sobota, 27 sierpnia 2016

david-fincher

Dzisiejszy solenizant to jeden z moich ulubionych twórców kina. Reżyser i producent filmowy. Urodzony w Denver jest synem pielęgniarki pracującej w szpitalu psychiatrycznym oraz dziennikarza. Gdy David miał dwa lata, rodzina przeprowadziła się do San Anselmo, gdzie ich sąsiadem był sam George Lucas. Ukończył liceum w Anselmo, a po nim imał się różnych zajęć. Był oświetleniowcem, scenografem, reżyserem teatralnym, kinooperatorem niezrzeszonym w związku zawodowym, asystentem producenta lokalnej stacji telewizyjnej, kucharzem, sprzątaczem.

Przełom nastąpił w 1982 roku, gdy trafił do Korty Films jako asystent producenta. Awansował i zajmował się tworzeniem efektów specjalnych w ILM (Industrial Light & Magic) przy "Powrocie Jedi" oraz drugiej części "Indiany Jonesa". W 1984 roku opuszcza ILM i zakłada Propaganda Films - wytwórnię zajmującą się realizacją reklamówek oraz teledysków - tutaj zaczynają swoją przygodę z filmem tacy twórcy jak Michael Bay, Mark Romanek, Antoine Fuqua, Alex Proyas, Michel Gondry i Spike Jonze. Swój pierwszy film zrealizował w 1992 roku i od razu wyrobił swój własny styl - mroczny, z bardzo skąpą ilością oświetlenia, przyglądając się ciemnej stronie człowieka, balansującego na granicy obłędu. Zawsze świetny warsztatowo, dbający o detale, wciągającą intrygą oraz klimatem niepokoju, osaczenia, wręcz psychozy.

Jego najbliższymi współpracownikami są: dźwiękowcy Ren Klyce, David Parker, Michael Semanick i Doc Kane, producentka Cean Chaffin, montażyści Angus Wall i Kirk Baxter, scenograf Donald Graham Burt, operator Jeff Cronenwerth oraz kompozytorzy Howard Shore, Trent Reznor i Atticus Ross.

Jeśli zaś chodzi o nagrody, to reżyser ma na swoim koncie dwie nominacje do Oscara, Złoty Glob (i dwie nominacje), nagrodę BAFTA (i nominację), nagrodę Emmy (za reżyserię serialu "House of Cards"), nominację do Złotej Palmy, trzy nominacje do nagrody Saturn oraz Złotego Satelitę (i nominację).

A teraz bez zbędnych słów, zapraszam na ranking filmów Davida Finchera. Zaczynamy. 

Miejsce 10. - Azyl (2002) - 6/10

Historia w "Azylu" jest prosta jak konstrukcja cepa: samotna matka z nastoletnią córką wprowadzają się do nowego domu, który zawiera tytułowy azyl - oddzielne pomieszczenie-forteca. Problem jednak polega na tym, że to właśnie azyl jest celem napadu trójki złodziejaszków. Nie zrozumcie mnie źle: "Azyl" to nie jest zły film, to porządny thriller z bardzo dynamiczną pracą kamery oraz trzymającą fason Jodie Foster. Problem jednak w tym, że ta historia jest za prosta, mimo napięcia trzymanego do końca. Czułem po seansie niedosyt.

Miejsce 9. - Ciekawy przypadek Benjamina Buttona (2008) - 7/10

Chyba jestem w mniejszości, gdyż ten film - uważany za największy paździerz w dorobku Finchera, podobał mi się. Pewnie dlatego, że spodziewałem się jeszcze bardziej przesłodzonego, nudnego i kiczowatego dramatu. Aczkolwiek nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że "Benjamin Button" miał potencjał na bardziej porywającą przygodę. Historia człowieka, który rodzi się starcem i umiera jako niemowlę, zachwyca stroną plastyczną (świetna robota Claudio Mirandy), rozmachem, muzyką oraz prześliczną Cate Blanchett, która kradnie każdą scenę i uwiarygadnia ten romans. Szkoda, że Brad Pitt był zaledwie poprawny, ale nie dano mu ciekawego materiału.

Miejsce 8. - Obcy 3 (1992) - 7,5/10

Reżyserski debiut Finchera, który został - przynajmniej tak twierdzi reżyser - zarżnięty wskutek konfliktu między nim a producentami. Muszę jednak przyznać, że nie ma powodów do wstydu (aczkolwiek najbardziej mi się podobała część pierwsza). Tym razem Ellen Ripley (niezastąpiona Sigourney Weaver) mierzy się z paskudnikiem w opuszczonej kolonii karnej, zamieszkałej przez skazańców - członków sekty. Jest klimat i wiele niezapomnianych scen (finałowe starcie z Obcym, pełne dynamicznych gonitw), kapitalna muzyka Elliota Goldenthala, ale miałem dziwne poczucie deja vu.

Miejsce 7. - Zaginiona dziewczyna (2014) - 7,5/10

Najnowsze dokonanie reżysera jest tak naprawdę studium toksycznego związku niż rasowym thrillerem. Nick i Amy są małżeństwem od pięciu lat. W dniu świętowania rocznicy kobieta znika bez śladu, a policja znajduje dowody coraz bardziej obciążające męża. Domyśliłem się, że to "zaginięcie" to pic na wodę, ale nawet ja nie spodziewałem się takiego obrotu spraw. Rozczarowało mnie zakończenie i warstwa muzyczna (po prostu jest i nie przeszkadza), ale Fincher serwuje kilka wolt, a stopniowe odkrywanie tajemnic zmusza do weryfikacji tego, co wiemy o bohaterach. A Rosamund Pike naprawdę budzi strach. Recenzja tutaj.

Miejsce 6. - Dziewczyna z tatuażem (2010) - 8/10

Remake szwedzkiego thrillera z 2008 roku (nie widziałem) opartego na bestsellerowej powieści Stiega Larssona (nie czytałem). Bezkompromisowy dziennikarz Mikael Bloomkvist zostaje poproszony o pomoc  w sprawie wyjaśnienia rodzinnej tajemnicy - zaginięcia Harriet Vagner z sprzed 40 lat. Czuć tutaj chłodny, skandynawski klimat (stonowana kolorystyka, sterylna scenografia), a trupy z szafy są autentycznie nieprzyjemne. Intryga skupia uwagę, a film bezczelnie kradnie Rooney Mara jako Lisbeth Salander - pozornie odstraszająca swoim wyglądem hakerka, w rzeczywistości niemal anioł zemsty. Nie chcecie z nią zadzierać - uwierzcie mi. Troszkę łatwo domyślić się zakończenia, ale to jedyna skaza. Ciekawe, kiedy powstaną następne części. Recenzja tutaj.

Miejsce 5. - Zodiak (2007) - 8/10

Prawdziwa historia dochodzenia w sprawie seryjnego mordercy z lat 70. zwanego Zodiakiem (do dziś nie wiadomo kim naprawdę jest). Reżyser skupia się na żmudnym dochodzeniu, które dla bohaterów (detektywa Dave'a Toshiego, dziennikarza Paula Avery'ego i rysownika Roberta Graysmitha) staje się obsesją i doprowadzi do ich upadku. Łatwo się w tym pogubić, gdyż tropy mylą, świadkowie nie są pewni, a dowody wykluczają się nawzajem. Tajemnica fascynuje, ale pozostaje niewyjaśniona. Do tego świetnie odtworzone realia lat 70., atmosfera psychozy strachu oraz kapitalne role Gyllenhaala, Downeya Jra i Marka Ruffalo.

Miejsce 4. - Podziemny krąg (1999) - 8,5/10

Film kultowy (w wielu kręgach). Pracownik korporacji, zmęczony swoim monotonnym życiem spotyka Tylera Durdena - prymitywa, prostaka i twardziela, z którym zakłada tytułowy klub walki, by po pracy odreagować ją za pomocą bijatyk. Mroczne, niemal przerażające kino na podstawie prozy Chucka Palahniuka, które można interpretować na wiele sposobów: od pokazania kryzysu męskości po studium choroby psychicznej i terroryzmu. Trzyma w napięciu do samego (przewrotnego finału), z pulsującą muzyką oraz rewelacyjnymi rolami Brada Pitta, Edwarda Nortona i Heleny Bohnam Carter.

Miejsce 3. - Siedem (1995) - 8,5/10

Film otoczony prawdziwym kultem i jeden z najlepszych thrillerów lat 90. ("Milczenia owiec" nic nie przebije). Prawdziwie mroczny (utrzymane w estetyce noir zdjęcia Dariusa Khondji), pokazujący zgniły świat, skazany na przegraną, z duszną, fatalistyczną atmosferą, obrzydliwymi okrucieństwami (widzimy skutki) oraz niezapomnianym duetem gliniarzy zagranych przez Morgana Freemana i Brada Pitta. Ponadczasowy klasyk, który nie pozwala o sobie zapomnieć. 

Miejsce 2. - Gra (1997) - 9/10

Klimatem "Gra" przypomina "Po godzinach" Martina Scorsese, z której wycięto wątki humorystyczne. Biznesmen w wieku średnim dostaje zaproszenie od brata do udziału w tajemniczej grze. I wtedy całe jego życie wywraca się do góry nogami. Niby to thriller, ale tak sugestywnej aury paranoi, psychozy oraz ciągłej zabawy w kotka i myszkę, nie widziałem od dawna. I nie byłem w stanie przewidzieć, co się wydarzy. A wszystko fantastycznie zagrane przez niezawodnego Michaela Douglasa.

