrooge’m dodają dynamiki temu tytułowi, przez co zapadają w pamięć. Nie można też nie wspomnieć Jonathana Pryce'a, czyli ojca Dickensa - lekkoducha, ale mającego wiele uroku.

czlowiek_swieta3

„Człowiek, który wymyślił Święta” to solidnie wykonana, choć nie brakuje kilku eksperymentalnych pomysłów. Ogląda się ze sporą frajdą zarówno jako przykład pokazania kreacji dzieła, jak i biografia samego pisarza, mimo pewnych przestojów.

6,5/10

Radosław Ostrowski

fogg-piesniarz-warszawy-b-iext53006665

Co rok Muzeum Powstania Warszawskiego z okazji rocznicy powstania zawsze wydaje album z tą tematyką. Jednak tym razem postanowiono pójść w zupełnie innym kierunku, bo postanowiono przypomnieć dorobek przedwojennego klasyka polskiej piosenki – Mieczysława Fogga. Zadania podjął się znany już duet Jan Młynarski (wokal, produkcja) oraz Marcin Masecki (pianista, aranżaer), powołując Jazz Camerata Varsoviensis.

A jakie my tu znajdujemy frykasy? Od największych hiciorów, po te troszkę zapomniane lub mniej kojarzone z tym wykonawcą utworem. Produkcyjnie przypomina to poprzednie dzieło duetu Młynarski/Masecki, czyli nagrania brzmią jakby powstały te 70-80 lat temu i ktoś po latach je odgrzebał, zremasterował oraz rozpowszechnił. Początek to zwiewne “A ja sobie gram na gramofonie”, gdzie na początek dostajemy śliczne klarnety z wręcz falującymi smyczkami (zwłaszcza w refrenie). By nie było tak nudno pojawia się rozpędzone “Polowanie na tygrysa” – foxtrot wspólnie śpiewany, gdzie instrumenty nie są w stanie złapać oddechu, a Masecki szaleje na pianinie oraz przy aranżacji (“tuptanie” w środku), dodając lekkości. I kiedy wydaje się, że będzie tak leciutko, wręcz przyjemnie, wchodzi prawdziwy walc (a nawet walec) – “Ja mam czas, ja poczekam”, z melancholijnymi skrzypcami oraz wręcz “grobowym” fortepianem. Tutaj instrumenty mają więcej do powiedzenia, a nawet swoje solo ma mandolina. Lekkość pozornie wraca do “Ameryki”, gdzie czuć pewien – nie wiem, jak to nazwać – żydowski klimat, spowodowany specyficzną grą skrzypiec oraz szybkim tempem walca, a także w lirycznym “Nic o Tobie nie wiem”. Tutaj znowu smyki falują, fortepian uwodzi, robi sie cieplej na serduszku, zaś melodia przewodnia wybrzmiewa tak uroczo, że nawet głos Młynarskiego może wydawać się zbędny.

Ale wszystko zmienia się w rzewnej piosence “Związane mam ręce”, brzmiącej niczym grana przez barową kapelę. Tutaj wybija się saksofonowy początek, delikatne popisy smyków oraz dęciaków w tle. To trwa jednak chwilkę, bo radość wraca do “O-key”, gdzie znów fortepian pozwala sobie na wiele, a w tle trąbeczki, perkusja i robi się tak przyjemnie. W podobnym tonie, chociaż troszkę minorowo gra “Może kiedyś, innym razem”, a odrobina melancholii pokrywa nieśmiertelne “Tango milonga”. A jeśli myśleliście, że nie pojawi się “Ta ostatnia niedziela”, no to się pomyliliście. I ten utwór nadal ma w sobie moc oraz porusza. Po drodze jeszcze będzie szalona, czasami brzmiąca spektakularnie “Argentyna”, chwytająca za serce “Warszawo ma”, ciągle czarujące, pogodne “Młodym być i więcej nic”, by zakończyć to “Piosenką o mojej Warszawie”.

Sam Młynarski radzi sobie wokalnie tak jak przyzwyczaił nas choćby w Warszawskim Combo Tanecznym. Jednak nasz duet postanowił zaprosić kilkoro gości. Klasę potwierdza Joanna Kulig (“Związane mam ręce”), potrafi poruszyć Barbara Kinga Majewska (“Warszawo ma”), jednak dla mnie całość skradli śpiewający dość nisko, ale bardzo energicznie Szymon Komasa (m.in. “A ja sobie gram na gramofonie” oraz “Młodym być i więcej być”) oraz Agata Kulesza (“Ameryka”, “Może kiedyś, innym razem”), ubarwiając całość.

