poniedziałek, 21 stycznia 2019

Czym jest tytułowy ARQ? To maszyna skonstruowana przez pewnego młodego inżyniera, który kiedyś pracował dla potężnej korporacji Torus. Cacko powstało do stworzenia energetycznego perpetuum mobile, ale okazuje się małym wehikułem czasu. Firma ta prowadzi wielką wojnę w świecie doprowadzonym do wielkiego upadku świata, toksycznego zatrucia oraz braku jedzenia. Ale wszystko zaczyna się w momencie, kiedy do niego oraz dziewczyny wpada trzech kolesi i chcą kasy. To członkowie walczącego ruchu oporu zwanego Blokiem. Ale cała próba wyrwania się kończy śmiercią Rena, który… budzi się znowu w swoim wyrku.

arq1

To jeden z pierwszych filmów zrobionych przez Netflixa i całkiem zgrabna wariacja z „Dniem świstaka” w konwencji SF. Mamy przypadkowo zapętlony dzień (a właściwie parę godzin), gdzie kolejne zgony i repetycje pozwalają odkrywać kolejne elementy intrygi związanej z tą maszyną. Samo tło jest tutaj ledwo zarysowane (wiadomości w tle), a wszystko znajduje się w bardzo zamkniętej przestrzeni. Reżyser odkrywa powoli kolejne elementy układanki, które czynią prostą intrygę coraz bardziej skomplikowaną, gdzie pewne osoby okazują się kimś zupełnie innym niż na początku, a wiele wydarzeń zaczyna zmieniać następne pętle. Więc nie jest tutaj czystej powtórki wydarzeń, bo nie tylko Ren zaczyna respawnować się po śmierci, co jeszcze bardziej wywraca przewidywalność całych wydarzeń. I to wyróżnia „ARQ” z grona wielu klonów „Dnia świstaka”, ale sztafaż SF w zasadzie jest tu ograniczony do minimum.

arq2

Scenografia jest tutaj bardzo oszczędna – w zasadzie najważniejsze jest pomieszczenie z maszyną zwaną ARQ oraz bardzo skromnych efektów specjalnych (wiadomości oraz pojawiający się robot). Problem jednak w tym, że z powodu tej intrygi przestałem zwracać uwagę na postacie. Te osoby bardziej przypominają jakieś awatary, ledwo zarysowane i w zasadzie pozbawione głębi. Nawet główny bohater, czyli Renton, nie jest wyjątkiem od reguły, choć zagrane jest to naprawdę solidnie. Co na bank pomagają kompletnie nieznane, mało ograne twarze.

arq3

Jak więc ocenić „ARQ”? Niby ograny pomysł z pętlą w czasie, ale spokojna realizacja, ciągle wolty i przewrotki są w stanie dostarczy wiele satysfakcji. Jako rozrywkowe dzieło sprawdza się solidnie, chociaż czasem logika może budzić wątpliwości (pętle przeżywane przez innych). Ale to nie są irytujące detale, psujące przyjemność z seansu.

7/10

Radosław Ostrowski

Tagi: SF
17:24, radkino , kino
Link Dodaj komentarz »

Pewnie wszyscy pamiętają Mariusa Josepovica – drobnego cwaniaka, który podszywa się pod kolegę z celi i odwiedza jego rodzinę. Druga seria zaczyna się tu po wydarzenia z 1 serii, gdy Marius zostaje porwany przez dwóch oprychów, którzy żądają od niego zwrotu 11 milionów (ciągle go biorą za Pete’a) oraz znalezienie jego matki. Wszystko jest tu powiązane z napadem, dokonanym przez Pete’a (tego prawdziwego), który był zasłoną dymną przed napadem na magazyn. Z kolei w rodzinie Berhnardów pojawiają się kolejne problemy związane z zabójstwem skorumpowanego detektywa Winslowa. Poza tym normalka: próba prania pieniędzy przez Julię, pojawia się młody chłopaka szukającego auta swojego starego, no i bardzo dociekliwa Carly, próbująca poznać prawdę na temat śmierci swoich rodziców.

sneaky_pete21

Powrócił „Sneaky Pete”, czyli kryminalno-obyczajowy serial z tajemnicami, przekrętami oraz groźnymi bandziorami. Cała tajemnica wokół głównego wątku odkrywana jest bardzo powoli, bo od początku nie wiemy, kto jest nowym przeciwnikiem, jak wygląda matka Pete’a oraz jak to wszystko odbije się na całej familii. Jest tu sporo wątków pobocznych, które coraz bardziej zaczynają się zazębiać i prowadzą do miejscami dość nieoczywistych sytuacji, jak sprawa pewnej „klientki” do poręczenia, którą – jak się okazuje – jej szef chce sprzątnąć czy pojawienie się detektyw z Nowego Jorku i jej śledztwo w sprawie Winslowa. Tutaj pojawia się parę zaskoczeń, odrobina napięcia, ale także i humoru, jakże potrzebnego w tym mrocznym świecie (sceny w miasteczku, będącym centrum mediów spirytualistycznych – perełki). To przejście z wątku na wątek jest poprowadzone bardzo płynnie, zaś główna opowieść potrafi parę razy wyciąć kilka numerów. Ale tym razem stawka jest o wiele większa, bo i główny zły to – w porównaniu z Vince’m – prawdziwy psychopata, który uwielbia wykorzystywać kwas.

sneaky_pete22

Jednak najbardziej zaskoczyły mnie w tej serii dwie rzeczy. Że te wszystkie kłopoty pozwalają scementować całą rodzinę, która wspólnymi siłami jest w stanie zmierzyć się ze wszystkimi problemami. No i że nie wszystko naszemu Mariusowi się poukładało, zwłaszcza że wiele tutaj zależy od Pete’a (rozbrajająca scena rozmowy z kierowniczką kasyna), a także jego matki – równie przebiegłej jak Josepovic oszustki, do tego będącej medium. I muszę przyznać, że prowadzenie intrygi nadal dostarcza masę frajdy. Kant jest zrobiony z ciągłymi przerzutkami, wiele zostaje później odkryte, a kwestia zaufania zawsze jest tutaj podważana. I to podkręca całe napięcie (dwa ostatnie odcinki pod tym względem są bardzo mocne), a jednocześnie stawia pytanie: kto kogo wykiwa.

