piątek, 26 maja 2017

0006LNARNLY2G47M-C122

Czy w Polsce można grać muzykę folkową? Odpowiedź jest bardzo prosta: tak, jeśli się chce. Tak od kilku lat się chce duetowi Paula i Karol, który tworzą - co chyba nie będzie żadnym zaskoczeniem - Paula Bialski i Karol Strzemieczny. I po dość krótkiej (bo dwuletniej) przerwie powracają, by zaprosić do swojego miasta. Bo tak też się nazywa nowe wydawnictwo - "Our Town".

I jest to wędrówka pełna bogatych dźwięków, co nie chcą się wcisnąć w żadną szufladkę. Otwierający całość singlowy "Rocky" daje pozytywnego kopniaka, który działa szybko. Ta płynąca gitara i niemal "tańcząca" perkusja z klawiszami wzięty z jakiegoś starego komputera z lat 80. (nie jestem w stanie powiedzieć jakiego) daje bardzo uzależniającą mieszankę. Ale już "Heart Is A Force" uderza swoim spokojem, przynajmniej na początku, bo głosy odbijają się niczym echo, wsparte jedynie przez fortepian. To jednak tylko zasłona dymna, bo tempo przyspiesza i atakuje bardzo "ciepłą" elektroniką, by na finał wyciszyć się z gitarą. Nie mogło zabraknąć folkowej gitary akustycznej (westernowe "My Friends" i przyjemne "Lost But Not Forgotten" z cymbałkami w tle), bardzo lekkiej elektrycznej ("Calling Sun") czy zahaczeń o nowofalowe dźwięki punka (utwór tytułowy, gdzie metaliczny bas i elektroniczna perkusja robi robotę), a nawet bardzo subtelnego rock'n'rolla ("Check Me Out").

Do tego uderzyło mnie, jak mocno są zgrane głosy duetu. Tak naprawdę jakby to była jedna osoba wykonywała, a to w duetach nie zawsze się zdarza. Nawet jeśli słychać pewne różnice w głosach, to czuć bardzo silną chemię między tą dwójką. 

Każdy utwór wydaje się dźwiękową miniaturą, która zaczyna powoli sklejać się w jedną historię, wciągającą i angażującą do ostatniego dźwięku. Dawno nie czerpałem frajdy z takiego oszczędnego i pogodnego brzmienia. Jeżeli macie doła, czujecie się przygnębieni i wszystko wydaje się do bani, wycieczka do "Our Town" pozwoli doładować baterie oraz da takiej dawki energii, ze będziecie chcieli zrobić wszystko.

8/10

 

Tagi: indie pop
11:17, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 maja 2017

Sleep-No-More-e1475213711867

Od dłuższego czasu przyglądam się karierze tego brytyjskiego wokalisty, co z gitarą lubi grać. Po poprzednim (w pełni udanym) "Written in Scars" powrócił w zeszłym roku z nowym wydawnictwem, które - nie wiedzieć czemu zostało przeze mnie przeoczone. Piąty album kontynuuje ścieżkę poprzedników, czyli dostajemy mieszankę popu, rocka i folku.

Taki jest singlowy, pełen ciepłej elektroniki opener w postaci "When We Were Lovers", przyspieszając jedynie w refrenie. Miły i sympatyczny początek. Bardziej wyciszony jest niemal akustyczny "Deep Waters", jednak w refrenie bardziej ożywa perkusja oraz lżejsza gitara elektryczna z żeńską wokalizą czy śliczny "I'm Yours", gdzie bardziej wybija się fortepian oraz romantycznie brzmiące smyczki. W takich fragmentach Savoretti czuje się najlepiej. Próbuje jak zawsze mieszać i dodać coś szybszego, chociaż skręca to w stronę popu ("Helpless" z delikatnym i chwytliwym refrenem, chociaż ta perkusja drażni czy okraszony drobnymi perkusjonaliami oraz ślicznym smykiem "We Are Bound") czy folku (silny emocjonalnie "Tight Rope" czy niemal westernowo-gwizdany utwór tytułowy). Na szczęście nie jest to plastikowe dziwadło grane przez radia, chociaż sam muzyk gra troszkę na tych samych patentach. Co z tego, skoro to nadal działa jak w cudownym "Only You"

Nie zmieniło się za to jedno: głos nadal jest mocnym filarem. Zarówno, gdy trzeba być delikatnym i romantycznym, jak i trzeba silniej naznaczyć swoją obecność ("Tight Rope", "We Are Bound"). I piosenki też brzmią naprawdę dobrze, bez kiczowatości. Fani wiedzą na co się piszą, a niezdecydowani może się przekonają. Bardzo delikatna, liryczna i miejscami silne emocjonalnie wyznanie.

7/10

 

Tagi: Pop Rock
12:03, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 maja 2017

Duński Departament Q znowu ma ręce pełne roboty. A wszystko zaczęło się od pewnego listu w butelce. napisany krwią przez dziecko po ośmiu latach znalazł pływak. Detektywi Morck i Assed ruszają rozwiązać kolejną sprawę, zwłaszcza iż sprawca znowu zaczyna działać i dochodzi do porwania dzieci.