Miejsce 1. - The Social Network (2010) - 9/10

Największa niespodzianka jaką reżyser był nam w stanie zaprezentować. Bo czy film o powstaniu Facebooka mógł być interesujący? Nie, przynajmniej tak myślałem przed seansem. A tu proszę - film trzyma w napięciu jak rasowy thriller, wygląda jak thriller (wiele scen toczy się nocą albo w przyciemnionych miejscach), dialogi pędzą z prędkością karabinu maszynowego, podkręcone to jeszcze przez montaż i pulsującą muzykę. Do tego jeszcze kompletnie młode i mało znane (poza Justinem Timberlakiem) twarze takich aktorów jak Jesse Eisenberg, Andrew Garfield i Armie Hammer. Totalne i kompletne kino.  Recenzja tutaj

 

Jakim reżyserem jest Fincher? Mistrzem kina gatunkowego, pełnego mroku, niepokoju oraz technicznej precyzji. Wobec takich filmowców trudno przejść obojętnie. Filmy kręci dość rzadko, ale każda premiera to wydarzenie.

Nad czym teraz pracuje? Już w przyszłym zobaczymy kolejną produkcję Netflixa "Mindhunter" opowiadającym o agencie FBI na tropie seryjnego mordercy. Krążą też plotki, że reżyser miałby zrobić drugą część "World War Z", ale to się jeszcze nie potwierdziło. Cokolwiek to będzie, to będę czekał i w ciemno biorę.

czwartek, 25 sierpnia 2016

But_Seriously_2016_Cover

Jest rok 1989, a Phil Collins nie próżnuje zarówno solowo, jak i z zespołem Genesis. Właśnie w tym okresie transformacji Phil nagrał czwarty album, wyprodukowany wspólnie z Hugh Padhamem. Wiadomo, zwycięskiego składu się nie zmienia. Ale nie do końca można powiedzieć, że ..."But Seriously" to powtórka z rozrywki.

To nadal przyjemne pop rockowe granie, zmieszane z elektroniką oraz jazzowo-soulowymi wstawkami. Mocne uderzenie dostajemy w "Hang is Long Enough", gdzie trąbki szaleją w refrenie, odzywa się także funkująca gitara (na końcu taka mechaniczna niczym silnik auta). Nie zabrakło też minimalistycznych ballad, gdzie pierwsze skrzypce gra perkusja oraz klawisze. Tak działa "That's Just Way It Is" (w tle brudzi gitara, a pod koniec wchodzą werble), gitarowe "Do You Remember?", nieśmiertelne "Another Day in Paradise" czy "I Wish It Would Rain Now" (na gitarze tnie sam Eric Clapton). Ale gdy trzeba mocniej uderzy, zwłaszcza trąbeczki zaatakują jak w "Something Happened on The Way to Heaven" - przebojowe i dynamiczne jak to tylko możliwe, a pok koniec gitara szaleje i to mocno. Największym zaskoczeniem jest 8-minutowe "Colours" - na początku spokojne i odrobinę patetyczne (uderzenia perkusji), by w połowie zapachnieć najpierw Afryką i kompletnie zmienić nastrój oraz tempo, serwując gitarę z dęciakami.

Warto też wyróżnić saksofonowe "All of My Life", instrumentalne "Saturday Night and Sunday Morning" oraz niepokojące (przynajmniej na początku) "Find a Way to My Heart", zmieniające się w bardzo pogodne nagranie, wracające na koniec do tego mroku.

I tak jak poprzednio, wujek Phil potwierdza swoją formę wokalną oraz tekstową. Jeszcze mocniej to słychać na drugiej płycie z dodatkowymi kawałkami (głównie w wersjach koncertowych oraz demach). Na szczęście nie są one odtworzone w skali 1:1 (wersje live), ale dostajemy jeszcze dwa kawałki ze strony B. I to są ciekawe numery: "That's How I Feel" jest szybki i dynamiczny, a pozornie spokojniejszy "You've Been In Love (That Little Bit Too Long)" ma ostrą w środku gitarę elektryczną.

Co mogę powiedzieć poza tym, że Collins w latach 80. naprawdę rządził z tym swoim pop-rockowym graniem? W zasadzie nic. Wujek Phil dobrze zrobił remasterując swoją dyskografię, bo wszystko brzmi tak jak powinno. Takich albumów już się nie robi.

8/10

Tagi: Pop
14:47, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »

taco-hemingway-wosk_1

Filip Szcześniak znany też bardziej jako Taco Hemingway to jedna z najciekawszych postaci polskiego rapu. W swoim dorobku ma trzy EP-ki, które jednak spotkały się z bardzo ciepłym przyjęciem. W tym roku zaskoczył wszystkich wydając czwartą EP-kę, czyli "WOSK". Materiał ten zapowiadał nie znajdujący się na tym albumie utwór "Deszcz na betonie", który można znaleźć na YouTube.

Wspierany przez niezawodnego producenta Rumaka, Taco uważnie się przygląda rzeczywistości, ale jest bardziej mroczny i niepokojący. Tak się dzieje w tytułowym utworze, gdzie jest pełno pulsującej elektroniki, a w tle jedzie samochód. Drugą niespodzianką jest francuski żeński głos w tłustym, niemal soulowym "BXL", gdzie poza perkusją wpada w ucho delikatna solówka skrzypiec. Nawet wyciszone, niemal oniryczne "Szczerze" z ejtisowskim tłem, łączą się z całą resztą (na początku szybki kurs języka angielskiego). Najbardziej mnie zaskoczył pozornie skoczny, chociaż minimalistyczny "Wiatr" z metalicznym basem. Chwytliwy numer z bardzo refleksyjnym tekstem. "515" zaczyna się krótkim, pianistycznym fragmentem, zapętlonym jak diabli oraz metaliczną perkusją. A na koniec dostajemy "Koła", gdzie gościnnie pojawia się Dawid Podsiadło - mówiący a nie śpiewający. 

Muzycznie jest to płyta bardziej minimalistyczna, pełniejsza elektroniki niż wszystko do tej pory, ale jednocześnie słychać czyje to dzieło. I chce się do tego wracać, by znajdować więcej. Sam Taco ma porządne flow, a kilka razy nawet przyspiesza ("Szczerze"), dodatkowo uważnie pisze zarówno o swoich lękach, wahaniach związanych z tym, kim chce być - jak być sobą i przetrwać nie tylko w szołbiznesie. Rozmyśla też nad związkiem (pokłosie "Deszczu na betonie" w "Wietrze"), rozwojem i jego kierunkiem, kobietami ("515"). A wszystko bez prostactwa i z głową, za co zyskał wielu fanów.

A ja słuchając "WOSK-u" zastanawiam się, czy uda się plan Taco, żeby "być drugą Nosowską niż drugim 2Paciem". I czekam w końcu na longplaya, którym pozamiata, potwierdzając, ze to zainteresowanie nim nie jest przypadkiem. Wszystko idzie w dobrym kierunku - z tych EP-ek, ta mi się najbardziej podoba.

8/10

Tagi: rap
12:31, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »

02-49981_0x420

Dzisiejszy solenizant to jeden z tych twórców o niesamowitym zmyśle wizualnym. Reżyser, producent, animator, pisarz, syn właścicielki sklepu dla kotów oraz byłego baseballisty. Już jako 10-latek Tim zaczął realizować pierwsze filmy na podwórku swojego domu, lubił oglądać produkcje Rogera Cormana i zaczął rysować. Uczęszczał do liceum w Burbank, ale nie był zbyt pilnym uczniem. Po jej ukończeniu w 1979 roku zapisał się do California Institute of the Arts na wydział animacji. Swoją animacją "Stalk of the Celesty Monster" skupił uwagę Disneya, które przyznało mu stypendium.

Zaczął pracę dla wytwórni jako scenograf i storyboardzista przy filmach "Pies i lis", "Taran i magiczny kocioł" oraz "Tron", choć wiele z jego pomysłów nie zostało ostatecznie wykorzystanych. W międzyczasie zrealizował krótkometrażówkę "Vincent", do której zatrudnił idola swojej młodości, aktora Vincenta Price'a. Film został pokazany na festiwalu w Chicago, spotykając się ze świetnym przyjęciem. Pozwoliło to Burtonowi zrealizować "Jasia i Małgosię" - pierwszy film z żywymi aktorami, będący japońską adaptacją baśni braci Grimm

Dwa lata później zrealizował krótkometrażówkę z żywymi aktorami "Frankenweenie". Po ukończeniu realizacji, Burton zostaje zwolniony z Disneya, gdyż film uznano za zbyt mroczny i zbyt straszny dla dzieci. Od tej pory reżyser działa na własną rękę, a od 1989 roku kieruje własnym studiem Tim Burton Productions. 

Amerykanin wyrobił sobie w tym czasie markę oraz swój charakterystyczny styl wizualny, pełen mroku, wysmakowany plastycznie, silnie inspirowany surrealizmem, ekspresjonizmem oraz groteską. Bohaterami czynił postacie ekscentryczne, samotników i outsiderów, posiadających ogromną wyobraźnię, dzięki której tworzą przerażające, ale jednocześnie fascynujące światy.

Filmowiec znany jest ze stałej grupy współpracowników, bez których trudno sobie wyobrazić jego dzieła. Tą grupę tworzą: kompozytor Danny Elfman, kostiumolog Colleen Atwood, scenografowie Bo Welch, Alex McDowell i Rick Heinrichs, operatorzy Stefan Czapsky, Philippe Rousselot, Dariusz Wolski i Bruno Delbonnel, charakteryzatorzy Ve Neill, Stan Winston i Rick Baker, montażysta Chris Lebenzon, scenarzyści Wareen Skaaren, Caroline Thompson, John August, Scott Alexander i Larry Karaszewski, producenci Denise Di Novi, Allison Abbate i Richard D. Zanuck oraz aktorzy: Johnny Depp, Helena Bohnam Carter, Christopher Lee, Michael Gough, Michael Keaton, Winona Ryder, Danny DeVito i Martin Landau.

