niedziela, 09 grudnia 2018

Na ten film wszyscy fani komiksów oraz Kinowego Uniwersum Marvela. Nie powiem, że ja też na ten film czekałem. Bardzo polubiłem te postacie przez te 10 lat – to od groma czasu, który naprawdę wystarczy. No i wszyscy Avengersi musieli się zmierzyć z największym zagrożenie w historii, czyli Thanosa. Problem w tym, że grupa Obrońców rozpadła się: Stark i Rogers mocno się posprzeczali (trzecia część „Kapitana Ameryki”), Ant-Man i Hawkeye są w areszcie domowym, a reszta herosów jest rozproszona. Czy w ogóle nasi herosi mają szansę na zwycięstwo?

avengers_31

Bracia Russo już od samego początku zapowiadają, że będzie to zupełnie inne kino. Najpierw mamy radiowy komunikat, wołanie o pomoc oraz dosłownie masę trupów dookoła. To statek Thora, a Thanosa nie jest w stanie pokonać nawet Hulk (tak mocno oberwał, że nie pojawia się potem w ogóle). Powoli jednak nasi bohaterowie, czyli wszyscy uczestnicy filmów Marvela, otrzymują info o nim i próbują w każdy możliwy sposób powstrzymać to, co wydaje się nieuniknione. Oczywiście, ze wszystko polane jest szeroko pojęta rozpierduchą oraz kolejnymi próbami zdobycia kolejnych Kamieni Nieskończoności. Jednocześnie twórcy próbują (z powodzeniem) zbudować przeszłość związaną z Thanosem, a akcja przeskakuje z miejsca na miejsce. Mimo pozornego chaosu, cała historia wydaje się bardzo klarowna i jasno przedstawiona. Kilka postaci także zostaje pogłębionych jak Thor, który już nie ma niczego do stracenia czy Star-Lord, który musi dokonać bardzo dramatycznego wyboru. Rozbicie grupy na niejako mniejsze drużyny daje zaskakujące połączenia. Świetnie wypada relacja Thora z Rocketem oraz Starka z Parkerem, a także spięcia między tym pierwszym a dr Stange’m (natężenie ego przekracza dopuszczalne normy).

avengers_32

Realizacyjnie film wygląda olśniewająco (kręcony kamerami IMAX), bo jesteśmy w różnych częściach kosmosu. Wracamy też na stare rewiry, czyli Wakanda, siedziba Starka, nowojorskie Sanktuarium czy Knowhere (siedziba Kolekcjonera), ale są też równie interesujące miejscówki jak choćby kosmiczna kuźnia czy opustoszała, wyniszczona planeta Titan. To wszystko wygląda naprawdę okazale i nie miałem kompletnie poczucia sztuczności. Nie brakuje odrobinki humoru (na szczęście, nie zmienia całego filmu w komedię), zaś stawka gry czuć aż do finału. Także efekty specjalne trzymają swój wysoki poziom, wprawiając w zachwyt.

avengers_33

Aktorsko poziom został utrzymany, zaś sprawdzeni aktorzy już tak się zżyli ze swoimi postaciami, iż trudno mi sobie wyobrazić kogokolwiek innego. Najbardziej z tego grona wybija się Chris Hemsworth, którego Thor staje się zdesperowanym mścicielem, nie mającego już absolutnie nic do stracenia. Podobnie wyróżnia się Benedict Cumberbatch oraz Tom Holland, dodający odrobinę lekkości w historii. Z nowych znajomych nie można zapomnieć o Peterze Dinklage’u jako kowalu Eitrim (jakoś większy się zrobił). No i jeszcze jest Thanos, czyli Josh „Cable” Brolin. Na pierwszy rzut oka wydaje się bardzo dużym osiłkiem, który mógłby samymi pięściami rozwalić cały Wszechświat i wierzy w słuszność swoich działań. Zaś motywacja stojąca za jego czynami z jednej strony budzi przerażenie, ale z drugiej jego pobudki oraz przeszłość bohatera potrafią budzić współczucie.