sneaky_pete23

I nadal jest to kapitalnie zagrany, a Giovanni Ribisi zwyczajnie błyszczy z każdą sceną. Marius/Pete to prawdziwa petarda oraz przykład antybohatera, którego nie da się nie lubić. Niby oszust i krętacz, ale mocno ukrywający w sobie pewną cząstkę dobra, jaką w sobie posiada. Potrafi sprytnie manipulować, lecz czasami trafia na równych sobie. Z nowych postaci zdecydowanie wybija się Jane Adams, czyli Maggie Murphy. Jeśli myśleliście, że Marius był prawdziwym artystą wśród kanciarzy, to ta kobieta jest na wyższym poziomie, chociaż w przeciwieństwie do mężczyzny, nie próbuje działać wbrew swoim zasadom. Także więcej czasu dostaje Ethan Embry, czyli prawdziwy Pete, niejako wpakowany wbrew sobie w całą kabałę. Niby z nerwami w strzępach, ale w decydującej chwili potrafi stanąć na wysokości zadania. No i ma wsparcie swojej matki, co na pewno mu pomaga. Nasi starzy sprawdzeni znajomi nadal prezentują wysoki poziom (zwłaszcza Marin Ireland oraz duet Peter Gererty/Jay O. Sanders), zaś ich losy ciągle mnie obchodziły. Pod tym względem nie mam się do kogo przyczepić.

sneaky_pete24

Druga seria „Sneaky Pete” nadal trzyma poziom i ogląda się ją po prostu świetnie. Samo zakończenie sugeruje, że Marius może zostać „spalony” przez rodzinę i parę tajemnic pozostało do odkrycia. Ale o tym opowie nowa seria, która już została zamówiona przez Amazon. Nie mogę się doczekać dalszego rozwoju wypadków.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

niedziela, 20 stycznia 2019

Wszystko skupia się w ciągu niemal jednego wieczora, gdzie ma dojść do przyjęcia-niespodzianki wobec chłopaka naszej bohaterki. Katie wydaje się być spokojną, poukładaną dziewuchę, tylko że jest jeden szkopuł: brat Seth, który jest narkomanem. Na odwyku był multum razy, a nawet opieka nad 2-letnią córką nie jest w stanie go zmienić. Dziewczyna próbuje zapisać brata na odwyk, co nie będzie takie łatwe.

6_balonw2

Netflix znowu próbuje opowiedzieć skromną historię na poważny temat. Wiecie, jak łatwym tematem wydaje się uzależnienie od narkotyków? Jak bardzo pociągającym dla filmowców? Mógłbym wymienić tutaj bardzo długą listę, więc co ciekawego w tej materii ma do zaoferowania „6 balonów”? Po pierwsze, skondensowanie całej opowieści do jednego zdarzenia oraz skupieniu się na jednym wątku, czyli bardzo toksycznej relacji rodzeństwa. Nie mamy tutaj pokazania przyczyny tej sytuacji, dlaczego brat zaczął ćpać i czemu próbuje podjąć się rolę bycia ojcem. Wszystko się skupia na próbie zapisania Setha na odwyku, a po drodze jeszcze odebranie tortu oraz pójście po towar (tytułowe sześć balonów). Sama historia jest dość krótka przez co nie ma mowy o przynudzaniu, a krótki czas pozwala na intensyfikację wydarzeń. Ale też bardzo widać, jak ta relacja działa destrukcyjnie na najbliższych. Może jest to pokazane dość nachalnie (czytany rozdział jakiegoś poradnika oraz „tonący” samochód), niemniej potrafi to zadziałać.

6_balonw1

Jednak „6 balonów” ma jedną, bardzo poważną wadę – nie opowiada niczego nowego w tym temacie. Wszystko to przypomina wyważanie otwartych drzwi, przez co nie byłem specjalnie zaangażowany w całą tą historię. Podejrzewałem, jak to się skończy, a seans był dla mnie zbyt nudny. Może, gdyby był dużo młodszy i zaczynałbym oglądanie filmów z narkotykowym nałogiem, pewnie zmiótłby mnie. Być może taki był zamysł, żeby trafić do młodego odbiorcy. I pewnie zrealizuje ten zamysł.

Z obsady najbardziej znany jest Dave Franco, który tutaj wciela się w uzależnionego Setha. Jest odpowiednio irytujący, żałosny, budzący współczucie. Całkiem nieźle za to wypada Abbi Jacobson w roli Katie i w zasadzie to ona dźwiga ten film na swoich barkach. I czuć tutaj chemię miedzy postaciami, choć Setha bardzo trudno polubić.

Innymi słowy jest to solidny film, tylko że nie ja jestem głównym celem dla twórców. Czy dotrze do młodych ludzi? Nie wiem, ale dla mnie to tylko powtórzenie znanych mi już prawd.

6/10

Radosław Ostrowski

Tagi: dramat
19:49, radkino , kino
Link Dodaj komentarz »

Netflix coraz bardziej robi w dokumentach, pokazując naprawdę intrygujące opowieści o ludziach, którzy zostali zapomniani. Jednym z nich jest polski rzeźbiarz Stanisław Szukalski. Słyszeliście o nim? Ja też nie, bo przez długie lata jego dorobek został zapomniany. Ale pojawił się dokument „Walka”.

Tutaj narracja niejako tworzy się dwutorowo. Punktem wyjścia są rozmowy z artystami sceny alternatywnej lat 70., którzy przypadkiem poznali dorobek polskiego artysty. Jeszcze większy szok ich spotkał, gdy odkryli, iż Szukalski żyje i mieszka w Los Angeles. Jeden z nich, Glenn Bray, decyduje się także filmować opowieści artysty na temat sztuki oraz jego dość pokręconego życiorysu. Niby jest tu jak w klasycznym dokumencie, czyli gadające głowy przeplatane ze sporymi ilościami archiwaliów. Sfilmowane wypowiedzi Szukalskiego, zdjęcia pokazujące rzeźby oraz wspomnienia spotkań. Jednocześnie twórcy próbują pokazać dokonania artysty, jego młodość, samodzielnie zdobywaną wiedzę, krótki flirt z Hollywood (pomogła mu przyjaźń ze scenarzystą Benem Hechtem).

walka1

Ale żeby nie było tak słodko, nie bano się pokazać troszkę mroczniejszej strony twórczości, która była monumentalna, pełna bogatych ozdobników. I te dzieła nawet dzisiaj robią imponujące wrażenie (niektóre zostały pokazane przez twórców jak trójwymiarowe bryły. Jednak sam twórca (w okresie przedwojennym) nie ukrywał swoich nacjonalistycznych poglądów, co widać w publikowanym magazynie „Krak” oraz miał bardzo duże mniemanie o sobie. Ale podobno tzw. geniuszom wypada się wywyższać, co czyni Szukalskiego człowiekiem. Sporo tutaj miejsca poświęcono nacjonalistycznym zapędom w II RP (i to niestety jest prawdą) oraz temu, jak symbole z dzieł artysty zostały przejęte przez współczesnych nacjonalistów. Ale te poglądy zostały poddane weryfikacji przez historię, co pokazały dwie rzeźby („Potop XX wieku” oraz „Katyń – ostatnie tchnienie”). I to czyni tą postać bardzo złożoną, fascynującą osobowością. Nawet jeśli się nie zgadzamy z jego przekonaniami.

walka2

Jestem oczarowany tym filmem, które w dość krótkim czasie udaje się pokazać zapomnianą, ale nietuzinkową postać polskiej sztuki. Niby klasyczna forma, ale oglądałem ten film z zapartym tchem i porażony wielką pewnością siebie oraz bardzo przewrotnymi losami artysty. Zobaczcie to koniecznie.