Reżyser ma na swoim koncie dwie nominacje do Oscara, nominację do Złotego Globu, dwie nominację do nagrody BAFTA, nominację do Złotej Palmy, Złotego Lwa za całokształt twórczości na MFF w Wenecji i pięć nominacji do Saturnów.

Pora na ranking obejrzanej filmografii Tima Burtona od najgorszego do najlepszego. 3, 2, 1, start!

Miejsce 19. - Planeta małp (2001) - 5/10

Kolejna adaptacja głośnej powieści SF Pierre'a Boulle'a. Innymi słowy, amerykański astronauta trafia w pętle czasową, przez co znajduje się na Ziemi rządzonej przez małpy, a ludzie są niewolnikami. Film jest oczywistym i nudnym blockbusterem, pozbawionym charakterystycznego stylu Burtona. Takie łubu-dubu bez ładu i składu z drewnianym Markiem Wahlbergiem na czele. Recenzja tutaj.

Miejsce 18. - Jeździec bez głowy (1999) - 5/10

Detektyw z dużej metropolii trafia do małego miasteczka, terroryzowanego przez jeźdźca bez głowy. Wydawałoby się, że to odpowiedni materiał dla Burtona i rzeczywiście wizualnie to cudeńko (wiadomo - Lubezki). Jednak sama historia zwyczajnie nie wciąga, a jako horror "Jeździec" się nie sprawdza wcale. I nie pomaga solidna obsada oraz obsadzenie Christophera Walkena w tytułowej roli. Recenzja tutaj.

Miejsce 17. - Wielkie oczy (2014) - 5,5/10

Filmowa biografia słynnej malarki Margaret Ulbich, która została żoną Waltera Keana, wykorzystującego talent swojej nowej żony, podpisując się pod jej obrazami z wielkimi oczami. Wydawało się, że Burton rezygnując ze swojego charakterystycznego stylu, odnajdzie świeżość oraz formę. Niestety, film zwyczajnie usypia, a jako dramat jest po prostu zbyt śmieszny. Temat przemocy domowej oraz walki o prawa autorskie zostaje zepchnięty na dalszy plan, a Christoph Waltz w roli czarującego i brutalnego męża balansuje na granicy groteski. Wszystko próbuje ratować świetna Amy Adams oraz finałowe sceny, ale to za mało. Recenzja tutaj.

Miejsce 16. - Mroczne cienie (2012) - 6/10

XVII-wieczny wampir Barnabas Collins budzi się po dwustu latach, by odzyskać blask swojego rodu. Jednak Ameryka lat 70. nie jest dla niego zbyt zrozumiała, a dodatkowo jego nemezis i dawna kochanka trzyma się świetnie, rządząc miasteczkiem. Film miał ogromny potencjał, zarówno jako komedia i horror, ale efekt jest połowiczny. Gagi są oczywiste i średnio zabawne, grozy tu jak na lekarstwo, a grający główną rolę Depp sprawia wrażenie znużonego. Silne zmęczenie materiału. Recenzja tutaj.

Miejsce 15. - Alicja w Krainie Czarów (2010) - 6/10

Wariacja reżysera na temat dzieła Lewisa Carrolla, gdzie dorosła już Alicja wraca do Krainy Czarów, by kolejny raz pokonać smoka Żaberzwłoka oraz Królową Kier. Prześliczny, miejscami troszkę kiczowaty film, bardziej przypominający grę komputerową oraz kolejne rozczarowanie od Burtona. Nawet zagrana nieźle (błyszczy zwłaszcza Bohnam Carter i Crispin Glover), ale zwyczajnie pozbawione serca oraz mocy. Recenzja tutaj.

Miejsce 14. - Edward Nożycoręki (1990) - 6,5/10

Pierwsze spotkanie Burtona z Deppem, które rozkręciło karierę tego drugiego. Reżyser zrobił własną wersję "Frankensteina", a aktor zagrał fantastycznie. Szkoda, że ja już wyrosłem z takich baśni - najlepsze sceny to zmieniająca się relacja między Edwardem, co nożyczki zamiast palców miał z Kim (niezawodna Winona Ryder) oraz próby wejścia Edward w inny świat. Może i przewidywalne, ale kilka scen zostało w pamięci na długo. Recenzja tutaj.

Miejsce 13. - Sok z żuka (1988) - 7/10

Czarna komedia, gdzie duchy próbują wyrzucić zmarłych ze swoich domów. Ale kiedy wszelkie metody zawodzą, wtedy pojawia się nietypowy egzorcysta - Beetlejuice. Pokręcone, oryginalne i szalone dzieło, w którym widać potencjał reżysera. Absurdalny humor (zaświaty), rozbrajające próby wykurzenia niechcianych gości, chwytliwa muzyka i - lekko archaiczne - efekty specjalne. To wszystko jest nieważne, gdy na ekranie pojawia się kapitalny Michael Keaton w roli tytułowej. Szkoda, że pojawia się tak rzadko, aż chciało się więcej. Recenzja tutaj.

Miejsce 12. - Charlie i fabryka czekolady (2005) - 7/10

Roald Dahl to jeden z ukochanych pisarzy Tima Burtona, więc przeniesienie powieści "Karol i fabryka czekolady" było tylko kwestią czasu. Zwiedzanie fabryki Willy'ego Wonki sprawia ogromną przyjemność także widzowi, gdzie mamy mieszankę mroku, bajkowej oprawy, a nawet musicalu i postmodernistycznej zabawy. Depp jest w formie, ale i tak wszystko kradnie Freddie Highmore, dla którego był to debiut. Małe cudeńko. Recenzja tutaj.

Miejsce 11. - Marsjanie atakują! (1998) - 7/10

Jedna wielka zgrywa oraz żart z kina SF. Fabuła przypomina "Dzień Niepodległości", tylko w wersji humorystycznej - Marsjanie chcą zniszczyć Ziemię, a ludzie zachowują się różnorodnie. Od wiary w pokojowe posłannictwo po walkę. Dla wielu taka dawka groteskowości i kiczu może być ciężkostrawna (tandetne efekty specjalne), ale mimo to ogląda się to dobrze, doprowadzając kilkakrotnie do stanu śmiechu. Plus jeszcze ta obsada: Nicholson, Close, Parker, Bening, Brosnan, DeVito, a nawet... Tom Jones. Recenzja tutaj.

Miejsce 10. - Duża ryba (2003) - 7/10

Wielki hołd dla ludzkiej wyobraźni. A wszystko to przez opowieści Edwarda Blooma, którego losy próbuje zrozumieć jego własny syn. Tu wydarzenia nieprawdopodobne mieszają się z czystą fantazją i zdarzyć się może wszystko. Do tej pory pamiętam wizyty w Spectre oraz pierwsze zakochanie się w przyszłej żonie. Piękna wizualnie opowieść z cudowną muzyką oraz wspaniałym Ewanem McGregorem. Recenzja tutaj.

Miejsce 9. - Sweeney Todd: Demoniczny golibroda z Fleet Street (2007) - 7/10

Mroczne, krwawe i brutalne kino, próbujące mieszać horror z... musicalem. Tłem jest historia słynnego golibrody, planującego zemstę na skorumpowanym sędzi, który "zawłaszczył" żonę oraz opiekuje się jego córka. Sceny śpiewane mogą wywołać ból uszu, jednak sama historia zaślepionego zemstą człowieka (fantastyczny Johnny Depp) po prostu wciąga, porusza i daje wiele do myślenia, dodając odrobinę smolistego humoru. Świetnie zagrane (Rickman, Spall, Bohnam Carter) z dobrymi piosenkami oraz przewrotnym finałem. Recenzja tutaj.

Miejsce 8. - Vincent (1982) - 7,5/10

6-minutowa krótkometrażówka, której bohaterem jest nadwrażliwy i samotny chłopiec o imieniu Vincent. Sam filmik to małe dzieło sztuki, które zwyczajnie skupia uwagę do samego końca. Recenzja tutaj

Miejsce 7. - Wielka przygoda Pee-Wee Hermana (1984) - 7,5/10

Pee-Wee Herman to facet o umyśle i mentalności dziecka. Jego spokojne i stabilne życie ulega rozbiciu, gdy zostaje mu skradziony jego rower. Sam film to kompletnie odjechana jazda i wariacka komedia, mieszająca kreskówkowy styl, zmieszany z nieokiełznaną wyobraźnią Burtona. Plus jedyny w swoim rodzaju Paul Reubens. Recenzja tutaj

Miejsce 6. - Frankenweenie (2012) - 8/10

Najpierw był krótkometrażowy film, który został przerobiony na animację. Punkt wyjścia jest taki sam: mały chłopiec po śmierci swojego psa, postanawia go wskrzesić. Animacja jest śliczna (na swój sposób), niepozbawiona elementów horroru i trzyma w napięciu do samego finału. Dla mnie zakończenie jest odrobinkę przesłodzone, nie mniej ta krzyżówka "Lassie" z "Frankensteinem" działa. Recenzja tutaj

Miejsce 5. - Frankenweenie (1984) - 8/10

Chociaż bardzo mi się podobała animowana wersja "Frankenweenie", to jednak krótkometrażowa wersja bardziej mi odpowiada. Dlaczego?  Jest bardziej zwarta, prostsza w formie i - mimo udziału żywych aktorów - ogląda się to przyjemniej. Tak jak remake jest to silnie inspirowana horrorami historia o przyjaźni silniejszej od śmierci. Porządnie zagrane, z kilkoma fajnymi pomysłami. Jedna z lepszych rzeczy Burtona. Recenzja tutaj