Seria książek Jussi Adler-Olsena o dwójce gliniarzy rozwiązujących sprawę sprzed lat w Danii osiągnęła status bestsellerów, więc przeniesienie ich na ekran było tylko kwestią czasu. „Wybawienie” to trzecia i najmroczniejsza część serii, co może wynikać także ze zmiany reżysera (Mikkela Norgaarda zastąpił Hans Petter Moland). Niemniej mamy klasycznie prowadzone śledztwo, gdzie para naszych detektywów musi powstrzymać zbrodniarza. Twórcy od razu wskazują sprawcę, ale jego motywacja jest wyjaśniania stopniowo w retrospekcjach. Nawet przyroda (pięknie wyglądające pole żółtych kwiatów czy dom na morzu), choć wygląda ślicznie, jest niemym świadkiem zła. Zabawa w kotka i myszkę jest zgrabnie poprowadzona, a intryga omija mielizny oraz niewiarygodne bzdury. Do tego akcja bywa bardzo dynamiczna i trzymająca w napięciu (mocna scena przekazywania okupu), chociaż zakończenie sprawiło mi zawód. Niemniej im dalej, tym bardziej robi się niebezpiecznie, a sceny zabójstw są brutalne i krwawe (to akurat plus).

Całość ma silny religijny podtekst, co jest zrozumiałe ze względu na nietypowy sposób działania sprawcy (porwania w okresie świąt danej wiary), ale też śledczy konfrontują swoje przekonania ze swoją wiarą. Ten jednak wątek jest poprowadzony w sposób oczywisty i przewidywalny, ale to na szczęście jedyna poważna wada.

Znowu wszystko w garści trzyma sprawdzony duet Nikolas Lie Kaas/Fared Fared, czyli detektywi Morck i Assed. Ten pierwszy nadal ma twarz zmęczonego życiem gliniarza, który widział i stracił zbyt wiele, by znów cieszyć się życiem. Mówi bardzo mało (na początku), jest cyniczny i bardziej wycofany niż zwykle. Drugi zaś nadal jest pełen energii i determinacji oraz pozostaje po jaśniejszej stronie życia. Razem stanowią zgrany duet, pełen być może szorstkiej i niezbyt wylewnej, ale przyjaźni. Przekonująco wypada za to Pal Svere Hagen w roli tajemniczego Johannesa, czyli mordercy. Pozornie łagodny i uśmiechnięty, ale bezwzględny i okrutny, przy okazji nie popadając w przerysowanie czy groteskę.

„Wybawienie” potwierdza, że w Skandynawii tworzy się bardzo klimatyczne kryminały. Pełne mroku, niepokoju, ale i – na swój sposób – potrafiące pociągnąć tłumy. Czy panowie Morck i Assad otrzymają kolejne wezwanie do kina? Wierzę, że tak i tym razem powinno być równie ciekawie jak tutaj.

7/10

Tagi: kryminał
18:08, radkino , kino
Link Dodaj komentarz »

Alan Clay to biznesmen w wieku średnim, który najlepsze lata w swojej karierze wydaje się mieć dawno za sobą. Czuje się już wypalony, rozwiódł się z żoną i próbuje zachować kontakt z córką. Od szefa dostaje nowe zadanie: zrobić duży interes w Arabii Saudyjskiej, by sprzedać samemu władcy nową technologię: hologram pozwalający na telekonferencje. Wydaje się, że sprawa jest prosta, gdyż Clay zna bratanka króla. Tylko, że nic nie jest takie proste.

Tom Tykwer korzysta z książki Dave’a Eggera, by opowiedzieć historię w zasadzie nam znajomą. Bohaterem jest człowiek w średnim wieku, który nie potrafi się odnaleźć i stracił życiową energię. Ale czy nowe miejsce i umowa pozwolą odnaleźć dawną pewność siebie i przynieść wewnętrzny spokój? Po tym jak zamknął swoją poprzednią firmę, rozwiódł się z żoną i nie jest w stanie zapewnić kasy na studia córce? Niby takich opowieści było tysiące, ale i tą ogląda się dobrze. Kluczem wydaje się tutaj zderzenie mentalności zachodniej z klimatem i krajobrazem Bliskiego Wschodu. Tutaj kraj arabski nie jest pokazany ani z przesadnym, bombastycznym przepychem, ani jako nieufne miejsce walki z terroryzmem. Arabia Saudyjska jest krajem pełnym paradoksów: biurokratyczna ospałość i niekompetencja (postać sekretarki Mahy) może doprowadzić do szału – prawie jak w PRL-u, a przepisy dotyczące alkoholu (zakaz picia) są bardzo sprytnie omijane i nie dotyczą najbogatszych. I perspektywa zwykłych ludzi mieszkającym w kraju, gdzie nie widzą dla siebie miejsca uatrakcyjnia tą opowieść.

Tykwer konsekwentnie trzyma się określonego kierunku, ale wprowadza wiele retrospekcji, podkreślając skomplikowany charakter zagubionego Alana. Nawet delikatnie poprowadzony wątek miłosny między mężczyzną a poznaną lekarką Zahrą, staje się spójnym fragmentem całości. Na szczęście twórca wnosi odrobinę humoru (żart z CIA czy strach z powodu domniemanej bomby w aucie Yousefa), podnosząc mocno na duchu i dając nadzieję.

Wszystko to uwiarygodnia swoją świetną rolą Tom Hanks, który pozornie wciela się w kolejnego everymena, ale tym razem jest to bohater po wielu ciężkich przejściach, próbujący robić dobrą minę do złej gry. Zmęczony życiem, w obcym świecie z nieznaną mu kulturą, ale jednocześnie nie pozbawiony determinacji oraz uporu. Wszystko to jest bezbłędnie wygrane. Wsparciem (nie tylko komediowym) jest Alexander Black jako młody szofer Yousef, który staje się przewodnikiem oraz przyjacielem naszego bohatera. Sceny wspólnych podróży stanowią popis komedii. Cała reszta postaci stanowi raczej tło dla Hanksa, ale nie ma mowy o nijakich bohaterach.