9/10 + znak jakości 

Radosław Ostrowski

Tagi: dokument
13:42, radkino , kino
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 stycznia 2019

Kiedy usłyszałem o tej historii wydawała mi się zwyczajnie nieprawdopodobna. A jednak. Poznajcie Owena – powoli wchodzącego w dorosłe życie faceta z autyzmem. Gdy go poznajemy, kończy studia, ma dziewczynę (Emily) i chce się usamodzielnić. Jednak najbardziej zaskakują jest jego przeszłość, bo w wieku 3 lat zdiagnozowano autyzm po tym, jak chłopiec przestał mówić i zaczął tylko bełkotać.  Po jakimś czasie rodzice odkryli, że kluczem do komunikacji są… bajki Walta Disneya, które – jak się później okazało – znał na pamięć. I zaczęła się próba wyciągnięcia chłopaka do życia.

zycie_animowane1

Film jest oparty na książce ojca Owena, dziennikarza Rona Suskinda. W zasadzie całość można podzielić na dwie części. Pierwsza to momenty z przeszłości, gdzie życie rodziny wywraca się do góry nogami oraz pojawia się choroba. Choroba, która dokonuje regresu (wtedy autyzm był stygmatyzowany), a jednocześnie – co jest pewnym paradoksem – troszkę bardziej zaczyna rodzinę scalać. Drugi wątek to współczesne życie Owena, kiedy kończy studia, chce samodzielnie mieszkać, żyć z dziewczyną oraz znaleźć pracę. Obydwie te historie niejako przeplatają się ze sobą, przez co cały czas trzyma w zainteresowaniu.

zycie_animowane2

Najbardziej w tej całej opowieści jest to, jak pokazany jest wpływ tych bajek na tego chłopca. Że dzięki nim zaczyna poznawać świat, ale też zaczynają go kształtować i uczą go przyjaźni, że nie należy się poddawać i tym podobne. Ale problem w tym, że te opowieści są bardzo czarno-białe, a życie prawdziwe takie nie jest, co może wywołać jeszcze większe zamieszanie (rozstanie z dziewczyną). I co wtedy? A to już możecie się sami przekonać. Same retrospekcje są pokazane w formie… ręcznie rysowanej animacji oraz rysunków, jakby ołówkiem wykonanych na kartce papieru. Te fragmenty nie tylko poruszają, ale pozwalają wejść niejako w skórę samego Owena, gdy poznajemy stworzoną przez niego opowieść. Nie spodziewałem się, że kiedyś się rozkleję, ale tak było.

Nie chcę zdradzać już więcej, ale powiem tylko jedno: „Życie animowane” to niezwykły, pełen empatii oraz ciepła film. Delikatny jak nasz bohater, a jednocześnie pokazujący troszkę perspektywę osoby, nazywaną czasami „inną”, ale nie oznacza to „gorszego”.

8/10 

Radosław Ostrowski

Film dokumentalny zawsze jest traktowany inaczej, bo wydaje się pokazywać „prawdę”. Problem w tym, że prawdę i fakty można interpretować na dowolne sposoby, przez co trudno dojść do obiektywnej prawdy, bo ona zwyczajnie nie istnieje. Nie oznacza to jednak, że filmy dokumentalne musza być nudne czy nieangażujące. Zwłaszcza kiedy opowiadają o wyrazistych, czasami kontrowersyjnych postaciach. Nie inaczej jest z nowym dziełem Asifa Kapadii „Amy”.

amy2

Realizacyjnie mamy dokładnie to samo, co w przypadku „Senny”, czyli widzimy same materiały archiwalne, bez „gadających głów”, lecz z wypowiedziami z offu. I to wszystko ma zbudować portret Amy Winehouse. Ta wokalistka z jednej strony była pamiętana za dwie dobrze odebrane płyty, z drugiej było bardzo dużo zamieszania w jej życiu prywatnym. Media po sukcesie drugiego albumu „Back to Black”, zaczęły się nią coraz bardziej interesować i obserwowały ten rajd ku autodestrukcji, który się zakończył w 2011 roku.

amy1

Muszę przyznać, że sam zbiór archiwaliów, jakie zostały wykorzystane do filmu, jest bardzo imponujący. Mamy zarówno prywatne zdjęcia, dużo sfilmowanych materiałów – nie tylko fragmenty koncertów czy materiały z telewizji, ale też sceny z backstage’u, prywatne filmy nagrywane przez najbliższych, sceny z wakacji, momenty podczas nagrywania utworów. Wszystko ułożone w kolejności chronologicznej, bez jakiegoś specjalnego kombinowania. Z jednej strony budzi to wielkie wrażenie, ale z drugiej czułem się jak podglądacz, co wywołało we mnie dyskomfort. Wiele razy chciałem przerwać i przestać oglądać, ale jednocześnie chciałem poznać jedną z możliwych odpowiedzi na pytanie: dlaczego? Dlaczego to wszystko się tak nagle skończyło? Zbyt duża presja medialna, toksyczna relacja z mężem/byłym mężem, ojciec chcący żyć w blasku córki? Są poszlaki wskazujące na każdą z tych możliwości, choć może sama Amy okazała się zbyt krucha i po prostu uderzyła ją woda sodowa? Może nie wytrzymała swojego sukcesu oraz zainteresowania własną osobą? Ten wariant wydaje mi się bardziej prawdopodobny, ale reżyser nie zwraca na to uwagi. Albo nie wali tego wprost (mogłem tego nie zauważyć).

Sama forma – po „Sennie” – już nie robi takiego wrażenia, niemniej „Amy” pozostaje interesującym dokumentem od strony realizacyjnym. Kapadia znowu pokazuje swój warsztat oraz biegłość w klejeniu różnych elementów, potrafi łączyć narrację w intrygujący sposób, a brak komentarza twórcy wydaje się dużą zaletą. Ale nie próbujcie tu szukać prostej odpowiedzi.