Miejsce 4. - Ed Wood (1994) - 8/10

Biografia oraz hołd złożony najgorszemu reżyserowi wszech czasów. Ed Wood (genialny Johnny Depp) miał pasję, kochał kino, ale miał problemy z zebraniem funduszy i za grosz talentu. Burton w tej biografii pokazuje portret człowieka próbującego mimo wszystko oddać się swojej pasji. Niepozbawiona humoru, ale bez szyderstwa, jest także historią przyjaźni filmowca z Belą Lugosim (nagrodzony Oscarem Martin Landau) oraz hołdem dla kina klasy B. Recenzja tutaj

Miejsce 3. - Batman (1989) - 8/10

Drugi (po "Supermanie" Donnera) film pokazujący jak należy dokonywać filmowych adaptacji komiksu. Jednak zapomnijcie o quasi-realizmie Nolana, reżyser wydaje się wierniejszy komiksowej wersji balansując między realizmem, groteską oraz estetyką noir i surrealizmu. Nasz dzielny bohater walczy z Jokerem i ta konfrontacja pełna humoru, świetnych scen akcji (finałowa konfrontacja na dzwonnicy czy niszczenie obrazów przez ludzi Jokera) oraz precyzyjnie opowiadanej intrygi. A najmocniejszym atutem są kapitalna muzyka Danny'ego Elfmana z niezapomnianym tematem przewodnim, a także życiowa rola Michaela Keatona i rewelacyjny Jack Nicholson jako Joker. Recenzja tutaj

Miejsce 2. - Gnijąca panna młoda Tima Burtona (2005) - 9/10

Animacja zrealizowana wspólnie z Mikiem Johnsonem. Bohaterem jest młody i niezdarny mężczyzna, który chce poślubić wybrankę swojego serca. W skutek pewnych zdarzeń trafia do zaświatów, gdzie czeka na niego tytułowa panna młoda. Wariacka mieszanka horroru, musicalu i czarnej komedii (podobnie jak wyprodukowane przez Burtona w 1993 roku "Miasteczko Halloween"). Kino wzruszającego (śliczna animacja), ale i niepozbawione smolistego humoru, zaskakujących zwrotów akcji oraz finału, jakiego nie powstydziłby się sam Neil Gaiman. Plus świetny dubbing Recenzja tutaj

Miejsce 1. - Powrót Batmana (1992) - 9/10

Rzadko zdarzają się udane sequele, które przebijają oryginał, ale to taki przypadek. Burton przebija poprzednika pod każdym względem. Jest mroczniej, niepokojąco, dwuznacznie i z odrobiną ukrytego erotyzmu. A że akcja toczy się w Święta Bożego Narodzenia wydaje się być żartem. Tym razem Batek (jeszcze raz Michael Keaton) musi zmierzyć się z tajemniczym Pingwinem (Danny DeVito w najciekawszej roli w swojej karierze - nominacja do Złotej Maliny to jakiś dowcip jest), wspieranym przez biznesmena Maxa Shrecka (niezawodny Chistopher Walken). No i jest jeszcze enigmatyczna Kobieta-Kot (zjawiskowa Michelle Pfeiffer), chodząca własnymi ścieżkami. Inteligentne kino rozrywkowe, które nie chce się zestarzeć. Recenzja tutaj

 

W tym roku trafi do kin nowy film reżysera "Osobliwy dom panny Perregrine". Bohaterem opartego na motywach powieści Ransoma Rigga filmu jest Jakub, który odnajduje dom swojego dziadka. Jednak obecnie właścicielką jest panna Perregrine, mieszkająca tutaj z dość ekscentrycznymi postaciami, obdarzonymi niezwykłymi mocami. Brzmi troszkę jak "X-Men", prawda? W obsadzie: Eva Green, Asa Butterfield, Chris O'Dowd, Terence Stamp i Judi Dench. Premiera 7 października i jestem zaintrygowany.

Jakim reżyserem jest Burton? Oryginalnym, tajemniczym i trzymającym w napięciu, naznaczonym wizualnym stylem. Nie bojącym się sięgać po różne konwencje, ale najlepiej czujący się w czarnych komediach oraz produkcjach z elementami mroku i grozy. Może ostatnie lata to nie jest wysoka forma, ale zawsze jest to fascynujący twórca.

środa, 24 sierpnia 2016

alicja-janosz-retronowa-okladka-plyty

Pamiętacie taką blondwłosą dziewczynę, co wygrała pierwszą edycję "Idola"? Ja też o niej szybko zapomniałem, ale ona nie zapomniała o nas. Alicja Janosz - bo o niej mowa - zmieniła mocno swoje emploi wracając pięć lat temu z albumem "Vintage". Tej obranej ścieżki trzyma się także przy swoim trzecim dziele zwanym "Retronowa".

Produkcja ta została zrealizowana w studio RecPublica, od strony producenckiej wsparta przez męża artystki - Bartosza Niebieleckiego oraz zagrana przez zespół HooDoo Band. Efekt to mieszanka retro popu ze współczesnym sznytem. Czuć troszkę klimat lat 60. i 70. (bujające "Byłoby zdążyć" z fajnymi dęciakami i cymbałkami na początku), ale wpleciony z elektroniką delikatnie naznaczającą swoją obecnością. Gdy trzeba, to następuje przyspieszenie (gitarowy "Put Your Hands Up"), ale bez przesady. Uwiedzie Hammond ("Gdy przychodzi noc" czy klaskany, niemal bluesowe "Wszystko co mam"), skręcimy parę razy w stronę soulu (cudowny chórek w "I tylko Ty" czy pełen dęciaków "Candy"), by zachwycić delikatną balladką "Choć raz" - ta gitara i ten saksofon - jak to trzyma.

Jeśli komuś po odsłuchu będą się nasuwać skojarzenia z Amy Winehouse, to nie jest to w żadnym wypadku problem z uszami. To porównanie nasila się po usłyszeniu takiego skocznego "One More Reason" czy melancholijnego "Wiem". Mógłbym dalej jeszcze wymieniać, ale całość jest tak spójna i chwytliwa, że nie ma to żadnego sensu. Brzmi to bardzo przyjemnie, muzycy znają się na swojej robocie, aranżacyjnie wszystko ze sobą gra.

Dodatkowo sama Janosz pasuje do tego świata retro-popu, godnie zastępując na tym miejscu Anię Dąbrowską. A i teksty nie są idiotyczne czy obrażające inteligencji. Zrobione ze smakiem i lekkością. Nawet te piosenki śpiewane po angielsku nie wywołują zgryzu z cała resztą. Niby retro, a brzmi jako nowe.

7,5/10

Tagi: Pop
14:09, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 sierpnia 2016

Call_It_What_It_Is1

Bena Harpera poznałem, gdy przesłuchiwałem jego album w duecie z Charliem Musselwhitem. W zeszłym roku powołał grupę The Innocent Criminals, którą tworzą: basista Juan Nelson, perkusiści Leon Mobley i Oliver Charles oraz klawiszowiec Jason Yates. Właśnie w tym składzie grupa wydała w zeszłym roku album „Call It What Is It”.

Zaczyna się brudno i ostro, czyli „When Sex Was Dirty”, gdzie perkusja strzela na początku każdej linijki, by pod koniec zaserwować gitarę. Dalej jest różnorodnie – od spokojniejszych, akustycznych fragmentów (początek blusiska „Deeper and Deeper” czy wolny, lecz gęsty utwór tytułowy) po szybsze, także gitarowe numery (skręcający w stronę dynamicznego folku „How Dark Is Gone”). Nie zabrakło też nawet bujania jak w łagodnym „Shine” z ciekawymi dzwoneczkami oraz lżejsza gitarą czy „All That Has Grown” z troszkę podchmieloną gitarą. A gdy trzeba troszkę podostrzyć, to pojawia się „Pink Balloon” czy reggae’owy „Finding Our Way”.

Szkoda, że jest to tylko jedenaście utworów, bo Harper ma urok czar i jest w formie. Surowy wokal w połaczeniu z gitarą daje dobre efekty. Nie wiem jak to się nazywa, ale bardzo spodobało mi się to wydawnictwo.

7,5/10 

Tagi: blues
11:37, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »

Czy gdybym wam powiedział, że w XIX wieku w Anglii żyli magowie, jak byście na ten fakt zareagowali? Pewnie byście powiedzieli, że coś ćpałem albo wpadłem w stan zwany obłędem, ale nie zamierzam zrezygnować ze swojego zdania. Magowie dyskutowali i prowadzili wtedy rozmowy zamiast rzucać czary. Do czasu, gdy przybył do Londynu Gilbert Norrell – mały jegomość z wielkim talentem. Pokazał jedną sztuczkę (ożywił kamienne posągi na cmentarzu), przez co skupił uwagę i wymusił na magach zakaz wykonywania przez nich swojej profesji. W tym samym czasie w małym Shropshire mieszkał Jonathan Strange – ziemianin mieszkający z piękną żoną, lecz nie posiadający żadnego fachu. Przypadkowo spotkanie z niejakim Vinculusem spowodowało, że zainteresował się magią. A w tym czasie trwała wojna z Napoleonem. I wtedy Norrell dokonuje cudu, czyli wskrzesza zmarłą zonę ministra sir Waltera Pole’a – magia zaczęła być szanowana. Ale za ten cud była cena, gdyż potrzebna była pomoc elfa, za co ten miał wziąć połowę życia zmarłej.

Czytałem powieść Susanne Clarke, na podstawie której powstała ta produkcja BBC i byłem pod wielkim wrażeniem. Wielka magia, skomplikowana intryga oraz przyjaźń, która została zniszczona przez upór jednej ze stron. I to wszystko tutaj jest – opowieść o restauracji brytyjskiej magii pasjonuje i wciąga, a każda postać, nawet najdrobniejsza ma kluczowe znaczenie dla całości. Przeznaczeniu nie da się uciec, ale można je lekko zmienić, jednak magia potrafi być bardzo niebezpieczna, wprowadzając zamęt w naszym świecie. Wszystko za sprawą elfa, mającego własne plany związane z zabicie magów lub ich unieszkodliwieniem. Klimat jest mroczny i niepokojący, przez większość czasu jesteśmy albo w bibliotece, zostajemy nawet przeniesieni na pole walki i do Wenecji, by wejść do Faerie i przygnębiającej Utraconej Nadziei – miejscu, gdzie przebywają ludzie porwani przez elfy.