„Hologram dla króla” to słodko-gorzka historia szukania (i odnalezienia) nowego miejsca na Ziemi oraz nadziei. Kino powstałe ku pokrzepieniu, ale nie przesłodzone. Pachnące Orientem (piękne zdjęcia oraz cudowna muzyka), ale nie kiczowate. Nawet jeśli nie zostanie w pamięci na długo, to daje sporo do myślenia, a to już coś.

7/10

poniedziałek, 22 maja 2017

Gruba Kaśka – nie, nie chodzi o kobietę – jest stacją pomp wodociągowych w Warszawie. I właśnie tam pracuje poeta, Leopold Górski. Jest poetą, czyli jak każdy pisze wiersze, które śpiewa w fabryce, motywując swoich kolegów do pracy. Problem w tym, że jak w każdym miejscu pracy, nie każdemu pracować się chce. Dlatego sekretarz w wodociągach, daje poecie zadanie: ma trafić do najgorszej ekipy kierowanej przez majstra Wierzchowskiego. A w zamian za to ma być mieszkanie.

Tym filmem, to Chmielewski postanowił pójść dalej i zaszaleć (jak na rok 1966).postanowił połączyć mocno archaiczną formę, czyli produkcyjniaka (czyli jak się żyje we fabryce czy innym zakładzie) z komedią śpiewaną (musicalem znaczy się), ale bez układów tanecznych. Już sam pomysł wtedy wydawał się karkołomny, a dziś (z powodu minionego ustroju) wydaje się mocno archaiczny. Kontrast wywołany miedzy naszym kulturalnym (wręcz do bólu) Poldkiem a brygadą wyglądającą jak ostatnie łachmyty, ma w sobie groteskowy posmak i wydaje się przez chwilę rozbrajająca. Ale już ta cała nowomowa użyta tutaj, pełna propagandowych haseł, doprowadza do bólu zębów największych twardzieli. To nie miało prawa wytrzymać (choć przeprosiny z powodu awarii są bardzo fajne) tylu lat, a kilka montażowych jazd (ucieczka Górskiego przed nowymi kolegami w przyspieszeniu) to troszkę za mało.

Chmielewski próbuje jeszcze dać troszkę luzu w piosenkach i to jest najmocniejszy atut. Zgrabnie, lekkie, dowcipne oraz przyjemne kompozycje kompozytorsko-tekstowego duetu Jerzy Matuszkiewicz/Wojciech Młynarski wpadają w ucho (a już finałowa „Gdy Kasię kochać da się” – perełeczka). W nich jest humor, który zestarzeć się nie chce. Także drobne przekomarzanki czy desperacka próba zdobycia mieszkania z wykorzystaniem dziecka ogląda się nieźle.

Także dzięki próbującej się (udanie) wejść w tą konwencję. Trudno nie odmówić uroku Krzysztofowi Litwinowi (Leopold), który jest tak poczciwy („dobry chłop”) i szczery, że słodziutki. Nawet, gdy próbuje wejść w otoczenie (te zdarte ciuchy!!!), jest wiarygodny. Podobnie nie można oderwać oczu od Magdaleny Zawadzkiej (Kasia), będącej tutaj jedynie tłem do stworzenia romansu (całkiem niezłego). Jednak i tak scenę kradnie trio Adam Mularczyk/Wacław Kowalski/Jerzy Karaszkiewicz (załoga majstra Wierzchowskiego) swoim łobuzerskim stylem życia i niezbyt silnym zaangażowaniem (na początku).

Innymi słowy „Pieczone gołąbki” to słabsza, ale ciągle przyjemna rozrywka. Chmielewski nie daje w pełni plamy, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu niespełnienia. Obejrzeć nie zaszkodzi, jednak przyzwyczaiłem się do innego poziomu, jaki tworzył reżyser. Na szczęście dalej było tylko lepiej.

6/10 

Wacław Kawanias jest latarnikiem, który nie opuścił swojej samotni od ponad 20 lat. W tym czasie studiował kryminologię, w czym pomogły znajdujące się książki. I wtedy latarnika odwiedza inspektor Marac, który bez rezultatów ściga najniebezpieczniejszego przestępcę – Testona. Człowiek ten okrada banki na całym świecie, a jedyną poszlaką jest jego niemowlęce zdjęcie. Kawanias decyduje się wyjść na zewnątrz i ruszyć tropem przestępcy.

Tadeusz Chmielewski kontynuuje tutaj swoją filozofię na komedię znaną z „Ewa chce spać”. Czyli pozostaje twórcą życzliwym bohaterom, proponuje humor bardzo subtelny i delikatny, tym razem dodając dość pretekstową intrygę kryminalną. Dla mnie jednak największym problemem jest pewien rozrzut i niezdecydowanie. Dlaczego intryga jest pretekstowa? Bo Testona szukają wszyscy: policjanci, zakochani, rzezimieszki, tylko nie Kawanias. On tak naprawdę (co poznajemy w uroczych retrospekcjach) szuka pewne kobiety, która była dla niego bardzo ważna, ale odeszła dla innego. (Skąd my to znamy?) i dlatego ta cała opowieść ma bardzo nierówne tempo. Poszukiwania policji nie są pozbawione dowcipu (poszukiwanie przedmiotu Testona, podglądanie każdego podejrzanego czy akcja w pociągu), ale retrospekcje i wątek życia Kawaniasa (prześliczna, chociaż bardzo oszczędna scenografia, przypominająca filmy nieme) spowalniają tempo. I reżyser chyba nie do końca wie, jak to wszystko ugryźć.