7/10

Radosław Ostrowski

Tagi: dokument
18:38, radkino , kino
Link Dodaj komentarz »

looking-for-stars-b-iext53648635

Belgijski duet Hooverphonic postanowił o sobie przypomnieć. Minęły dwa lata od poprzedniego albumu, gdzie występowała masa wokalistów (niczym w Massive Attack), ale już przy pracy nad nowym materiałem udało się znaleźć nowy głos (po odejściu charyzmatycznej Geiki Arnaert oraz Noemie Wolfs) w postaci 17-letniej Luki Cruysberghs. Czy podołała zadaniu i jak w ogóle brzmi dziesiąte dzieło duet Alex Callier/Raymond Geerts?

Grupa była znana ze swojego triphopowego stylu, mieszając także pop i rock. Nie inaczej jest w „Looking for Stars”, które zaczynają się od niemal rozmarzonego „Lethal Skies”, gdzie prowadzony jest dialog gitarowo-pianistyczny w bardzo spokojnym tempie. Klimat od razu zmienia się w bardziej mroczny, gdy odzywa się elektronika w „Paranoid Affair” (bardzo kołysankowy wstęp) czy bardziej rozpędzony „Romantic” z partią smyczków, dodających atmosfery retro oraz – nomen omen – romantycznym fortepianem pod koniec. Od tej piosenki można się uzależnić. Jest jeszcze bardzo taneczny „Uptight” z funkową gitarą czy idący ku triphopowym korzeniom „Concrete Skin”. Twórcy cały czas próbują zaskakiwać, czasami tworząc dziwaczne mieszanki niczym w tytułowym utworze, gdzie gitara, elektronika i dyskotekowa perkusja przypominają popowe numery z lat 90. Albo wręcz rockowy „Horrible Person”, polany Hammondami czy melancholijny „On and On” ze smyczkami w tle lub stonowany „Feathers and Tar”, do którego dochodzą dziwaczne wejścia perkusji oraz wokalizy. Tylko jeden utwór mi nie podszedł, czyli niemal transowy „Slepless”, zdominowany przez niemal psychodeliczną elektronikę.

Jak sobie radzi nowa wokalistka? Luka ma bardzo eteryczny, wręcz dziewczęcy głos, który jednak potrafi przyciągnąć do siebie niczym magnes. Mimo, że wyczuwałem pewne podobieństwo w barwie do Birdy, potrafi być zarówno bardziej ekspresyjna (ale bez popadania w przesadę), jak i bardzo delikatniutka, kontrastująca z żywszymi dźwiękami muzyki. Mam nadzieję, że zostaje z duetem na dłużej – wydaje się pasować do nich.

Hooverphonic nadal wydaje się coraz bardziej zaskakującym składem, gdzie każdy utwór to inna układanka, bez poczucia powtarzalności. Godny następna „In Wonderland” i przykład, że można stworzyć coś nowego ze starych składników.

8/10

Radosław Ostrowski

Tagi: Pop
11:14, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 stycznia 2019

Pieniądze, pieniądze, pieniądze. To, że one rządzą światem jest oczywistą oczywistością, ale zdobyć je można na wiele sposobów. Jedną z metod jest organizowanie domu gry, gdzie osoby z najwyższych sfer (pełne dużych portfeli) grają w grach hazardowych o dużą kasę. Taką osobą była Molly Bloom, nazywana Księżniczką Pokera. Ta niedoszła sportsmenka została jednak oskarżona, m.in. o pobieranie prowizji (co jest nielegalne) oraz za współpracę z mafią, gdyż wśród jej graczy byli gangsterzy. ale jak było naprawdę?

gra_o_wszystko1

Chyba każdy kinoman słyszał o Aaronie Sorkinie, jednym z nielicznych scenarzystów filmowych, którzy posiadają swój własny, niepodrabialny styl. Wystarczy zobaczyć takie filmy jak „Ludzie honoru”, „Wojna Charliego Wilsona”, „The Social Network” czy „Steve Jobs” (nie wspominając o serialach „Newsroom” i „Prezydencki poker”). Innymi słowy jest dużo gadaniny (dialogi lecą z prędkością karabinu maszynowego), w niemal teatralnych dekoracjach, lecz by zachować tempo, bohaterowie wypowiadają je zazwyczaj w ruchu. Tzw walk & talk. Tym jednak jednak Sorkin postanowił sam przenieść na ekran swój scenariusz, co z jednej strony powinno mnie cieszyć, ale z drugiej budzi wątpliwości. Napisanie scenariusza wydaje się być prostsze od fuchy reżysera, który musi zadbać o więcej rzeczy niż zapodanie dialogów w dobrym stylu. 

gra_o_wszystko2

Ale Sorkin już od samego początku wie jak skupić uwagę, mimo dużej ilości słowotoku, co jest zasługą bardzo bajeranckiego montażu a’la Martin Scorsese. Pierwszy monolog, gdzie pada pytanie o największą porażkę dla sportowca przeplata się z pierwszym przełomem panny Bloom (upadkiem podczas zjazdu narciarskiego) oraz zaczynamy obserwować jej karierę w hazardzie. Najpierw praca jako sekretarka, potem licząca kasę u swojego szefa (także przy pokerze), wreszcie prowadzenie własnego, eleganckiego domu gry. Innymi słowy, wejście do męskiego świata. Przy okazji, dostajemy masę anegdot, krótkie zasady gry w pokera, spojrzenie na świat high-life’u oraz – niczym w klasycznym filmie gangsterskim – wzlot i upadek naszej bohaterki, która próbuje grać czysto w niezbyt uczciwym świecie. Świecie, gdzie za jeden błąd można zapłacić utratą wszystkiego: pieniędzy, reputacji oraz życia.

gra_o_wszystko3

By jeszcze bardziej zwrócić naszą uwagę, narracja jest dwutorowa. Mamy retrospekcje, pełne narracji z offu od samej Molly i to się przeplata z przygotowaniami do procesu oraz dialogami z obrońcą, Charliem Jaffeyem. A jednak, mimo przeskoków, cała akcja wydaje się klarowna i przejrzysta. Niemniej nie mogłem pozbyć wrażenia, że Sorkin zwyczajnie się popisuje. Że potrafi pisać zajebiste dialogi, pełne błysku, inteligentnych ripost, trafnych obserwacji, przypominając szybkie odbijanie piłeczek pingpongowych. I to, po pewnym czasie (dokładnie, gdzieś w 2/3 filmu) zaczyna robić się męczące. Jeszcze bardziej rozczarowuje mnie motywacja głównej bohaterki oraz wątek dotyczący jej relacji z ojcem, bo wydało mi się troszkę banalne.