Poza tą intrygą, gdzie magia miesza się z ludzkimi namiętnościami, walką o władzę, poklask i splendor, twórcy trafnie obserwują stosunek ludzi do magii – nieznanego dzieła, którego mocy nie są nawet w stanie sobie wyobrazić. Początkowo pogardzana i traktowana jako zabawa, zyskuje jednak uznanie i splendor, chociaż czyny dokonywane przez nią nie zasługują na uznanie jak  wskrzeszenie zmarłych hiszpańskich jeńców, by wyciągnąć informacje w sprawie dział. Ale nawet po tym uznaniu ludzie chcą wykorzystywać magię niczym broń, co widać choćby w prośbach o czary, by zabić członka rodziny. Także ludzie wokół magów chcą żyć ich blaskiem i sławą, chociaż sami tylko przeszkadzają jak postaci Lascallesa oraz Drawlighta – odpychający i małostkowi poklaskiwacze, spychający z odpowiedniej ścieżki oraz siejący zawiść.

strange_i_norrell5
Jedyne do czego można się przyczepić to krótki czas trwania całości – tylko 7 odcinków, ale za to wiernie oddających klimat powieści. Za to dobrze prezentują się efekty specjalne – statki z wody, wskrzeszanie zmarłych czy czarny obłok nad postacią Strange’a robią imponujące wrażenie, podobnie jak scenografia oraz kostiumy z epoki. Wizualnie to cymes, ale to BBC i przyzwyczaiło nas do tego.

Za to poziom aktorski jest też taki jak na miarę BBC, czyli bardzo wysoko zawieszona poprzeczka. I dotyczy to wszystkich postaci, nawet tak epizodycznych jak książę Wellington czy szalony król Jerzy. Jednak wszystko skupia na sobie garstka postaci. Tytułowych bohaterów zagrali Bertie Carvel oraz Eddie Marsan. Pierwszy przypomina swoją aparycją troszkę Hugh Dancy’ego i bywa troszeczkę roztrzepany, ale im dalej, tym bardziej widać wiele jego cech – ambicję, oddanie żonie i magii, szacunek, szaleństwo oraz odrobinę bezczelności. Nie można mu jednak odmówić odwagi w przekazywaniu jego przekonań. Z kolei Marsan ma trudniejsze zadanie, gdyż jego bohater jest kompletnym przeciwieństwem Strange’a – rozważny, niski, spokojny domator, kochający książki oraz świadomy niebezpieczeństw związanych z magią. Jednak on pada ofiarą swoich wad – próżności, zapatrzenia w siebie oraz brakowi obycia w świecie, co miało przynieść mu zgubę. Tego nie mógł powstrzymać nawet oddany sługa – John Childermass (wspaniały Enzo Cilenti), który parę razy był w stanie wykazać się większym rozumem od swego pana.

Trudno też nie docenić dwóch pań – Arabelli (świetna Charlotte Riley), oddanej i wspierającej swojego męża oraz zmieniającej się pod wpływem czarów lady Pole (mocna Alice Englert), uznanej za obłąkaną. A i tak najważniejszy jest tutaj dżentelmen o włosach jak puch ostu, czyli magnetyzujący Marc Warren. Ta postać to śliski, niski i niebezpieczny elf, bawiący się niejako czarami jak rozkapryszone dziecko. Nie uznający sprzeciwu, ale bardzo potężny, nie wahający się nawet zabić. Dawno nie widziałem tak wyrazistego czarnego charakteru.

Cóż mogę zrobić niż tylko polecić spotkanie Strange’a i Norrella? To będzie porywające i niesamowite doświadczenie nawet dla osób znających literacki oryginał, gdzie zachowano to, co najważniejsze – takiej magii nie serwowano od dawna.

8,5/10 + znak jakości

Tagi: fantasy
09:50, radkino , seriale
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 sierpnia 2016

LongLostSuitcase

Tego człowieka i tego głosu przedstawiać nie trzeba. Kto ie słyszał takich utworów jak "Delilah", "it's Not Unusual", "She's a Lady" czy "Sex Bomb", te nie wie, jak potężny głos oraz wielkimi hitami były te utwory Toma Jonesa. Ostatnimi laty wokalista złagodniał i skręci w kierunku soulu zmieszanego z bluesem, a nawet bardziej gospelowych utworów. Potwierdza to też najnowsze wydawnictwo Walijczyka, stanowiące niejako trzecią część cyklu rozpoczętego sześć lat temu wspólnie z producentem Ethanem Jamesem. 

Są tutaj piosenki z lat 50. i 60., czyli z czasów, gdy Jones zaczynał swoją karierę, czyli kolejny cover album. Zaczyna się dość spokojnie, bo akustyczne "Opportunity to Cry" i "Honey, Honey" nagrane w duecie z Imeldą May - czyli klimaty country niespecjalnie porywają. I już miałem wyrzucić ten album za okno, ale stał się cud. Jones skręca w stronę klasycznego bluesa oraz rocka, w którym czuje się zdecydowanie lepiej. "Take My Love (I Want to Give It)" pokazuje to bardzo - mocny jak dzwon wokal Jonesa w tym repertuarze pasuje idealnie. Następuje chwilowe uspokojenie w wolnym "Bring It On Home", by potem zaserwować petardę w postaci zadziornego "Everybody Loves a Train". Jak Jones na początku niskim głosem, buduje klimat, by potem dołożyć do pieca - to trzeba przesłucha. Podobnie jak w niesamowitym "Elvis Presley Blues" z zapętloną gitarą.

Zdarzają się chwile spokojniejsze jak słabszy "He Was a Friend of Mine" czy zaskakująco skoczny, wręcz folkowy "Factory Girl" (tego się nie spodziewałem), ale za to dostajemy pełne pazura kawałki jak "I Wish You Would" (miałem wrażenie, że to Page gra na gitarze) i wyciszonym środkiem jakby ktoś chciał zagrać jak The Doors czy bujający "'Til My Back Ain't Got No Bone" z ciekawymi klawiszami w środku.

"Long Lost Suitcase" to album kompletnie nieobliczalny i pokazuje zupełnie inne oblicze Jonesa - bluesmana, mieszającego czasem rocka z folkiem. Nie ma tu jednak mowy o stępieniu czy zmęczeniu materiału, tylko o świeżym obliczu Walijczyka. To najlepszy album Jonesa ostatnich lat i ciekawe, co będzie za kilka lat?

7,5/10

Tagi: Pop
14:30, radkino
Link Dodaj komentarz »

Phil_Collins_No_Jacket_Required_2016_cover

Kontynuujemy - po dłuższej przerwie - podróż muzyczną ze zremasterowanym dorobkiem Phila Collinsa. Jest rok 1985. Po dużych komercyjnych sukcesach poprzednich płyt, artysta postanowił jeszcze raz pokazać swoje umiejętności razem z producentem Hugh Padhamem (wiadomo, zwycięskiego składu się nie zmienia), co zaowocowało kolejnym sukcesem kasowym. "No Jacket Required" to kontynuacja szlaku wyznaczonego przez poprzedników.

Innymi słowy - przebojowy pop-rock z domieszką jazzowych klimatów. I to dostajemy na sam początek - "Sussudio" to mieszanka dęciaków, dyskotekowej perkusji, funkowej gitary. Szybki rytm i jednocześnie potężny energetyk, będący murowanym kandydatem na parkiety. Szybkie tempo jest podtrzymywane przez "Only You Know And I Know" z kojarzącą się z... "Jump" Van Halen klawiszami oraz niezawodnymi trąbeczkami w tle, a połowie jeszcze zaszaleje gitarka. Wszystko się zmienia w orientalnym "Long Long Way To Go", gdzie klawisze i perkusja pachną Dalekim Wschodem, a żeby było jeszcze fajniej, to w refrenie śpiewa... Sting. To jednak tylko chwilka na złapanie oddechu, gdyż wracamy do szybkiego, parkietowego grania pod postacią "I Don't Wanna Know", by poprzytulać się w stonowanym "One More Night" z saksofonem na końcu. Co jak co, ale Collins i ballada to zawsze było idealne połączenie.

Powrót do lekko orientalnych klimatów jest obecny w "Don't Lose My Number" - szybka perkusja, "japońskie" klawisze, zadziorniejsza gitara i czuć ten power, a "Sussudiowy" klimat wraca w bardzo energetycznym "Who Said I Whould?", gdzie Phil bawi się wszystkim - dęciakami, klawiszami, nawet obrabianiem głosu, a w "Doesn't Anybody Stay Toghther Anyone" miesza szybki, perkusyjny rytm z delikatnym fortepianem, łącząc ogień z wodą. Nie inaczej jest w "Inside Out", gdzie Phil znowu popisuje się na perkusji, a towarzyszą mu pulsujące klawisze i "garażowa" gitara w refrenie, a w zwrotkach bardziej reggae'owa. Na koniec dostajemy dwa równie przebojowe kawałki jak reszta - "Take Me Home" na skoczniutkie klawisze, a w refrenie słyszymy Stinga oraz Petera Gabriela, z kolei "We Said Hello Goodbye" jest wyciszoną, łagodną balladą z prześlicznym orkiestrowym wstępem.