„Wojna bez granic” zamyka trzecią fazę Kinowego Uniwersum Marvela z poważnym hukiem. Zamiast zwycięstwa mamy gorycz oraz strasznie brutalne żniwo i jedno pytanie: jak to wszystko odkręcić? A po napisach końcowych cisza i niedowierzenie pozostają na długo. Przynajmniej u mnie.

8,5/10 + znak jakości 

Radosław Ostrowski

Kolejny heros z bardzo bogatego uniwersum Marvela, który dostał swój własny film. Już pojawił się na chwilkę w trzeciej części przygód Kapitana Ameryki, jednak tutaj dali mu samodzielną opowieść dla T’Chali – króla Wakandy, który musi objąć władzę po śmierci swojego ojca. Kraina ta bardzo ukrywa się przed światem ze swoimi technologicznymi cackami, obawiając się świata zewnętrznego, ale będzie musiał się z nim zmierzyć. A wszystko z powodu tajemniczego Killmongera, pragnącego przejąć tron.

czarna_pantera1

Kolejny zdolny reżyser Ryan Coogler postanowił podjąć się wyzwania pracy przy dużym budżecie, robiąc własną wersję „Króla Lwa”. W dużym skrócie mamy walkę o władzę i dwie wizje rozwoju państwa, kłamstwo głęboko zakorzenione w historii kraju oraz powolne dojrzewanie do pełnienia swojej roli w państwie. Sam początek (czyli jak powstała Wakanda – świetnie wykorzystane efekty w tej scenie) robi imponujące wrażenie, tak samo jak sam kraj Pantery. Na pierwszy rzut oka wygląda jak jakieś zacofane państwo rolnicze w Afryce, lecz to wszystko jest zwykłą zmyłką. Z jednej strony są imponujące bronie, świetna infrastruktura oraz technologia czyniąca cuda (także medyczne), ale z drugiej jest przywiązanie do tradycji, kultury plemiennej (wyzwania przed uzyskaniem tronu czy rytuały związane z władzą), co tworzy bardzo interesujący miks. Sama intryga jest konsekwentnie poprowadzona, w niemal bondowskim stylu – scena w kasynie i dynamiczny pościg odpowiednio podkręcając adrenalinę.

czarna_pantera2

Bardzo powoli zostają odkrywane kolejne elementy intrygi, zaś większy nacisk jest tutaj postawiony na relację między T’Chalą a resztą jego najbliższych (ze wskazaniem na siostrę oraz byłą narzeczoną). Może i dialogi miejscami wydają się dość „oficjalne” w relacjach między mieszkańcami Wakandy, ale nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo. Same efekty specjalne są dość nierówne – o ile same gadżety oraz wygląd kombinezonu Kociaka wypada więcej niż dobrze, to finałowa potyczka z Killmongerem już nie robi takiego wrażenia. Nie zmienia to jedna fachu, że ogląda się z niekłamaną frajdą, w tle mamy symfoniczno-hiphopowe podkłady, a humor (choć w małych dawkach) pojawia się.

czarna_pantera3

I jest to naprawdę fantastycznie zagrane. Chadwick Boseman już się jako protagonista już miał szansę się pokazać, jednak tutaj światła reflektorów są skupione tylko na nim. Radzi sobie z tym fantastycznie, posiadając masę charyzmy, spokoju oraz siły. Ta kombinacja jest odpowiednio zachowana, lecz widać w jego oczach, że coś się w tej głowie dzieje. Że chce być bardzo rozważnym władcą. Jego przeciwieństwem jest równie wyrazisty Michael B. Jordan, czyli Killmonger. To nie jest typowy łotr, który jest zły, bo jest zły, co już samo w sobie jest dużą zaletą. To bardzo pewny siebie twardziel, naznaczony przez przeszłość oraz pragnący podzielenia się technologicznymi zdobyczami Wakandy. Ale jego motywacja budzi spory sprzeciw, choć nie można odmówić mu racji. W ogóle dominują tutaj czarnoskórzy aktorzy, co dodaje pewnego uroku, z czego część już osiągnęła rozpoznawalność (Daniel Kaluuya, Forest Whitaker czy Sterling K. Brown), a inni wykorzystują spore pole do popisu (Danai Gurira – czyli sztywna dowódczyni straży oraz Letitia Wright jako bardzo zdystansowana wobec tradycji oraz zafiksowana na punkcie technologii Shuri). Czy to oznacza, że nie ma tutaj białych postaci? Są tylko dwie istotne, ale sprawdzają się świetnie. Zarówno bardzo wyluzowany Andy Serkis (Ulysses Klaue), jak i powracający Martin Freeman (agent Everatt Ross) odnajdują się w swoich rolach bez problemu, miejscami kradnąc ekran.