Ale tak naprawdę ten film ma jednego mocnego asa w tej talii, czyli zjawiskową (nie tylko w kwestii ciuchów) Jessicę Chastain. Może i Molly Bloom sprawia wrażenie kalki kreacji z filmu „Miss Sloane”, czyli błyskotliwej kobiety, co nie daje sobie w kaszę dmuchać konsekwentnie dąży do swojego celu. I tak jak tam, nie można od aktorki kompletnie oderwać oczu, ona tutaj rozdaje karty i można odnieść wrażenie, że czasami ma więcej szczęścia niż ktokolwiek z jej graczy. Reszta obsady jest tutaj tylko solidnym tłem (jak Idris Elba w roli Jaffreya czy powoli wracający do gry Kevin Costner jako ojciec Molly), choć największą niespodziankę robi tutaj Michael Cena w roli tajemniczego Gracza X, który pod maską chłopięcej twarzy skrywa bardzo bezwzględnego gracza.

„Gra o wszystko” to zaskakująco udany debiut Sorkina jako reżysera, chociaż jego styl scenariuszowy może już powoli wywoływać zmęczenie materiału. Niemniej utrzymuje przez sporą część tempo, błyszczy montażowo i aktorstwo, zaś sporo dialogów to prawdziwe perły. Czysta sorkinozacja.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

czwartek, 17 stycznia 2019

Ta historia oparta jest na prawdziwej sprawie Roberta Dursta. Mężczyzna jest biznesmenem branży nieruchomości, którego żona w 1982 roku zaginęła. Ale czy aby na pewno zaginęła? Po latach policja wznawia śledztwo i podejrzewa mężczyznę o morderstwo. Zmieniono imiona postaci, ale reszta wydaje się być podparta faktami.

wszystko_co_dobre1

Reżyser Andrew Jarecki tak naprawdę tutaj opowiada dwie historie i obydwie są powiązane z naszym bohaterem, czyli Davidem Marksem – synem potentata branży nieruchomości. Ale chłopak początkowo nie chce zajmować się rodzinnym interesem i poznaje na drodze Kate – dziewczynę z małego miasteczka. Oboje zakochują się w sobie, biorą ślub, a ich pierwszą wspólną decyzją jest wyjazd na wieś, gdzie otwierają sklep ze zdrową żywnością. Jednak to szczęście nie trwa długo, gdyż David – za namową ojca – podejmuje się pracy w rodzinnym interesie, co doprowadza do oddalenia się małżonków. Jednak klamrą spinającą całość jest proces sądowy Marksa, gdzie zostaje oskarżony o podwójne morderstwo oraz próbę zabójstwa. Czyli mamy próbę sklejenia dramatu obyczajowego, thrillera oraz filmu psychologicznego, a wszystko w stylistyce retro. Sama sprawa do dziś wywołuje spore kontrowersje, więc nie dziwi mnie zainteresowanie filmowców.

wszystko_co_dobre2

Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że reżyser nie mógł zdecydować się, o czym ma być ta historia. Bo wątków jest tu sporo: problemy psychiczne Davida, toksyczna relacja z żoną, coraz bardziej przytłumioną oraz pozbawioną ambicji, próba buntu wobec ojca, niejasne układy z półświatkiem. Gdzieś tam w tle jeszcze przewijają się narkotyki, śmierć matki Davida. Tylko, że żaden z tych wątków nie zostaje w pełni wykorzystany i niektóre z nich sprawiają wrażenie zapychaczy. Ani jako dramat psychologiczny, ani jako dreszczowiec nie jest w stanie dostarczyć pełnej satysfakcji. Nawet muzyka sprawia wrażenie schizofrenii, próbując połączyć dwa sprzeczne gatunki. Wiele jest tutaj w tej sprawie tajemnic, przez co nie zawsze rozumiałem kto, co i dlaczego, a narracja jest tutaj bardzo skokowa (akcja toczy się w ciągu niemal 30 lat).

wszystko_co_dobre3

Aktorzy robią wszystko, by coś wycisnąć i zbudować swoje postacie, co udaje im się, mimo dziurawego scenariusza. Dużą robotę robi tutaj Ryan Gosling, wcielając się w bardzo mroczną postać Davida, naznaczonego tajemnicą oraz nie do końca panującego nad sobą. Pozornie wydaje się spokojny, ale czuć w jego spojrzeniu pustkę oraz zagubienie. Zaskakująco dobrze wypada Kirsten Dunst jako Katie. Początkowo wydaje się pewna siebie oraz czarująca, jednak z czasem coraz bardziej zaczyna gasnąć, zaś próby wyrwania się z tej relacji kończą niepowodzeniem. Jest też Frank Langhella jako opanowany, elegancki biznesmen, nie znoszący sprzeciwu.

Niestety, ale „Wszystko, co dobre” nie jest dobre. Mocno niezdecydowane między dramatem obyczajowym a thrillerem z mroczną tajemnicą w tle. Intryga jest mętna, mimo porządnej realizacji oraz bardzo dobrego aktorstwa, a reżyser pogubił się od nadmiaru ciekawych wątków. Ogromna szkoda potencjału.

6/10 

Radosław Ostrowski

Fokstrot to taki dość prosty taniec, którego kroki powodują, że wracasz do punktu wyjścia. Że cokolwiek byś nie zrobił, wracasz do początku. Ale film Samuela Moaza nie jest filmem tanecznym, lecz historią z wojną w tle. Wszystko zaczyna się w momencie, kiedy do mieszkania niemłodego małżeństwa – państwa Feldmann, przychodzą żołnierze. Kiedy dowiadujemy się, że ich syn Jonathan służy w armii, wszystko wydaje się jasne. Czyli syn poległ na wojnie, co staje się dość ciężkim doświadczeniem przede wszystkim dla ojca.

foxtrot1

Chciałbym powiedzieć wam trochę więcej o fabule, ale „Fokstrot” opiera się na kilku woltach, które zaskakują i wywracają wiele rzeczy do góry nogami. By jeszcze bardziej wprowadzić mętlik, akcja zostaje przeniesiona na posterunek graniczy, gdzie służy Jonathan (syn). Pozornie opowieść wydaje się prosta niczym konstrukcja cepa, jednak nie o nią tak naprawdę tu chodzi. Reżyser za pomocą warstwy formalnej zmusza do skupienia, pokazując niemal absurdalność całej sytuacji. Wojskowi na początku sprawiają wrażenie urzędników, mówiących wyuczone na pamięć formułki, mające pomóc przetrwać. Niby wydaje się psychologicznym dramatem, gdzie mamy skrywane traumy, mroczne tajemnice z przeszłości oraz to, jaki wpływ wojna ma na ludzi. I nie chodzi tutaj tylko o tych obecnych wojaków jak Jonathan, gdzie stoją w jakimś wygwizdowie. Tylko, że tej wojny tutaj mamy tyle, co kot napłakał. Cała sytuacja (przechodzący wielbłąd) wydaje się tak absurdalna i niedorzeczna, że aż można się złapać za głowę.