Poza dźwiękowym remasteringiem (brzmi to znakomicie), dostajemy jeszcze drugą płytę z dodatkami. Dominują tutaj nagrania koncertowe z lat 90., gdzie widać jak wielkim, scenicznym zwierzęciem jest Collins. Jak kontaktuje się z widownią i ma taki ogień w sobie, jakiego wielu muzyków rockowych mogłoby mu pozazdrościć. Plus jeszcze trzy utwory w wersjach demo.

Mimo upływu lat "No Jacket Required" pozostaje świetnym popowym albumem, który godnie znosi próbę czasu. Nadal potrafi uwieść i oczarować, a słuchanie sprawia ogromną przyjemność.

8/10

 

Tagi: Pop
12:55, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »

Tarja_The_Shadow_Self_Album_Cover

Fińska wokalistka Tarja Turnen nas rozpieszcza w tym roku. Najpierw był krótki materiał zwany "The Brightest Void", który był przystawką dla głównego dania, które dzisiaj trafiło do moich rąk. I w zasadzie jest jak zwykle - ciężkie gitary idą ręką w rękę z symfonicznym brzmieniem.

Otwierające całość "Innocence" mogło na początku wywołać konsternację swoim delikatnym wstępem pianistycznym. Ale daje wchodzą smyczki i wiolonczele, by potem dać miejsce dla gitary oraz mocnej perkusji. Utwór wali i trzyma za gardło, a Tarja w refrenie przypomina, że ino sens się liczy. A w połowie utworu pianista się popisuje, jakby był drugim Chopinem, dając przestrzeń dla orkiestry. Drugą niespodzianką jest "Demons in You", zaczynający się niczym klasyczny, lekki rock'n'roll. Przez chwilę miałem wrażenie, że ktoś podmienił płytę, ale po płynącym basie i skocznym riffie, zrobiło się ciężej i mroczniej. A w tle wyło coś dziwacznie, kontrastowało to jednak z gościnnym, anielskim wokalem Alissy White-Gluz, dodającej odrobiny lekkości. Wtedy pojawia się "No Bitter End" - spokojniejszy i bardziej wyciszony, ale nie pozbawiony nuty agresji. 

I wtedy znowu gra przyjemnie fortepian w epickim "Love to Hate", z bardziej zadziornymi smyczkami oraz... sitarem wplecionym w tle, razem z elektroniką. Ale Tarja zrobiła też cover "Supremacy" od Muse jest cięższe (gitarka) i ozdobione smykami przypominającymi troszkę "Kashmir" Zeppelinów. I kolejne wyciszenie w postaci akustycznego "The Living End", gdzie gościnnie wsparła ją Sharon Den Adel z Within Temptation i... dudy. Brzmi dziwnie? To, co powiecie na brzmiącą niczym katarynka "Divę"? Pod koniec jeszcze zostaje wpleciona drobna rozmowa. Ale najlepsze dostajemy na sam koniec - 12-minutowy "Too Many", który jest po prostu destylatem stylu Tarji - operowy wokal, patetyczne smyczki, ciężkie riffy, zmienne tempo oraz ten klimat, za który Finka jest najbardziej lubiana. Ale nie dajcie się zwieść tą ciszą po siedmiu minutach, bo po ciszy będzie taki fragmencik, jakiego się nie spodziewaliście.

Innymi słowy, Tarja nie zawiodła i zaprezentowała kolejny bardzo dobry album. Absolutnie godne uwagi.

8/10

 

Tagi: metal
10:16, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 sierpnia 2016

Roman-Polanski-77

Dzisiejszy solenizant to jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci polskiego kina na świecie. Aktor, reżyser, scenarzysta, producent, urodzony w Paryżu 18 sierpnia 1933 roku syn rodziny żydowskiej (naprawdę nazywa się Liebling) - matka zginęła w obozie koncentracyjnym, ojciec go porzucił po wojnie. Jako dziecko mieszkał w Krakowie u wuja i pracował najpierw w radiu (w wieku 13 lat) jako aktor. Zauważył go Andrzej Wajda, który zaproponował mu rolę w swoim debiucie "Pokolenie" z 1954 roku. W tym razu roku aplikuje do łódzkiej filmówki na reżyserię, realizując wiele etiud. Za swój debiut z 1962 roku został zaatakowany przez ówczesne władze i wyjechał na Zachód - najpierw do Francji, następnie Wielkiej Brytanii, by trafić w końcu do USA.

Ale jego życie stało się naznaczone tragedią oraz skandalami - jego drugą żonę, aktorkę Sharon Tate zamordowała grupa Charlesa Mansona. W 1977 roku, został aresztowany za gwałt na nieletniej Samancie Gailey, przez co zdecydował się na ucieczkę z kraju. Obecnie mieszka w Paryżu z trzecią żoną - aktorką Emmanuelle Seigner, z którą ma dwoje dzieci. 

W swoich filmach Polański skupia się na mroczniej stronie człowieka - lękach, szaleństwie, pożądaniu oraz fatalistycznym losie. Bywa pesymistą, ale niepozbawionym odrobiny humoru (czarnego i ironicznego). Nie boi się zarówno dużego budżetu, jak i kameralnego dramatu z mała grupą aktorów. Zawsze jest interesujący, tajemniczy i niepokojący.

W swoim dorobku reżyser ma Oscara (i cztery nominacje), Złoty Glob (i dwie nominacje), trzy nagrody BAFTA, Złotą Palmę z Cannes, Złotego i Srebrnego Niedźwiedzia z Berlina, trzy Polskie Nagrody Filmowe - Orły, dwie nominacje do Złotego Satelity oraz osiem Cezarów.

Do grona jego najbliższych współpracowników wymienia się: kompozytorów Krzysztofa Komedę, Wojciecha Kilara, Philippe'a Sarde'a i Alexandre'a Desplata, scenarzystę Gerarda Bracha, montażystę Herve'a de Luze'a i Allistaira McIntyre'a, producentów Alaina Sarde'a, Timothy'ego Burrilla i Roberta Benmussę, operatora Pawła Edelmana oraz dźwiękowca Deana Humphreysa.

Pora na ranking dorobku filmowego Romana Polańskiego od najgorszego do najlepszego. 3, 2, 1, start.

Miejsce 19 - Lokator (1976) - 5/10

Bohaterem jest niejaki Trelkovsky, który wynajmuje mieszkanie po lokatorce w kamienicy. Im dłużej przebywa, tym coraz bardziej zaczyna czuć się obco i popada w szaleństwo. Dziwny to film, gdzie reżyser (obsadzając samego siebie w roli głównej) próbuje pokazać wyalienowanie bohatera, popychającego go w stronę obłędu. Problem w tym, ze tak naprawdę losy bohatera są mi obojętne, a mimo kilku świetnych fragmentów (piłka odbijana przez okno, zmieniająca się w głowę), całość męczy i odpycha. Recenzja tutaj.

Miejsce 18 - Tragedia Makbeta (1971) - 6/10

Jaki Makbet jest każdy widzi. Reżyser zrealizował tutaj wersję mroczną, brudną i niepokojącą, jednak nie mogłem pozbyć się wrażenia umowności, sztuczności świata. Aktorstwo też takie sobie - niby jest tak jak być powinno, ale poczułem znużenie - nie o to tu chodziło.

Miejsce 17 - Wstręt (1965) - 6,5/10

Pierwszy głośny film Polańskiego, który przyniósł mu rozgłos na świecie. Skupiająca się ona na Carol - młodej dziewczynie, której zaczyna po prostu odbijać. Reżyser znowu próbuje balansować między realizmem, surrealizmem i koszmarem sennym. Miesza thriller psychologiczny z horrorem, a od Catherine Deneuve trudno oderwać wzrok. Do tego znakomita scena spaceru przez korytarz pełen dłoni, ale czegoś mi tu zabrakło. Jakiegoś silnego kopa. Recenzja tutaj.

Miejsce 16 - Oliver Twist (2005) - 6,5/10

Tym razem reżyser zmierzył się z powieścią Karola Dickensa o małym chłopcu, zmuszonym do kradzieży przez gang Fagina. Jak na film familijny, "Oliver Twist" jest mroczny, brudny i straszny, ale dla starszych problemem może być przewidywalność. Nie mogę jednak pominąć warsztat reżysera, świetną stronę plastyczną oraz dobre aktorstwo aktorów dziecięcych, zdominowanych przez niezawodnego Bena Kingsleya. Recenzja tutaj

Miejsce 15 - Autor widmo (2010) - 6,5/10

Bardzo podobała mi się powieść Roberta Harrisa, na podstawie której powstał film. Bohaterem był anonimowy ghostwriter, poproszony o napisanie wspomnień Adama Langa - byłego premiera, mieszkającego w USA. Mężczyzna odkrywa, że jego poprzednik zniknął w dość niejasnych okolicznościach i wbrew sobie próbuje wyjaśnić tą sprawę. Tutaj mamy do czynienia z thrillerem, przypominającym kino z lat 70. - spokojne tempo, powolne odkrywanie kart i kapitalna muzyka Desplat. Plus świetne role Ewana McGregora i Pierce'a Brosnana. Tylko, że środek filmu działa dość nużąco.

Miejsce 14 - Chinatown (1974) - 7/10

Film, który MUSZĘ sobie odświeżyć, bo niewiele z tego pamiętam. Hołd złożony czarnemu kryminałowi, gdzie prywatny detektyw J.J. Gittes (wielki Jack Nicholson) zostaje wplątany w skomplikowaną intrygę z kazirodztwem i morderstwem w tle. Pamiętam finał, podcięcie nosa oraz muzykę Goldsmitha. 

Miejsce 13 - Dziewiąte wrota (1999) - 7/10

Drugie spotkanie reżysera z diabłem. Bibliofil Dean Corso ma sprawdzić autentyczność książki, dzięki której można przywołać Szatana. Od początku tej sprawy jednak dzieją się tajemnicze rzeczy - samobójstwa, wypadki i morderstwa. Śledztwo wciąga, film trzyma w napięciu, dodatkowo całość jest pięknie sfotografowana. Może zakończenie rozczarowuje, ale dobre aktorstwo (Depp, Seignier, Langhella i Olin) oraz pewna ręka reżysera są rekojmią sukcesu.