I znowu całość bierze mocno w nawias, gdyż cała historię widzimy w… przedwojennym kinie, gdzie ręcznie obsługiwano maszynę. Do końca tak naprawdę nie wiadomo, czy jest to iluzja, a może była taka historia. Chmielewski kolejny raz podpuszcza, myli tropy i powoli odkrywa całą układankę. Ale czy tylko mnie dziwi to, że Kawanias kompletnie nie znając zewnętrznego świata (20 lat w latarni), zachowuje się tak, jakby ta przerwa trwała kilka minut. Nie dziwi się ani innym ludziom, ani otoczeniu, samochodom, pociągom – tak jakby były zawsze. Troszkę psuje mi to wiarygodność całej opowieści.

I nawet bardzo dobrze zagrane role Czesława Roszkowskiego (Kawanias, który wydaje się niemal kalką Sherlocka Holmesa – zwróćcie uwagę na jego rozmowę z inspektorem) i Stefana Bartlika (sprytny i nieuchwytny Teston – trochę przypomina Fantomasa), nie były w stanie udźwignąć tej eksperymentalnej koncepcji. Był w tym potencjał, ale brak silnej ręki reżysera oraz skrótowy scenariusz doprowadził do rozczarowania. Szkoda, bo to ładny film.

6,5/10

Jest gdzieś małe miasteczko, gdzie dzieją się rzeczy niesamowite. Panuje ład i porządek, wszyscy są sobie życzliwi, a nawet przestępcy wydają się osobami kulturalnymi. I to właśnie tutaj trafia Ewa – młoda dziewczyna znikąd. Przyjechała do szkoły (a dokładniej do technikum) ale dojechała nocą przez co może nigdzie przenocować. Jest sama w obcym miejscu, kompletnie zagubiona. Przypadkowo poznani ludzie sprawią, że spędzi najbardziej zakręconą noc, jak to tylko możliwe.

W 1957 roku polska komedia kopiowała wzorce ze swojego starszego brata w socjalizmie, jeszcze. Ale wtedy pojawił się pewien młody, bezczelny (wiadomo, jak pisał Gombrowicz: „W młodości jest coś bezczelnego”) filmowiec, który próbował pójść w zupełnie innym kierunku. Tadeusz Chmielewski już od samego początku chce zrobić film bardziej liryczny, delikatny i jednocześnie ciepły wobec bohaterów. Gdy dostajemy na dzień dobry, ręcznie narysowany widok na miasto i balladę, ilustrującą nocne życie na mieście (miłość tak gorąca, że aż słupy się wykrzywiają, policjanci grając na flecie łapią przestępców), serwując odrobinę absurdalny tekst. I już to Intryguje, bo nie brakuje galerii ciekawych postaci oraz nieszablonowych pomysłów: szkoła dla chuliganów, hotel robotniczy, gdzie panowie (w tajemnicy) sypiają ze swoimi kobietami, policjanci przygotowując się do inspekcji „pożyczają” przestępcę do aresztu, pijani woźnica pogrzebowy. Wszystko toczy się w takich oparach absurdu, a jednocześnie jest to bardzo sympatyczne i pełne wdzięku.

Reżyser (wspólnie z piszącym dialogi Jeremim Przyborą) ma świetne ucho do tekstów, dodając sznytu każdej z postaci. Trudno nie zapomnieć takich epizodów jak komendanta („że tak powiem”), ambitnego cwaniaka Lulka („kup pan cegłę”) czy nawijającego żargonem właściciela knajpy. Chociaż gagi oparte są na klasycznych nieporozumieniach i pomyłkach (Ewa stojącą obok mostu uznana za samobójczynię, kasiarz przebrany za policjanta czy położenie granatu w knajpie), to jednak nie da się nie powstrzymać od śmiechu. Ale na sam finał dostajemy bardzo przewrotną woltę, biorącą całość w wielki nawias.

Do tego jeszcze cudowne (z braku lepszego słowa) aktorstwo, gdzie każda postać zapada mocno w pamięć. Nie można odwrócić oczu od debiutującej Barbary Kwiatkowskiej, której naiwność i łatwowierność staje się iskrą komediowych wydarzeń. Podobnie czarujący jest Stanisław Mikulski jako policjant Piotr, który początkowo traktuje Ewę z wrogością i niechęcią, jednak relacja ta ulega ciągłe dynamice. I jeszcze jest masa drobnych epizodów, gdzie można zobaczyć takich mistrzów jak Ludwik Benoit (kasiarz), Stanisław Milski (portier), Maria Kaniewska (kierowniczka hotelu robotniczego) czy Zygmunt Zintel (surowy, wyglądający jak pruski oficer major Piętka). Tego jest dużo więcej, a nie zamierzam zdradzić wszystkich.

Wielu może się nie spodobać ta bajkowa aura, jaką posiada debiut Tadeusza Chmielewskiego, ale trudno odmówić temu dziełu uroku oraz ciepła. Życzliwe kino, które z dziwnych i niezrozumiałych powodów zestarzeć się nie chce, godnie nosząc miano klasyka.

8,5/10 + znak jakości

piątek, 19 maja 2017

Soundgarden

Wczoraj w wieku 52 zmarł Chris Cornell - jeden z najbardziej wyrazistych głosów w historii muzyki rockowej oraz ikona muzyki grunge. A skoro tak, by nie zapomnieć o tym twórcy, sięgnąłem po jeden z albumów macierzystej grupa faceta z Seattle, czyli Soundgarden. W zeszłym roku album "Batmotorfinger" obchodził 25-lecie premiery, więc z tej okazji wydano specjalną edycję płyty, ze zremasterowanym dźwiękiem. Była to pierwsza płyta nagrana z basistą Benem Shephardem.