„Czarna Pantera” pozornie wydaje się kolejnym origin story, gdzie poznajemy kolejnego bohatera. Jednak afrykański sznyt, pokazanie czarnej siły oraz pewne społeczne zacięcie czynią ten film o wiele ciekawszym niż się wydaje. Aż chce się jeszcze głębiej wejść w ten świat - tak bogaty, mieszający tradycję z nowoczesnością.

8/10

Radosław Ostrowski

sobota, 08 grudnia 2018

„Księga dżungli” Rudyarda Kiplinga zawsze inspirowała filmowców i inspirować chyba będzie. Ale w ostatnim czasie pojawiły się aż dwa podejścia do tego samego materiału. Najpierw Jon Favreau odtworzył w nowej formie wersję Disneya, a dla Warnera postanowił swoją wersję przedstawić Andy Serkis. Reżysera bardziej znamy dzięki kreacjom w technice motion capture, ale czy ta próba się udała?

Niby znamy tą opowieść o Mowglim – chłopcu, wychowywanym przez dżunglę (niczym Tarzan) oraz próbującym żyć wśród wilków. Niby człowiek, ale i nie do końca, bo próbuje kierować się zasadami, jakie wpaja mu niedźwiedź Baloo oraz pantera Bagheera. Problem w tym, że już na jego życie czyha tygrys Shere Khan, który zabił jego rodziców, a także strasznie bruździ po okolicy. Ludzie chcą go zabić, bo zabija ich zwierzęta, a pozostałe zwierzęta zwyczajnie się go boją.

mowgli1

Reżyser jednak zamiast kina stricte przygodowego kreuje o wiele bardziej surowy i mroczny obraz niż dwa lata temu Favreau. Porównania z poprzednikiem są nieuniknione, a co gorsza działają na niekorzyść filmu Serkisa. Niby reżyser chce zrobić o wiele dojrzalszy, poważniejszy film o poszukiwaniu swojej własnej tożsamości, gdzie Mowgli musi odnaleźć swoje miejsce w dżungli. Czy będzie tak jak inni ludzie ją eksplorował dla własnej korzyści, czy będzie może starał się żyć w symbiozie z naturą. Te pytania intrygują, pokazując inne oblicze znanej (przynajmniej z filmów) opowieści. I za tą odwagę podziwiam twórcę, ale mam wrażenie, że twórcy nie pozwolono pójść dalej w tym kierunku.

mowgli2

Bo parę wątków zostaje potraktowanych po macoszemu (kwestia wykorzystania ognia, który czyni z człowieka równie groźnego drapieżnika, co Shere Khan czy ostatecznego potwierdzenia swojego miejsca dla Mowgliego, tak jak próba odnalezienia się wśród ludzi), zaś relacje między ludzkim szczenięciem – jak jest nazywany Mowgli – a resztą stada bardziej przypomina kino familijne. Niby pojawia się miejscami krew (pierwsza próba zabicia Mowgliego przez Shere Khana) czy pokazano niebezpieczeństwa dżungli, ale jest tego zbyt mało. Muszę jednak przyznać, że w obrazku wygląda to nieźle – kamera w ręku Michaela Seresina potrafi pokazać surowy krajobraz, a wiele scen jak wyścig o dołączenie do stada czy Mowgli przyjęty przez ludzi w czym, co mógłbym nazwać rytuałem wygląda naprawdę porządnie. Scenografia oraz efekty specjalnie (zwłaszcza mimika zwierzątek) też cieszą oko, a etniczna muzyka dodaje klimatu.