Miejsce 12 - Rzeź (2011) - 7/10

Polański wraca do kameralnego kina, skupiając się na dwójce par rodziców, których dzieci pobiły się. Sytuacja jednak zostaje podkręcona, a obydwu stronom nie do końca zależy na rozwiązaniu problemu. "Rzeź" jest czarną komedią, pełną ironii, złośliwości i pokazania, że w każdym z nas siedzi prymityw, czekający na swoją chwilę. Dodatkowo jest to popis aktorstwa w wykonaniu kwartetu: Foster-Winslet-Reilly-Waltz. Takich rzeczy się nie przegapia.

Miejsce 11 - Matnia (1966) - 7/10

Polański tym razem w wersji groteskowej, gdzie konwencja thrillera zostaje wywrócona do góry nogami. Ranny gangster dociera do zamku zamieszkanego przez niedopasowane małżeństwo i zmusza ich do uległości, jednocześnie czekając na wiadomość od szefa. Niby śmiesznie, ale bardzo smutno.Recenzja tutaj.


Miejsce 10 - Piraci (1986) - 7/10

Wydawałoby się, że połączenie Polański i kino przygodowe jest co najmniej absurdalne. Ale "Piraci" - niedoceniony film Polaka to pastisz tego gatunku, zrobiony z rozmachem, zgrywą i odrobiną wariactwa. Poszukiwanie skarbu, morskie potyczki na zarąbiście wielki statku, może trochę nierówne tempo, ale humor i świetny Walter Matthau w roli kapitana to najmocniejsze atuty tego widowiska. Recenzja tutaj.

Miejsce 9 - Wenus w futrze (2013) - 7/10

Trwają przygotowania do wystawienia "Wenus w futrze". Na casting zgłasza się nieprzygotowana aktorka Vonda, która chciałaby zagrać główną rolę. Reżyser niechętnie zgadza się na próbę, podczas której oboje powiedzą o sobie więcej niż powinni. Kameralny Roman znowu nie rozczarowuje, a mroczna strona miłości z sado-maso w tle wywołuje większe podniecenie niż popisy niejakiego Greya. Plus świetne role Emmanuelle Seignier (taniec w finale - bezcenny) i Mathieu Alamrica. Recenzja tutaj.

Miejsce 8 - Śmierć i dziewczyna (1994) - 7,5/10

Mroczne studiom szaleństwa, winy i kary, a w tle tytułowa kompozycja Franza Schuberta. Tutaj bohaterką jest Paulina Escobar, która była ofiarą tortur w trakcie rządów junty wojskowej. Po głosie rozpoznaje swojego oprawcę i podaje go torturom, by wymusić na nim przyznanie się do winy. Duszna atmosfera, ciągłe trzymanie w napięciu, a szansę wykazania się dostali Sigourney Weaver i Ben Kingsley.

Miejsce 7 - Frantic (1988) - 7,5/10

Amerykański lekarz przybywa do Paryża na sympozjum ze swoją żoną. Kiedy mężczyzna bierze prysznic kobieta znika bez śladu. Pozostawiony sam sobie, na własną rękę próbuje wyjaśnić sprawę. Tym razem Polański postanowił zabawić się w Alfreda Hitchcocka. Intryga jest pogmatwana, jest suspens, brudny i zgniły Paryż, a wszystko wskutek jednej pomyłki. Do tego świetne zdjęcia, bardzo dobre role Harrisona Forda i Emmanuelle Seigner oraz muzyka samego Ennio Morricone. Tak się robi kino gatunkowe.

Miejsce 6 - Nóż w wodzie (1963) - 7,5/10

Głośny debiut reżysera i pierwszy polski film nominowany do Oscara. Akcja skupia się na młodym i stabilnym małżeństwie, spędzającym wakacje na Mazurach. Po drodze zabierają młodego autostopowicza. Między panami zaczyna toczyć się rywalizacja o uwagę kobiety. Kolejny przykład, jak budzi się w nas wewnętrzny potwór, a jednocześnie krytyka "wygodnego stylu życia" z niezapomnianą muzyką Krzysztofa Komedy i sceną z nożem. Recenzja tutaj.

Miejsce 5 - Nieustraszeni pogromcy wampirów (1967) - 7,5/10

Pierwszy komediohorror jaki widziałem, czerpiący garściami z wampirycznych opowieści. Nawiedzony zamek, żądza krwi, dama w opałach do ocalenia oraz para ciapowatych bohaterów - profesora oraz niezdarnego asystenta. Dziś bardziej śmieszy niż straszy, ale nadal zabawa jest przednia, co jest zasługą Polańskiego-aktora, Polańskiego-reżysera, stylowej realizacji, niezawodnej muzyki Komedy i przewrotnego finału. Recenzja tutaj.

Miejsce 4 - Gorzkie gody (1992) - 8/10

Historia mrocznej strony pożądania. Młode małżeństwo poznaje doświadczonych małżonków: sparaliżowanego Oscara oraz atrakcyjnej Mimi, poznając historię ich związku. Jest bardziej niepokojąco, perwersyjnie, ale mniej wulgarnie i nie mogłem oderwać wzroku od Seigner. Po raz kolejny Polański stawia na niedopowiedzenie, co tylko podkręca atmosferę. Tego rejsu nie da się zapomnieć. Recenzja tutaj.

Miejsce 3 - Pianista (2002) - 8,5/10

Mój pierwszy kontakt z Polańskim. Historia wojennych losów Władysława Szpilmana - żydowskiego pianisty, który przetrwał w Warszawie. Jest ona bardziej chłodna i może mniej hollywoodzka od "Listy Schindlera", ale trzyma po prostu za gardło. Losy biernego świadka, który miał sporo szczęścia i przeżył powstanie, pokazuje jak wiele rzeczy nie zależy od nas, przypominając, iż nawet w takich czasach warto być człowiekiem. Kompletne kino, słusznie nagrodzone Oscarami: za reżyserię, scenariusz i główną rolę męską Adriena Brody'ego.

Miejsce 2 - Tess (1979) - 9/10

Kompletnie zaskoczenie i film, który mną po prostu pomiatał niczym szmatą. Tragiczna historia młodej dziewczyny Tess Durbeyfield, której ojciec - lokalny pijaczek - dowiaduje się, ze jest spokrewniony z bogatym rodem. 14-latka zostaje zmuszona poprosić o pomoc swoich krewnych (przez ojca) i to staje się początkiem dramatycznych wydarzeń. Mroczny, wstrząsający, niepokojący i brutalny - Polański wiele rzeczy pokazuje poza kadrem, mimo wysmakowania plastycznego, czuć fatalistyczną aurę, a Nastassja Kinski zagrała rolę życia. Recenzja tutaj.

Miejsce 1 - Dziecko Rosemary (1968) - 9/10

Zwycięzca mógł być tylko jeden - nieśmiertelny klasyk kina grozy, który bardziej stawia na domysły i pokazuje, że boimy się tego, co możemy zobaczyć niż tego, co widzimy. Czy Rosemary naprawdę urodziła dziecko szatana czy to tylko lęk przed macierzyństwem? Na to nie ma jednoznacznej odpowiedzi i w tym tkwi geniusz reżysera. Mógłbym wymieniać zalety filmu, ale powiedziano już na ten temat wszystko - jeśli nie widzieliście, to zobaczcie. Recenzja tutaj.

 

Nieobejrzane:

Nie udało mi się obejrzeć etiud reżysera, z najgłośniejszymi "Dwoma ludźmi z szafą".
Najpiękniejsze oszustwa świata (1964) - cykl fabuł kryminalnych
Co? (1972) - komedia erotyczna nakręcona we Włoszech z Marcello Mastroiannim w roli głównej
Weekend z mistrzem (1972) - dokument o Jackiem Stewarcie - kierowcy Formuły 1

Mimo 83 lat na karku, Polański nie odpuszcza i nadal planuje kolejne filmy. W przyszłym roku ma się odbyć premiera The Dreyfuss Affair - dramatu historycznego skupionej na aferze Dreyfussa. Tytułowy bohater zostaje oskarżony w 1897 roku o szpiegostwo, ale tak naprawdę przyczyną było jego żydowskie pochodzenie. Zapowiada się jak zawsze ciekawie.

Jakim reżyserem jest Polański? Oglądając jego dzieła skupia się na tym, co w człowieku jest najgorsze, podłe i wstrętne. Balansuje na granicy między szaleństwem, rzeczywistością, a jednocześnie potrafi zaskoczyć i utrzymać w napięciu do samego końca, za pomocą minimalistycznych środków. Czego mogę mu życzyć? Dalszej chęci działania i kolejnych świetnych filmów.

RBEB2Ws

Belgia najbardziej kojarzy się z czekoladkami, Jean-Claude'm Van Damme'm oraz tym, że jest stolicą Unii Europejskiej. Innym znakiem rozpoznawczym Belgii jest zespół Hooverphonic, działający ponad 20 lat na scenie pod wodzą Alexa Calliera i Raymonda Gaertsa. Mimo roszad w składzie, duet pozostaje filarem zespołu, zmieniającego brzmienie co album. Nie inaczej jest z najnowszym wydawnictwem "In Wonderland" nagranym z nową wokalistką - Noemie Wolfs.