Zaczyna się od szybkiego uderzenia w postaci powtarzających swoje riffy gitar w "Rusty Cage", do których dołącza perkusja i bas (mocno wybijający się w środku). Ale w okolicy trzech minut, następuje gwałtowne spowolnienie, gdzie wybija się wyłącznie waląca perkusja, z krótkimi riffami. Mroczniej (i bardziej grunge'owo) czuć w "Outshined", chociaż na początku myślałem, że to Alice in Chains. Ale po minucie wszystko zaczyna nabierać lekkiego przyspieszenia (chórek w tle, żwawsza gra gitary), by w zwrotce wrócić do stanu początkowego i na koniec podkręcić aurę. Równie wolny, choć riffy niepokojące, jest w "Slaves & Bulldozers", których nie powstydziłby się Black Sabbath (i nie chodzi tylko o sołowki gitar, ale cały klimat). Przy "Jesus Christ Pose" dochodzi do niemal dzikiego przesteru gitar, co wywołuje dezorientację, a riffy wydają się lekko "orientalne". Brzmi to wręcz zwierzęco, a mimo lat ma w sobie potężną moc (końcówka to już jazda bez trzymanki, gdzie perkusja może się wyszaleć), podobnie jak bardziej punkowe "Face Pollution" (wpleciono trąbkę) czy zaczynające się przerobionym głosem, mocnym "Somewhere", gdzie zgrabnie wpleciono akustyczną gitarę. Wolniej zaczyna się "Searching With My Good Eye Closed", gdzie na początek dostajemy... narratora (Damon Stewart) i odgłosy zwierząt (a także zapętlony riff), by uderzyć sekcją rytmiczną i dwie minuty przed końcem strzelić kompletnie w innym kierunku (głos Cornella niczym echo nakłada na siebie).

Ale nic nie było w stanie przygotować mnie na "Room a Thousand Years Wide", zaczynającego się od wrzasku oraz przesterów, doprowadzających do ciężkich ciosów gitarą, która tnie niczym osa (i tak samo bzyczy), a na sam koniec jeszcze atakuje psychodeliczny saksofon Scotta Granlunda z krótkimi wejściami trąbki. By ochłonąć, dochodzi do spokojniejszego wyciszenia w "Mind Riot", gdzie delikatnie gra gitara oraz minimalistyczna perkusja, lecz to tylko zasłona dymna, gdyż zaczyna się robić mroczniej. "Drawing Files" to powrót do siarczystego, brudnego i ostrego grania z kolejną dawką trąbki z saksofonem. Tak samo ciężki (ale bez saksofonu) jest "Holy Water", a riffy znowu kłują i żądlą oraz wściekły "New Damage".

Dźwięk robi niesamowite wrażenie, tak samo jak bardzo silny głos Cornella, który na wysokich rejestrach (i wrzaskach) daje z siebie więcej niż wszystko. A jednocześnie każde słowo jest zrozumiałe i czytelne. Nie znaczy to jednak, że nie dostajemy nic więcej. Dochodzą jeszcze trzy płyty (w wersji super deluxe jeszcze DVD), które zawiera wersje studyjne piosenek, czyli przed miksowaniem (plus wydane później "Cold Bitch", "She's a Politician", "Birth Ritual" oraz "Black Rain") oraz zapis koncertu w Paramount Theatre w Seattle z 1992 roku. I te bonusy czynią całość jeszcze bardziej atrakcyjną, a fani takiego grania muszą mieć tą edycję. Mimo 25 lat na karku, to nadal smakowity album, bez którego rock nie byłby taki sam.

9/10 + znak jakości

Tagi: Rock
13:22, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 maja 2017

alter_bridge_the_last_hero

Rockowa grupa kierowana przez Mylesa Kennedy'ego (współpracującego ze Slashem) postanowiła o sobie przypomnieć. A jak wiadomo, dobrego rocka nigdy dość i jest potrzebna energia na tą ciepłą porę roku. Dodatkowo wsparty przez stałego producenta, Michaela "Elvisa" Baskette'a, dodają mocne dzieło w postaci "The Last Hero".

I na dzień dobry dostajemy sygnał, że nie będzie drogi na łatwiznę, bo ostry jest "Show Me a Leader", chociaż początek zapowiadał się zupełnie inaczej z "orientalnie" grającą gitarą, do której coraz szybciej i szybciej dobija perkusja z basem. Wtedy całość staje się siarczysta, krwista oraz mega brutalna, jak to w hard rocku bywa. To jednak miała być dopiero rozgrzewka, bo "The Writing on the Wall" daje jeszcze większego kopa w postaci kanonady perkusyjno-dzwonowej i orientalnego wrzasku na początku, by tylko w refrenie pozwolić na chwilkę oddechu. Tak jak pełen wokaliz wstęp do mrocznego "The Other Side" z coraz bardziej tnącymi riffami. I nawet jeśli czuć inspirację innymi, to kapela przetwarza to po swojemu. Tak jest z "My Champion" z riffami jakby wziętymi od AC/DC, tylko bardziej podkręconymi czy w "Poison in Your Veins", którego nie powstydziłby się... Nickelback, gdyby tak grał od samego początku (i te perkusyjne ciosy na początku - nokaut gwarantowany). I nie zmieniają tego nawet krótkie momenty postoju (niemal akustyczny początek epickiego "Cradle to the Grave" czy w niemal akustycznym "This Side of Fate"), które nie pozwalają w pełni złapać oddechu.

Alter Bridge nie pozwala na wyciszenie, tylko coraz bardziej doprowadza do stanu emocjonalnego wrzenia, co jest także zasługą silnego wokalu Kennedy'ego. Trudno znaleźć jakiekolwiek słabe kompozycje (nawet umieszczony jako bonus "Last of Our Kind" daje mocnego kopniaka), a poziom wykonania robi ogromne wrażenie. O taki rock walczyliśmy i walczyć będziemy.