foxtrot2

Dużo jest tutaj niemal groteskowych scen z niezapomnianą sceną tańca na posterunku z karabinem w dłoni (w tle gra odpowiednia do tego muzyka) czy bardzo mocna scena z puszką (nie powiem wam, co tam się dzieje), co tylko podkreśla absurdalność wydarzeń oraz jeden bardzo istotny fakt, o jakim często zapominamy. Że nie na wszystkie wydarzenia mamy wpływ, a przypadek potrafi wyciąć taki numer, jakiego nigdy się nie spodziewaliśmy (ostatnie pół godziny). Jest też nawet animowana wstawka, niemal przypominająca „Walc z Bashirem” w formie komiksu.

Niby pozornie nie dzieje się tu zbyt wiele, ale sama realizacja to coś nieprawdopodobnego. Sama praca kamery jest absolutnie cudowna (zwłaszcza kadry z góry, gdzie widzimy ruch postaci), kompozycja kadrów niemal jest dopieszczona. Ta finezja działa tutaj na zasadzie kontrastu, gdzie słyszymy jedno, a widzimy czasem coś zupełnie innego. Przez co „Fokstrot” działa i jako dramat pokazujący bezsensowność wojny w skali mikro, a także jako polityczną satyrę na armię oraz biurokrację.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Tagi: dramat
13:39, radkino , kino
Link Dodaj komentarz »

Czy mówi wam nazwisko Oscar Wilde? Jeden z bardziej uznanych poetów, dramaturgów XIX wieku, lecz jego kariera załamała się kilka lat przed śmiercią z powodu pewnego procesu. Autor został skazany za sodomię na dwa lata, przez co został wygnany z kraju. „The Happy Prince” pokazuje ten ostatni okres życia autora, zrealizowany przez Ruperta Everetta.

happy_prince1

Aktor nie tylko zagrał Wilde’a, ale też film wyreżyserował oraz napisał scenariusz. Gdy poznajemy Wilde’a, przebywa w Paryżu, niczego już nie pisze, żyjąc w dość hedonistyczny sposób, mimo braku stałego źródła dochodów. Jednak stan jego zdrowia ciągle się pogarsza. Całość jest niemal jedną wielką retrospekcją okresu emigracyjnego: od bardzo drogich hoteli i prób literackiego powrotu aż do nędzy, samotności, żebrania niemal o pieniądze. A jednocześnie widać zwłaszcza na jego rodzinie (zostawił żonę i dwóch synów), jak mocno cała sytuacja się na nich odbiła. Powoli widzimy jak ten niebieski ptak coraz bardziej zaczyna gasnąć, mimo posiadania błyskotliwego umysłu. Reżyser próbuje się skupić na psychice bohatera, co najbardziej widać pod koniec filmu, kiedy Wilde zaczyna mieć zwidy. Problem jednak w tym, ze cała ta opowieść w „Happy Prince” nie należy do zbyt przystępnych, zdarza się wręcz męcząca. Nitka fabularna wydaje się dość wątła, przez co można odnieść wrażenie, jakbyśmy oglądali niemal te same sceny, przez co trudno jest w to wszystko się zaangażować.

happy_prince2

Ale muszę przyznać, że sam film wygląda więcej niż ładnie. Zdjęcia są z jednej strony potrafią zaimponować grą światłocienia, z drugiej bardzo naturalnym oświetleniem, tworząc wrażenie oglądania starych fotografii. Także scenografia (speluny, hotele, knajpy) i kostiumy robią bardzo dobre wrażenie, zaś pod koniec nawet montaż potrafi zaskoczyć.

Ale prawdziwą perła jest tutaj rola Everetta jako Wilde’a. I jest to kreacja absolutnie fenomenalna, gdzie niemal każdy gest, spojrzenie, wypowiadane słowo ma prawdziwą siłę rażenia, pokazując bardzo sprzeczne emocje swojego bohatera, który zmierza ku autodestrukcji. Od rozpaczy, bezradności po niemal porywające występy oraz opowiadanie historii. Aktor kompletnie dominuje nad całością, dając z siebie wszystko. Także drugi plan ma tutaj wiele do roboty z uznanymi nazwiskami (Colin Firth, Emily Watson, Tom Wilkinson), dodając sporo realizmu.

Nie mogę odmówić Everettowi, że jest to bardzo ambitna próba i opowiedzeniu o już dość znanej postaci dla brytyjskiej kultury. Może bywa czasem nużący, męczący oraz dość monotonny, niemniej sama kreacja Brytyjczyka jest bardzo silnym magnesem, który może zachęcić.

6,5/10

Radosław Ostrowski

środa, 16 stycznia 2019

Ten film jest oparty na faktach. Po części. Wyobraźcie sobie pewnego starszego pana, który jest elegancko ubrany, pełen uroku oraz spokoju. Pewnie bylibyście zdziwieni, gdybym powiedział wam, że Forrest Tucker jest… złodziejem, specjalizującym się w napadach na banki. Kiedy go poznajemy ucieka przed policją, w czym (nieświadomie) pomaga popsuty wóz pewnej kobiety o imieniu Jewel. Jednak na mężczyznę coraz bardziej zapętla się pętla na jego szyi.

gentleman_z_rewolwerem1

David Lowery zaskoczył kolejny raz, tworząc komedię kryminalną w bardzo retro stylu. Dlaczego retro? Niby jesteśmy w latach 80. (na początku), jednak duchem czuć bardziej klimat o dekadę czy dwie wstecz. Są tu jakby napady na bank, pościgi czy ucieczki, ale tak naprawdę są tylko dodatkiem, rzucone niejako przy okazji. Tego największego napadu nawet na ekranie nie widzimy, co jest pewnym zaskoczeniem, zaś pozostałe skoki wydają się dość szybko ucięte, jakby sam sposób był ważniejszy niż realizacja. Zamiast tego reżyser skupia się na naszym bohaterze, który wydaje się być wzięty jakby z innego świata. Niby bandyta i z bronią w ręku, ale nie pociągający za spust, nie krzyczący, pełen uroku oraz czerpiący z tego masę frajdy. Bo o tym tak naprawdę jest ten film – o czerpaniu radości z życia. Nawet jeśli wydaje się ono nie zgodne z prawem. Chociaż pojawia się pewna alternatywa dla tego „bandyckiego” życia, tylko czy nasz Tucker będzie chciał z tego skorzystać? Odpowiedź nie jest taka jednoznaczna.