Duch indie nie został poskromiony, a dominują tutaj smyczki, tworzące czasami melancholijną aurę, ale i niepozbawioną przebojowości jak w przypadku "I Like The Way I Dance" (w tle perkusja i gitara akustyczna) czy singlowym "Badaboom", przypominającym lata 70. z refrenem śpiewanym po francusku (w tej chwili właśnie nucę ten tytuł). Gdy trzeba jednak, grupa przyspiesza niczym rock'n'rollowcy w "Cocaine Kids", gdzie gitara z sitarem idealnie współgrają, a pod koniec jest dowcipne ostrzeżenie. Moje ucho mocno zachłysnęło się odrobinę baśniowym "Deep Forest" (te klawisze), mroczniejszym (to chyba przez te gitary i perkusję) "Thin Line" oraz lekko kowbojskim "Hiding in a Song".

Reszta tych piosenek trzyma poziom całości, nie ma się poczucia znużenia, a pół godziny to czas idealny dla spędzenia czasu w Krainie Czarów. Jest z jednej strony przebojowo i radiowo, ale nie jest to w żadnym wypadku pejoratywne określenie. Niby nic nowego, ale wyjść z głowy nie chce.

7/10

środa, 17 sierpnia 2016

Summer_08_%28Front_Cover%29

Brytyjska formacja Metronomy jest jedną z ciekawszych grup muzyki alternatywnej, co jest zasługą charyzmy oraz talentu Josepha Mounta. Tym razem brytyjski kompozytor i wokalista postanowił nagrać album pod szyldem swojej grupy, bez udziału pozostałych członków, co dla wielu może być szokiem. Tytuł wskazuje, co było inspiracją dla tego wydawnictwa.

"Summer 08", czyli okres powstania drugiej płyty zespołu i jest to bardzo przebojowa, pełna ciepłej elektroniki muzyka, czerpiąca garściami z lat minionych, czyli 80. Tak jest w przypadku otwierającego wydawnictwo "Back Together" z prostą nutą gitarową, chwytliwym basem, falsetem w refrenie oraz falującymi klawiszami. Czyli brzmi jak Metronomy? Tak, choć to dzieło jednego człowieka. Potwierdza to "Miami Logic" z "karaibską" elektroniką oraz przesterowaną gitarą, przypominający troszkę dokonania Morodera "Old Skool" (klawisze i skrecze tworzą mocne połączenie) czy singlowy "Night Owl".

Mount wie jak tworzyć dobre melodie, ale pary zaskakuje jak w perkusyjnym "16 Beat" czy bardziej melancholijny - lynchowski wręcz - "Hang Me Out to Dry" (wstęp niemal jak z "Twin Peaks"), który zmienia tempo w refrenie, gdzie gościnnie śpiewa Robyn. Końcówka jednak nie wywołała we mnie żadnych emocji, wprowadzając odrobinę niepotrzebnej nudy, zwłaszcza w finałowym "Summer Jam", a w paru miejscach wokal Mounta wywoływał irytację. Nie zmienia to jednak faktu, że "Summer 08" to album odpowiedni na lato, zwłaszcza takie deszczowe jak dzisiaj. Przyjemnie się tego słucha i marzy się o upale.

7/10

Tagi: indie pop
15:06, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 sierpnia 2016

Philip Marlowe to jeden z najbardziej rozpoznawalnych prywatnych detektywów tzw. czarnego kryminału. Elegancko ubrany, zawsze z papierosem w ustach oraz kieliszkiem gorzały w ręku oraz cynicznym spojrzeniem na świat – archetyp amerykańskiego gliniarza. Dostaje kolejną sprawę - wydawałoby się prostą jak konstrukcja cepa. Ktoś szantażuje córkę bogatego człowieka, generała Sternwooda. Zlecenie polega na pozbyciu się szantażysty.

Tak prezentuje się fabuła „Wielkiego snu” Raymonda Chandlera – mistrza gatunku. Świetnie przyjęta książka prędzej czy później musiałaby zostać zekranizowana. Zadania tego podjął się Howard Hawks – wszechstronny reżyser kojarzony w naszym kraju głównie z realizacji westernów („Rzeka Czerwona”, „Rio Bravo”). Wszystko jest tutaj zgodne z prawidłami gatunku: cyniczny twardziel z gołębim sercem i ciętym humorem, femme fatale, tajemnice rodzinne, szantaż, barwny półświatek, zdrady i brudne, skorumpowane miasto, gdzie tylko spryt pozwala przetrwać. Razem z Marlowem uczestniczymy w zapętlonej intrydze, próbując domyślić się kto tak naprawdę pociąga tu za sznurki. Wszystko to jest bardzo stylowo sfotografowane na czarno-białej taśmie, co tylko potęguje mroczny klimat filmu. Reżyser skupia się na detalach, oszczędza brutalnych scen (Kodeks Hayesa nie pozwalał na kilka rzeczy takich jak seks, krew i przemoc), jednak aura tajemnicy pozostaje do samego końca.

Nie można też zapomnieć o dialogach, nie pozbawionych dwuznacznych aluzji (rozmowa Marlowa z bibliotekarką o książkach czy spotkanie detektywa z panią Rutledge o koniach), które nawet teraz pozostają jasne i czytelne. Można troszkę przyczepić się do teatralności formy – bardzo oszczędnej ilości lokalizacji, mała ilość aktorów w scenie, ale w żadnym wypadku nie jest to archaiczne. Wręcz przeciwnie, kryminał ten trzyma w napięciu i kilka razy zaskakuje. Zdarzeni balansują na granicy prawdopodobieństwa, a ja próbowałem nadążyć za nitkami intrygi.

„Wielki sen” poza świetną reżyserią i intrygującym scenariuszem, broni się także aktorsko. Nie można zapomnieć Humphreya Bogarta w ikonicznej roli Marlowe’a. Jest taki jak opisałem na początku - cyniczny, zgorzkniały samotnik, niepozbawiony sprytu oraz szybko kojarzący pozornie niepasujące do siebie elementy układanki. Jak to możliwe po wypiciu tylu głębszych? Nie ma pojęcia, ale ta szorstka aparycja ma swój urok. A kiedy na ekranie pojawia się Lauren Bacall, czyli pani Ruthledge, wtedy na ekranie pojawiają się iskry. Charakterem przypomina Marlowe’a – chodząca własnymi drogami kobieta, dbająca o swoją niezależność. Ale – jak każda piękna kobieta – skrywa brzydką tajemnicę, będącą clue całej opowieści. Poza tym duetem nie brakuje barwnych postaci: krnąbnej i ukrywającej się pod maską niewinności Carmen (olśniewająca Martha Vickers), podstępnego Eddie’ego Marsa (świetny John Ridgley), niepozorny, acz honorowy Harry Jones (Elisha Cook Jr.) czy zaufany przyjaciel, detektyw Ohls (Regis Toomey).

„Wielki sen” nie bez przyczyny stał się klasykiem czarnego kryminału obok „Podwójnego ubezpieczenia” czy „Trzeciego człowieka”. Klimat, aktorstwo, świetna reżysera – wszystkie klocki pasują do siebie i mimo 70 lat na karku, za nic nie chce się zestarzeć. To się tylko chwali.

8,5/10

2eacca43

Ta brytyjska rudowłosa wokalistka pięć lat temu zauroczyła mnie swoim debiutem, chociaż nie jestem fanem dyskotekowej elektroniki. Katy B. do tego czasu wydała EP-kę oraz słabszy drugi album. Trzecia płyta miała być dla mnie testem i potwierdzeniem, że warto dać rudzielcowi drugą szansę. Sztab producentów pod wodzą Geeneusa zrobił co mógł i tak powstało „Honey”.

Jednak po raz pierwszy Katy zaprosiła tak wielu gości (w każdym utworze minimum jeden) – od producentów takich jak Kaytranada czy Diplo po wokalistów kalibru Craiga Davida i Staminę MC. Tytułowy utwór buja mieszając z jednej strony skoczne tło (ładne klawisze oraz oszczedna perkusja), ale czuć podskórnie pewien niepokój wywołany tempem. Dalej nie brakuje skrętu w bardziej house’owo, elektropopową ścieżkę (energetyczny „Who Am I” z róznymi wstawkami), wejść w mainstreamowy pop (taneczne „So Far Away” czy nieprawdopobodnie pulsujący „Chase Me”). Poczatek może wywołać z jednej strony nadmiar wrazeń, z drugiej poczucie deja vu. Kompletnie zdębiałem, gdy trafiłem na mroczny „Lose Your Head”, z orientalną elektroniką, smykami, melorecytującym głosem Katy oraz raperami J Husem i D Double E. Produkcja The HeavyTrackers robi niesamowitą robotę, tylko raperzy nie do końca mnie przekonali.

Od tego momentu robi się coraz ciekawiej i intrygująco. „I Wanna Be” przypomina klimatem utwory z EP-ki „Danger”, gdzie pod rytmiczny bit, tworzony jest niesamowity, mroczny klimat skontrastowany przez delikatny głos Katy. Chropowaty „Calm Down” czaruje lekko „podchmielonym” tłustym bitem oraz mrocznymi smyczkami w tle, podobnie lekki „Heavy” czy mieszający brud z tanecznością „Turn the Music Louder” z KDA na gościnnym występie, płynnie latającym na podkładzie. A i tak największe wrażenie zrobił mieszający orkiestrę z elektronikę „Dark Delirium” czy imitujące dźwięk odbijanych kropel wody „Water Rising”.

„Honey” okazało się miodem dla moich uszu, troszkę zmęczonych elektroniczną rąbanką. Delikatny głos Katy, który czasami tylko podkrzykuje, współgra z bitami świetnie. Mieszanka tanecznych bitów z bardziej intymnymi tekstami Katy zadziałała niczym prawdziwa petarda, jednocześnie bez poczucia stania w miejscu. Czuć czerpanie ze współczesnych trendów i są raptem dwa słabsze momenty, ale to brzmi fantastycznie. Przedni ten miód.

8/10

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 142
Tagi
ministat liczniki.org
zBLOGowani.pl