8/10

Tagi: Rock
16:17, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »

Steven_Tyler_We%27re_All_Somebody_from_Somewhere

Czy jest jakiś fan muzyki rockowej, który nie znałby Stevena Tylera? Frontman bardzo popularnej formacji Aerosmith, posiadający ogromną charyzmę oraz bardzo mocno podniszczoną przez życie twarz, dopiero w zeszłym roku zdecydował się na solowy debiut. Jednak fani rockowego grania, przeżyli ogromny zawód, gdyż był to album w stylu country. Czy to oznaczało porażkę?

Za realizację odpowiadał sztab producentów kierowany przez T-Bone'a Burnetta, więc wydawać się mogło, ze będzie dobrze. I początek jest bardzo obiecujący w postaci wyciszonego, ale bogatego aranżacyjnie "My Own Worst Enemy". Tam, poza ładną gitarą akustyczną, mamy starobrzmiący fortepian, akordeon oraz minimalistyczną perkusję. Ale pod koniec (półtorej minuty) dochodzi do eksplozji dźwięków oraz mocnego uderzenia. Dopiero wtedy pojawia się utwór tytułowy, gdzie swoje zaczyna robić ostrzejsza perkusja z gitarą elektryczną. A nawet swoje pięć minut ma trąbka. Nawet jeśli pojawiają się pewne udziwnienia (przesterowany wokal w brudnym "Hold On") czy bardziej festynowy charakter (drażniące uszy "It Ain't Easy" z obowiązkowymi smyczkami i steel guitar), to zawsze można wyłowić coś interesującego. Nawet w takim "patatającym" "Love Is Your Name", gdzie ładnie śpiewa żeński głos, ale całość brzmi tandetnie czy w klaskanym "I Make My Own Sunshine" z mandoliną. Ale wtedy całość staje się znośna tylko dla fanów country i pstrokacizny muzycznej.

Nawet jeśli pojawia się fragment ostrzejszego łojenia jak w "Only Heaven" czy singlowego "Red, White & You", to wszystko jest tak polane nudnymi i ogranymi dźwiękami country, że wywołuje ono bardzo silne znużenie. Także troszkę zużyty i miejcami bardzo wycofany wokal Tylera, sprawia wrażenie zmęczonego. I nie pomaga ani mroczniejszy cover "Janie's Got a Gun" czy rozbudowany "Piece of My Heart". Absolutnie średnie dzieło, pozbawione jakiejkolwiek pasji.

5/10

Tagi: country
14:22, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »

ru-1-r-640,0-n-2358717kZKy

Arkadiusz Jakubik i reszta ferajny znana pod szyldem Dr Misio powraca z trzecim wydawnictwem. Konsekwentnie trzymając się rockowej stylistyki, ale tym razem wspierani przez producenta Kubę Galińskiego. Czy to znaczy, że złagodnieli i nie będzie punkowo-alternatywnego sznytu?

Już tytułowy utwór wprawia w zakłopotanie: minimalistyczna, etniczna perkusja, w tle organy (prawie jak w kościele), do tego jeszcze sitar. I dopiero w połowie wchodzi gitara, która daje lekkiego ognia, by na koniec znowu zgasnąć, a kobiecy wokal w refrenie dodaje niesamowitości. Równie intrygujące jest szybki, perkusyjny "Mordor" z krzykliwie kiczowatą elektroniką oraz wplecionymi rozmowami, jakby żywcem wziętymi z biura jakiejś korporacji, przez co nabiera charakteru kpiny z korpo-świata. Wyciszenie przychodzi w singlowym "Piśmie", ocierającym się o niemal akustyczne brzmienie, z chwytliwym riffem oraz "sakralnymi" organami oraz bardziej nowofalowym (czyli pełnym minimalistycznej elektroniki) "Bądź moim Googlem". Mroczniej się robi w minimalistycznym "Ochroniarzu" oraz tandetnym (celowo) "Nonsensie", gdzie całość wydaje się strasznie kiczowata.

Zespół gra znacznie przystępniejszą muzykę, przez co na pewno zyska większych zwolenników, nawet jeśli wydaje się to na początku dziwaczną sklejką. Sam Jakubik daje radę, bardziej recytując niż śpiewając, ale pasuje do całości. Nie zawodzą za to teksty, tworzone przez Krzysztofa Vargę i Marcina Świetlickiego. Panowie nie szczędzą ostrych słów wobec Kościoła, korporacji, wirtualnego życia oraz pewnego rozczarowania ("Klubokawiarnia Smutek"). I to uderza z prawdziwą siłą.

"Zmartwychwstaniemy" to najbardziej przystępny i mocno postrzelony stylistycznie album Dr Misio. Jakubik i spółka bardziej bawią się w alternatywny pop, naszpikowany elektroniką, co może wielu wprawić w konsternację, ale jest to na tyle dobrze zrobione (do tego te teksty i charyzma Jakubika), iż można to wybaczyć. Dobra i bezpretensjonalna płyta.

7/10

Tagi: Rock
12:04, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 maja 2017

Cranberriessomethingelse

Ktoś jeszcze pamięta irlandzki zespół The Cranberries? W latach 90. była jedną z popularniejszych grup pop-rockowych, co było zasługą zarówno zgrabnych melodii, jak i hipnotyzującego wokalu Dolores O'Riordan. Po rozpadzie wydawało się, że nic już nie będzie. Ale w 2011 doszło do powrotu i całkiem fajnej płyty "Roses". Teraz jest nowe wydawnictwo, ale nowości tu jak na lekarstwo, gdyż jest to płyta akustyczna. Samo w sobie nie jest to złym pomysłem, zwłaszcza że przy nagraniach pomagała Irish Chamber Orchestra przy Uniwersytecie Limerick. Nie mogłem jednak pozbyć się wrażenia pójścia na łatwiznę i oczywistego skoku na kasę. Tak myślałem przed odsłuchem i nie liczyłem, że coś się zmieni w tej materii. I co się stało?