gentleman_z_rewolwerem2

Sama realizacja jest pełna elegancji oraz stylu. Kamera prowadzona jest niespiesznie, dość wiernie odtworzono realia lat 80., chociaż nie ma tutaj muzyki charakterystycznej dla tego okresu. Być może dlatego, że jesteśmy gdzieś na prowincji, zaś nie w dużych miastach. Zamiast elektroniki i disco, mamy elegancki jazz, dodający klimatu retro. Do tego jeszcze dodajmy delikatny humor, bardzo ciepły, troszkę nostalgiczny klimat, przez co tworzy dość ciekawy miks.

gentleman_z_rewolwerem3

Wszystko tak naprawdę w ryzach trzyma Robert Redford, który – jeśli wierzyć wieściom zza Wielkiej Wody – postanowił stanąć przed kamerą po raz ostatni. Jeśli to prawda, jest to pożegnanie godne legendy. Aktor bardzo dobrze sobie radzi jako elegancki złodziej, pochodzący z zupełnie innej bajki. Ma masę uroku, ciepła i charyzmy, skupiając uwagę aż do samego końca. No i jeszcze ma dwójkę świetnych partnerów, czyli zdeterminowanego detektywa Johna Hurta (świetny Casey Affleck) oraz poznaną przypadkiem Jewel (cudowna Sissy Spacek), z którą można byłoby zacząć nowe życie.

Ku mojemu wielkiemu zdumieniu, „Gentleman z rewolwerem” to przykład bardzo niedzisiejszego, troszkę refleksyjnego kina, ubranego w szaty kryminalnej komedii.  Może nie idącego za współczesnymi trendami, jednak mającego w sobie to słynne coś, czego szukają kinomani.

7/10 

Radosław Ostrowski

wtorek, 15 stycznia 2019

Punkt wyjścia wydaje się dość prosty – mamy ojca samotnie wychowującego córkę po śmierci matki. Jednak pewnego wieczoru, Maggie idzie do koleżanki się uczyć. Ale nie wraca do domu. Niby nic niezwykłego u nastolatka, lecz wydaje się, że ma silną wieź między sobą i nie ma między sobą żadnych tajemnic. Jednak sprawa wydaje się coraz bardziej niejasna, córeczka nie pojawiła się w szkole, ani na lekcji fortepianu, zaś w sprawę angażuje się policja.

searching1

Wydaje się, że będziemy mieli do czynienia z typowym thrillerem opartym na tajemnicy. Zaginęło dziecko, pojawiają się nie pasujące do siebie poszlaki, tworząc niepokojący obraz tajemnicy. Ale reżyser Aneesh Chaganty wpadł na jeden prosty trick tej opowieści: wszystko widzimy z perspektywy… ekranu komputera. Widzimy ojca korzystającego ze współczesnej technologii oraz próbującego rozgryźć tajemnicę za pomocą jej laptopa. Sama koncepcja jest więcej niż intrygująca, zaś oglądana na ekranie laptopa, wywołuje większą immersję. Początek, czyli historię rodziny poznajemy za pomocą prostego montażu, gdzie widzimy zdjęcia, filmiki, maile, dodając sporo świeżości.

searching2

Ta indywidualna perspektywa jest czymś absolutnie świeżym, choć sam przebieg intrygi wydaje się dość oczywistym. Pojawiają się kolejne tropy, podejrzenia, tajemnice, przez które nasz bohater krąży jak dziecko we mgle. Facebook, YouTube, Tumblr, Instagram – te wszystkie narzędzia pokazują kolejne elementy układanki, lecz jednocześnie okazują się kolejnymi pułapkami. Montaż tutaj pomaga potrzymać tempo, przez co byłem w stanie zanurzyć się w tej opowieści. Pojawia się parę wolt, zaskoczeń, wywracając parę rzeczy do góry nogami. Tylko, że samo zakończenie i wyjaśnienie wydaje się dla mnie naciągane oraz troszkę dziwaczne. Ale byłem w stanie uwierzyć w cała tą sytuację – pewnej bezsilności, braku zaufania oraz nieufności. I tego jest tutaj aż tak dużo.

searching3

Aktorstwo tutaj w zasadzie jest bardzo ograniczone, bo postacie (zwłaszcza drugi plan) są bardzo szczątkowo zarysowane. Wyjątkiem jest tutaj ojciec grany przez Johna Cho, skutecznie budując swoją zagubioną postać ze sprzecznymi emocjami, która od razu budzi sympatię. Rozumiałem jego bezradność, podejrzliwość, ból oraz cierpienie. Poza Cho wybija się jedynie Debra Messing w roli prowadzącej śledztwo detektyw. I w zasadzie jeśli chodzi o postacie to tyle.

„Searching” jest niemal klasycznym thrillerem, gdzie największym atutem jest tutaj strona formalna. I to bardzo pomaga wejść w może niezbyt odkrywczą intrygą, lecz parę razy potrafi zaskakiwać. Zgrabnie wykonana, z ciekawym konceptem, dodającym wiele świeżości.

7/10 

Radosław Ostrowsk

Tagi: thriller
23:59, radkino , kino
Link Dodaj komentarz »

Sam początek filmu jest dość zagadkowy: pewien młody chłopak biegnie przed siebie i zostaje zastrzelony gdzies przy śmieciach w ciemnej uliczce nocą. Pewien mężczyzna przejeżdżał rowerem przez okolicę i… cóż, to była jego ostatnia przejażdżka. Dzień później pod pociąg metra wpada pewna młoda kobieta. Jak się okazuje, pracowała jako analityk w politycznej komisji śledczej kierowanej przez Stephena Collinsa. Mało tego, kobieta byla kochanką polityka. Wtedy do gry wchodzi dziennikarz Washington Globe Cal McAffrey (także przyjaciel Collinsa) oraz młoda autorka politycznego bloga, Della Frye.