mowgli3

Aktorsko jest naprawdę dobrze. Mowgli w wykonaniu Rohana Chanda wypada dobrze i przekonująco wokół całego otoczenia. W oczach widać jego zagubienie, a jednocześnie coraz bardziej rozwijającą się jego siłę, spryt oraz determinację. Za to głosowo największe wrażenie robi trio Christian Bale, sam reżyser oraz Benedict Cumberbatch. Pierwszy wciela się w Bagheerę, który ma dość ambiwalentną postawę i skrywa pewną tajemnicę, drugi jako Baloo jest bardziej szorstki oraz mniej przyjazny od oryginału, zaś trzeci w roli Shere Khana (to już drugi Khan w karierze Anglika) budzi postrach oraz przerażenie. I jeszcze bardziej tajemnicza Kaa z magnetyzującym głosem Cate Blanchett.

Ciężko mi jednoznacznie polecić nową interpretację „Księgi dżungli” od Serkisa, bo brakuje w niej zaangażowania, pomysłu oraz czegoś powalającego totalnie na kolana. Wydaje mi się, że twórcom związano ręce, by jeszcze bardziej zaszaleć z materiałem, dodając bardziej „brudnego” realizmu. Szkoda, bo potencjał był tutaj naprawdę duży i dało się z tego więcej wycisnąć.

6/10 

Radosław Ostrowski

Tagi: przygodowy
23:38, radkino , kino
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 grudnia 2018

Justa jest policjantką, samotnie wychowującą córkę i w trakcie separacji. Obecnie próbuje zorganizować obławę nad mordercą, który zabija swoich dawnych kolegów z wojska. Jednak akcja kończy się fiaskiem, bo sprawcą okazuje się barman oraz dawny znajomy ze szkoły. Udaje mu się zbiec, a Justa zostaje przymusowo skierowana na urlop. Zamiast jednak ogarnąć sprawy rodzinne, próbuje na własną rękę odnaleźć zbiega. Ten decyduje się porwać córkę policjantki, w zamian za ostatniego żywego członka ekipy.

odnajde_cie1

Dokumentalistka Beata Dzianowicz postanowiła spróbować swoich sił w pełnometrażowej fabule, będąca kryminałem. Sam punkt wyjścia może wydaje się ograny, ale można było z tego wycisnąć naprawdę dużo. Bo co może zrobić stróż prawa, kiedy zostaje postawiony pod ścianą? Gdy osoba najważniejsza w jej życiu zostaje zakładnikiem? Do tego w tle mamy jakąś niejasną kwestię związaną z przeszłością naszego złego – jakaś sprawa z próbą zrobienia jakiejś lewej forsy. Problem w tym, że cała ta intryga wydaje się nie tyle dziurawa, co zwyczajnie i brutalnie skrócona. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że ponad 80 minut to troszkę za mało. Reżyserka próbuje skondensować tyle wydarzeń, że żaden z wątków nie wybrzmiewa do końca. Ani życie prywatne Justy, jej walka o życie córki (a także z jej mężem o opiekę nad dzieckiem), ani samo dochodzenie zwyczajnie nie angażuje. Klisza kliszą pogania – porwanie córki, wszelkie próby kontaktu z przełożonymi (nagłe SMS-y), szef pozbawiony jednak wpływu na wydarzenia. No i jeszcze kilka zaskakujących popisów w postaci przyklejenia komórki taśmą klejącą do auta czy rozmowy z porwaną, gdzie sprawca nie reaguje na próby wyciągnięcia informacji.

odnajde_cie2

Nie tyle chodzi tutaj o brak logiki, bo opowieść jako tako jeszcze się trzyma kupy. Ale napięcia czy poczucia gry o wysoką stawkę po prostu nie czuć. I nie pomagają ani paradokumentalne zdjęcia Jacka Petryckiego, ani całkiem niezła muzyka. Dialogi miejscami nie są słyszalne, montaż bywa dość chaotyczny (finałowa konfrontacja to porażka), ale to ogląda się nawet nieźle.