Początek jest cudny, bo i taki jest "Linger" z wplecionymi smyczkami w tle. Łatwo poczuć się jak w Irlandii, a chyba o to chodziło.  Wszystkie te kompozycje zachowują melodyjny szkielet, ale za to kompletnie mają inne tempo. To widać w przypadku zgrabnego "Dreams", gdzie szybko przygrywa kwartet smyczkowy. Ale jest parę drobnych smaczków w postaci uderzeń perkusji w szybkim "When You're Gone" czy znacznie niepokojące smyki w pozornie wyciszonym "Zombie". Pojawia się troszkę mniej znany "Ridiculous Thoughts", które nadrabia dynamiką oraz "Free to Decide". A mój ulubiony utwór zespołu, czyli "Ode to My Family" zachował nostalgiczny charakter (te smyczki łapią za serce). Aranżacje są naprawdę ładne, konsekwentnie budujące klimat Zielonej Wyspy, ale troszeczkę zachowawczo. Myślę, że można było bardziej zaszaleć i pomajstrować.

Żeby nie było, ze jest to, co już znamy, ferajna dodała trzy nowe kawałki. Najładniejszy z tego zestawu jest smyczkowo-akustyczny "The Glory". Mroczniej się robi w "Rupture", gdzie odbijająca się niczym echo perkusja, tworzy aurę niepokoju, której nie jest w stanie zmienić obecność fortepianu i skrzypiec. A na koniec najlepszy "Why?", gdzie kapela gra z całej mocy (i nawet mandolina nie zmienia tego charakteru).

O'Riordan nadal ma czarujący, przyjemny głos, który trzyma wszystko za pysk i nie puszcza aż do samego końca. Tu na szczęście, nic się nie zmieniło, a cała reszta dopełnia całości. I czuć w tym, że muzykom chciało się grać. 

"Something Else" to tylko (lub aż) zestaw ładnych piosenek w formie niemal unplugged. Liczyłem chyba bardziej na nowy materiał (w końcu mieli ponad 5 lat na przygotowanie), jednak te trzy nowe piosenki tylko zaostrzyły mi apetyt na nowe (mam nadzieję) wydawnictwo. I oby tym razem było to naprawdę coś innego.

7/10

Tagi: Rock
14:18, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »

gorillaz-humanz

Animowana grupa wokalna kierowana przez Damona Albarna (blur) powraca po siedmiu latach przerwy. Gorillaz tak jak poprzednio, pozapraszało armię gości, których nie da się policzyć na palcach obydwu rąk (wspomnę później o tym), ale czy nadal mamy do czynienia z przebojową mieszanką elektroniki z czarnymi brzmieniami (soul, rap, funk)? I czy tak długa przerwa nie spowodowała braku świeżości?

Całość przerywana jest krótkimi wstawkami, gdzie słyszymy aktora Bena Mendelssona, wypowiadającego kwestie, będące spoiwem dla całej opowieści, wplatając dziwaczne dźwięki w tle. I od razu dostajemy strzał w postaci wyjącej syreny na początku "Ascension", by przejść w płynny, dyskotekowy numer (skoczne bity, wplecione chórki), który kończy się za szybko. W podobnym rytmie wybija się strzelający "Strobelite", gdzie wybija się perkusja oraz mocno pachnąca latami 80. elektronika. Nie brakuje odrobiny mroku (dziwaczne, popowo-hinduskie "Saturnz Barz", gdzie szaleje Popcaan czy pełen wysamplowanych gitar "Charger" z niesamowitą Grace Jones - tutaj Albarn ma więcej przestrzeni), ciepłego synth popu (świdrujące "Submission" z łagodnym wokalem Keleli i ostro rapującego Danny'ego Browna czy wyciszonego "Busted and Blue") czy niebezpiecznego skrętu w kicz ("Momentz", gdzie muzykę zrobił... Jean-Michele Jarre, a nawija kapitalnie De La Soul czy plastikowa "Andromeda"). Dzieje się tu wiele, ale ten chaos pozbawiony jest jakiegokolwiek spoiwa. A im dalej w las, tym coraz bardziej staje się powtarzalnie i nudno (niby pulsujący "Carnival", ale już to uderzenie perkusji z elektroniką było).

Albarn ściągnął, jak wspomniałem wielu gości (poza w/w m.in. Benjamina Clementine'a, Anthony'ego Hamiltona, Rag'nBone Mana, Pusha T czy Kali Uchis), jednak tylko nieliczni wybijają się z tego zestawu. Panowie i panie są tutaj tylko dodatkiem dla muzycznych popisów Albarna, który odzywa się bardzo rzadko i co pozwala zastanawiać się, czy to aby na pewno Gorillaz. Brzmieniowo jednak to nadal oni, ale to wszystko sprawia wrażenie dźwiękowego pustostanu. Całość sprawia wrażenie patchworka, gdzie nawalono masę pomysłów, jednak nie skleja się to w żadną całość, a same kompozycje powoli zaczyna się wtapiać w jedną papkę, z której trudno coś wyłuskać.

Nawet jeśli pojawiają się bardziej wybijające od reszty numery, to są one mocno gaszone czy przed natłok dźwięków ("We Got The Power"), nadmiar gości ("The Apprentice") czy zbyt krótki czas trwania ("Let Me Out"). Przez co "Humanz" nie sprawdza się ani jako album imprezowy, ani komentarz (bo taki był plan) do działań obecnego prezydenta USA. Ogromna szkoda.