stan_gry1

Kevin Macdonald dla wielu kinomanów to przede wszystkim dokumentalista (“Czekając na Joe”, “Marley”, “Whitney”). Ale na początku swojej drogi udało mu się stworzyć dwie znakomite fabuły. “Stan gry” należy do tego grona, mimo bycia kinowym remakiem telewizyjnego serial z Wysp Brytyjskich. Reżyser bardzo powoli, ale za to precyzyjne pokazuje kolejne element układanki, pokazując niebezpieczny styk polityki z biznesem. I do czego są tak naprawde posunąć się duże korporacje do realizacji swoich celów. Wszystko wydaje się być powiązane z prywatną firmą ochroniarską PointCorp, której działania podczas wojny w Iraku doprowadziły do rzezi niewinnych. Tylko, czy oni są powiązani z mordestwami pani analityk oraz młodego złodzieja. Akcja nie pędzi, nie ma tu poscigów czy gwałtownych strzelanin (chyba, że mówimy o scenie w parkingu), lecz historia potrafi wciągnąć. Kolejne element układanki pokazują kolejne powiązania polityki, biznesu oraz mediów, których znajdują się niejako w rozkroku.

stan_gry2

Klimatem dzieło Macdonalda przypomina thriller z lat 70., gdzie wszystko opierało się na dialogach, spotkaniach w cztery oczy, przy zachowaniu środków ostrożności (rozmowa z informatorem wewnątrz PointCorp). A jednocześnie ciągle zadaje pytania o etykę dziennikarską, skupiając się na trzech postaciach: młodej blogerce, starym wyjadaczu oraz naczelnej, która musi brać także pod uwagę kwestie dochodów, by zadowolić nowych właścicieli. Co wtedy powinno się liczyć: prawda czy zysk? Jak połączyć te dwie sprzeczne cechy, czy można się przyjaźnić z kimś, kto jest bohaterem artykułu? Takie etyczne pytania dodają odcieni szarości, a sam twórca nie daje żadnej odpowiedzi ani lekcji.

stan_gry3

Poza fantastycznym scenariuszem, reżyser też znakomicie prowadzi aktorów. Znowu błyszczy Russell Crowe, choć wygląda bardzo “misiowato” I z długimi włosami jak hipis. To dziennikarz starej daty, który najpierw sprawdza, weryfikuje informacje, a nie wrzuca wszystko, co usłyszy. Podobno tacy dziennikarze jeszcze dzisiaj istnieją, ale są w bardzo śladowych ilościach I nie czuć w tym fałszu. Partnerująca mu Rachel McAdams jest absolutnie cudowna jako młoda dziennikarka z dużym potencjałem. Tworzy dość intrygujący duet, działający na zasadzie mistrz-uczennica, wyciągające wiele wniosków z tej współpracy.  Równie pozytywnie zaskakuje Ben Affleck w roli kongresmena Collinsa. Z jednej strony to ambitny, błyskotliwy polityk (sceny przesłuchań przed komisją – petarda), ale jednocześnie – jak każdy polityk – jest człowiekiem, pełnym słabości. Ale najbardziej jednak film kradnie Helen Mirren (niemal posągowa naczelna) oraz w małym epizodzie Jason Bateman (mocno narcystyczny Dominic Foy, zrywający z dotychczasowym emploi aktora).

Mimo, że fabuła zaskakuje parę razy, to końcówka skręca w stronę wątku z psychopatycznym zabójcą, co jest drobnym zawodem. Na szczęście, jest to jedyna poważna skaza tego filmu. Kapitalnego thrillera w starym stylu, bez wybuchów i strzelanin, lecz mimo to bardzo mięsistego, inteligentne poprowadzonego, z wyrazistymi postaciami oraz nie dającymi łatwych odpowiedzi na pewne pytania. Kino rozrywkowe zrobione z głową.

8,5/10 + znak jakości 

Radosław Ostrowski

Wiele osób zna takie słowo na F, które w połowie populacji wywołuje przerażenie. Feminizm u większości mężczyzn wywołuje pewien popłoch, nawet staje się stygmatem z narzuconymi kliszami, stereotypami, wynikającymi z poczucia strachu. Ale czym tak naprawdę jest feminizm? O tym opowiada ten dokument od Netflixa z roku 2018.

Punktem wyjścia dla całej opowieści jest… wystawa fotografii zrobionych przez Cynthię MacAdams w latach 70. Wtedy też zaczęła działać druga fala feminizmu, dotyczący tym razem kwestii bardzo poważnych: równouprawnienie na rynku pracy, kobieca seksualność i prawo do aborcji. A o tym wszystkim opowiadają panie, które na tych zdjęciach zostały uwiecznione. Cel tej opowieści wydaje się bardzo prosty: pokazać, co to znaczy feminizm oraz jakie były przyczyny tego ruchu. Pozornie może się wydawać klasycznym zbiorem gadających głów, jednak to wszystko potrafi złapać. Zwłaszcza, gdy zderzymy archiwalne obrazki z manifestacji oraz tymi samymi marszami po objęciu prezydentury przez Trumpa. I w głowie zadawałem sobie jedno pytanie: czy coś się tak naprawdę zmieniło?

feministki1

Odpowiedź może wydawać się zaskakująca, ale tak. Tylko, że to wszystko jest pokazane z perspektywy Amerykanów, gdzie wiele rzeczy trzeba było wykorzenić. Bo twórcy filmu bardzo szeroko patrzą na ten ruch oraz przypominają, jak do tego czasu patrzono na kobietę. Jakie miała być jej miejsce na świecie (bycie tą „grzeczną, dobrą kobietą – czytaj: żoną, matką, kurą domową), jakie jej miejsce wciskali inni mężczyźni, religia (wspomnienie spowiedzi, gdzie nie doszło do rozgrzeszenie z powodu… stosowania antykoncepcji), wreszcie społeczeństwo, stosując bardzo wielką presję („pozwalaj chłopakowi wygrać”). A jeśli dojdą do tego kwestie rasowe, wtedy dochodzi do prawdziwej iskry.

feministki2

Jednocześnie nie brakuje tutaj wpływu feminizmu na sztukę, gdzie można było przełamywać pewne bariery. Nie ważne, czy mówimy o kwestiach performance’u (historia kobiet za pomocą haftu i porcelany, którą politycy oskarżali o pornografię), tworzeniu filmów, sztuk teatralnych. Dzięki temu można było dotrzeć do szerszego grona odbiorców, pokazując jedno: ŚWIADOMOŚĆ.

Dla mnie ten film miał przede wszystkim wartość edukacyjną, bo zbiera cała wiedzę na temat ruchów feministycznych oraz jego wpływu na całą ludzkość. Ale jednocześnie pokazuje, ile jeszcze zostało do zrobienia. Szczególnie w krajach zdominowanych przez religijny fundamentalizm czy mocno zakorzeniony patriarchat.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Tagi: dokument
09:32, radkino , kino
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 220
| < Styczeń 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi
ministat liczniki.org
zBLOGowani.pl
Mediakrytyk.pl