“Fogg – pieśniarz Warszawy” to spojrzenie szersze na tego niezapomnianego artysty, zachowującego przedwojenną elegancję oraz szyk, a także i błyskotliwy dowcip. Jednocześnie przypomina, że Fogg to nie tylko “Ta ostatnia niedziela” i – jak głosił Bolec w niezapomnianych “Chłopakach nie płaczą” – to był gość, zaś aranżacje Maseckiego dodają tylko blasku całości. Cudowne wydawnictwo.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Tagi: jazz
01:54, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 02 sierpnia 2018

Kolejna telewizyjna produkcja o dziennikarskim śledztwie. Reporterka Rebecca Skloot próbuje wyjaśnić sprawę niejakiej Henrietty Lacks – czarnoskórej kobiety zmarłej na raka macicy w 1951 roku. Ale lekarze bez jej zgody, wykorzystali jej komórki nazwane He-La. Dzięki niej medycyna osiągnęła wielki postęp, dzięki czemu znaleziono leki na polio, AIDS, ślepotę. Tylko, że rodzina o tym nic nie widziała i nie otrzymała z tego tytułu żadnej rekompensaty.

henrietta_lacks1

HBO znowu dotyka tematu, prowokując do dyskusji na temat etyki i odpowiedzialności. George C. Wolfe próbuje mieszać narrację dwutorowo. Z jednej strony są wrzucone retrospekcje z lat 40. i 50., by choć troszkę przybliżyć tą postać, z drugiej bardziej pokazuje losy jej dzieci po śmierci. Tego, że o swojej matce nie wiedzą zbyt wiele, że zostali oszukani przez lekarzy, rząd. Jednocześnie skrywają wiele ukrytych traum, tajemnic, z jakimi musi się zmierzyć dziennikarka, by wyciągnąć informacje od rodziny. Wszystko toczy się bardzo powolnym rytmem, jednak reżyser w żaden sposób nie przynudza. Zaczynamy odkrywać kolejne układanki oraz rodzinne sekrety, pokazujące losy dzieci pozbawionych matki: jeden z synów trafił do więzienia, córka cierpi na afektywność dwubiegunową, a jeszcze inna zmarła w dzieciństwie. I ta mieszanka potrafi zadziałać, w czym pomaga przeplatany montaż.

henrietta_lacks2

Odtworzenie lat 40. i 50., choć jest to fragment filmu, potrafi budzić szacunek: stroje, fryzury czy scenografia trzyma poziom, nie wygląda tandetnie. Tak samo napięcie potęguje dynamiczna, jazzowa muzyka z wybijającą się perkusją. A wiele momentów (z finałem) potrafi poruszyć i chwycić za serce.

Jednak prawdziwym skarbem jest fantastyczna kreacja Oprah Winfrey w roli Deborah Lacks – córki próbującej odnaleźć prawdę. Aktorka świetnie prezentuje jej stany emocjonalne: od zaufania, szoku i nieufności. Do tej pory mrozi mnie moment, gdy wyznaje bardzo traumatyczną przeszłość. Cala reszta (w tym Rose Byrne jako Skloot) tak naprawdę robi tylko za tło, choć jest kilka niezapomnianych epizodów jak śliskiego, złotoustego adwokata sir Coefielda (Courtney B. Vance), religijnego kuzyna Cliffa (John Beasley) czy brata Zakariyya (ostatnia rola Rega E. Catheya).

henrietta_lacks3

HBO przypomniało zapomnianą historie kobiety, która – nieświadomie – miała ogromny wpływ na rozwój medycyny, chociaż rodzina nie miała z tego tytułu nic. To z jednej strony wciągający dramat, pełen odkrywania tajemnic, z drugiej brutalne przypomnienie o tym, że postęp nie zawsze jest osiągany etycznymi metodami. I to potrafi zaboleć.

7/10 

Radosław Ostrowski

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 204
| < Sierpień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Tagi
ministat liczniki.org
zBLOGowani.pl
Mediakrytyk.pl