5/10

 

poniedziałek, 15 maja 2017

Okno_na_Planty

Kraków był miastem, które od zawsze fascynowało muzyków i poetów. Nie inaczej jest w przypadku cenionego barda, Andrzeja Sikorowskiego, frontmana legendarnej Grupy Pod Budą. Tym razem jednak gitarzysta nagrywa ze swoją córką Mają i dalej opowiada o swoim mieście w wiele mówiącym tytule "Okno na Planty".

Album zawiera 14 pieśni, zrobionych w pop-rockowej stylistyce. Czasem gitara pójdzie w lekkie country ("Kryzys na niebie", "Piosenka o mojej gitarze"), delikatnego bluesa (utwór tytułowy z ładną gitarą w tle), a nawet pojawiają się skręty w dość nieoczywiste rewiry muzyki. Nie brakuje delikatnego jazzu (niemal akustyczny "Skandal"), łagodnego "karaibskiego" ciepła ("Taaka ryba"), a nawet irlandzkiego folku ("Świr z mojej ulicy" z prześlicznymi fletami) czy cięższych riffów ("Kurs na jutro" czy "Jeśli mnie kiedyś zdradzisz"). Ale największym zaskoczeniem jest mroczny "List z wojenki", pelen etnicznych wstawek (orientalny zaśpiew, dzwoneczki, poruszające smyczki i niepokojąca perkusja) oraz z pacyfistycznym przesłaniem. Ale całość i tak brzmi dość lekko, bezpretensjonalnie oraz przyjemnie.

Sam Sikorowski nie tylko dobrze gra na gitarze, śpiewa dobrze, tak jak Maja (urocza), ale i pisze bardzo refleksyjne teksty, niepozbawione wszak odrobiny humoru. A opowiada i o Krakowie, ale też o małżeństwie, kołysze swoją wnuczkę, wyobraża sobie strajk na niebie, wspomina swoją młodość i piętnuje głupotę. Robi to z wdziękiem oraz klasą, jakiej dzisiaj jest niewiele. No i ładnie to wygląda.

7,5/10

Tagi: Pop
01:03, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »

Kazimierz Dziewanowicz pracuje w hipotece i ma dość nietypowe hobby: zbiera informacje o ludziach urodzonych 29 lutego. Taka błahostka i pewnego dnia trafia do niego badylarz Henryk Nowak po dokument. Ale przeglądając swoją skrzynkę odkrywa, że jest już Henryk Nowak z tymi samymi danymi, tylko inżynier. Postanawia odwiedzić inżyniera, by sprawę wyjaśnić. Wieczorem, wracając do domu, pan Kazimierz zostaje zamordowany, a podejrzanym staje się jego syn, sierżant Jan Dziewanowicz. Podoficer żandarmerii próbuje na własną rękę wyjaśnić sprawę, niezależnie od działań milicji i wywiadu.

Trudno w to uwierzyć, ale to był drugi (po „Dotknięciu nocy”) polski kryminał, więc nasi filmowcy ciągle próbowali się uczyć tego gatunku, nie mając praktycznie żadnego doświadczenia, ani wzorców. Ale trzeba było spróbować, wiec Tadeusz Chmielewski, inspirując się prawdziwą historią, stworzył film z ciekawym pomysłem. przynajmniej w tym okresie, gdyż z dzisiejszej perspektywy wydaje się on mocno archaiczny. I nie chodzi tu tylko o wątek szpiegowski (nazistowska przeszłość i działanie wzięte z Klossa, czyli podmiana tożsamości), ale o kompletny brak zaangażowania. Cała intryga poprowadzona jest po sznurku, a milicja jest niemal wszechwiedząca i bardzo szybko wyciąga właściwe wnioski. Śmierdzi to socjalistyczną ideologią (zło mogło w takim kraju przyjść tylko z zagranicy, milicja czuwa i wie, zdobywając informację za pomocą nowoczesnego sprzętu). Może się podobać klimat epoki oraz ładna, jazzowa muzyka, a także sprawna realizacja.

Problem w tym, że brakuje w tym wszystkim emocji, zaangażowania i elementu zaskoczenia. Chyba, że nie oglądało się żadnych kryminałów na przestrzeni 60 lat. Problem w tym, że tacy ludzie zwyczajnie nie istnieją. Nawet sceny zbrodni (zrobione w sposób elegancki, bez pokazywania samego aktu) nie wywołują żadnego zaangażowania i pewne podejrzenia sprawdzają się bardzo szybko. A kapitan Olecki (Bogdan Ejsmont) zwyczajnie drażnił swoją obecnością, nie wnosząc niczego nowego do całości.

Sytuację próbują ratować aktorzy, jednak ich gra jest zaledwie poprawna. Podobać się może sympatyczny (i zawsze dobrze wyglądający w mundurze) Stanisław Mikulski jako Jan Dziewanowicz, uroczo wyglądająca Joanna Jędryka (Elżbieta, dziewczyna Jana) czy grający sprawców całego zamieszania Wacława Kowalskiego i Janusza Bylczyńskiego. Tylko, że to niewiele zmienia, bo historia nie staje się atrakcyjniejsza, ani ciekawsza.

W dniu premiery „Dwaj panowie N” spotkali się z bardzo ciepłym i życzliwym przyjęciem. Dzisiaj kryminał Chmielewskiego nie wytrzymał kompletnie próby czasu, a dalsze produkcje z tego okresu jak „Zbrodniarz i panna” czy „Zbrodniarz, który ukradł zbrodnię” są zdecydowanie ciekawszymi i lepiej znoszącymi próbę czasu. Obejrzeć można tylko z ciekawości.

5/10

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 163
Tagi
ministat liczniki.org
zBLOGowani.pl