Aktorsko też za bardzo szału nie ma. Ani Piotr Stramowski (sierżant Szutra), ani Michał Żurawski (Daro, szef Justy) zwyczajnie nie mają zbyt wiele do roboty. Dostali postacie pozbawione charakteru, wręcz szablonowe. Nawet Dariusz Chojnacki („Bacia”) nie przekonał mnie w roli czarnego charakteru. Jedynym mocnym punktem jest mało ograna Ewa Kaim w roli Justy. Bardzo szorstka, twardsza niż czołg policjantka, pełna ambicji oraz determinacji do pracy, a jednocześnie bardzo pragnąca dobra swojej córki. Ta postać z każdą sekundą zaczyna zyskiwać i staje się bardziej zniuansowana niż na pierwszy rzut oka. Ona trzyma ten film na swoich barkach, co budzi podziw.

odnajde_cie3

Powiem to wprost: „Odnajdę cię” nie jest udanym debiutem pani Dzianowicz. Za dużo tu klisz, za mało emocji, napięcia oraz zaangażowania. Niemniej nie jest to kompletny gniot, bo początek bywa niezły, a Kaim ma tyle charyzmy, że chce się ją oglądać. Mam nadzieję, że kolejne filmy reżyserki będą o wiele lepsze.

5/10 

Radosław Ostrowski

Tagi: thriller
12:47, radkino , kino
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 grudnia 2018

Stanley Yelants jest czwartym potomkiem z rodu Yelantsów, nad którym ciąży klątwa. Rodzice próbują stworzyć wynalazek do usunięcia smrodu z butów, jednak im to nie wychodzi. A żeby było mało kłopotów, to chłopak zostaje oskarżony o kradzież butów. Były one przekazane dla jednej ze szkół i spadły Stanleyowi prosto na jego głowę. Za karę zostaje skierowany do obozu Green Camp na 18 miesięcy. Tam wszyscy za karę muszą… kopać dziury w całej okolicy. Mając na celu zrobić z nich mężczyzn.

dziury1

Andrew Davis dla wielu kinomanów zawsze pozostanie twórcą kultowego „Ściganego”, czyli jednego z lepszych filmów akcji lat 90. Ale w 2003 roku postanowił zrobić film familijno-przygodowy pod szyldem Disneya, gdzie mamy dość sporą mieszankę. Opowieść ma tutaj masę poplątanych wątków, gdzie punktem wyjścia jest klątwa rodu Yelants. Masa wątków się tutaj przeplata ze sobą: historia rodziny Yelantsów miesza się z historią niejakiej Kate Barlow, która z nauczycielki zmienia się w wyjętą spod prawa bandytkę, a także przeszłością obozu. Który wcześniej był miasteczkiem z Dzikiego Zachodu. Nawet „opiekowanie” obozu zachowują się co najmniej absurdalnie, a sama historia dziwnie się gryzie ze sobą. Mieszanka westernu, kina przygodowego, familijnego oraz absurdalnego humoru dziwnie się gryzie ze sobą i za żadne skarby nie chce stworzyć spójnej fabuły. Poplątane wątki wywołują dezorientację, wszystkie postacie są bardzo kliszowe (grupa członków obozu), zaś główni źli są zbyt łatwi do odczytania.

dziury2

Reżyser próbuje ubarwić, bawi się montażem oraz zapodaje bardziej „współczesną” muzykę z gitarą akustyczną w tle. Ale to wszystko płynie, płynie i nie może kompletnie zaangażować. Broni się tylko relacja Stanleya z bardzo skrytym, wycofanym Zero. Nawet efekty specjalne (jaszczurki) wyglądają słabo, a finał jest dla mnie zbyt przesłodzony. Zbyt wiele jest tutaj zbiegów okoliczności, za mało mroku oraz dziur. Dziwne, że nikt do tej pory się nie zorientował o działalności tego obozu, bo już dawno powinien zostać zlikwidowany. Za bajkowe to cudeńko.

dziury3

Także aktorzy, choć się starają, tak naprawdę nie zapadają zbyt mocno w pamięć. Ani Jon Voight (pan Sir) czy Sigourney Weaver (naczelnik) zwyczajnie są, choć ten pierwszy wydaje się zbyt karykaturalny do tej postaci. Troszkę humoru wnosi Tim Blake Nelson (pan Pendanski). Ale tak naprawdę najlepiej prezentuje się Shia LaBeouf, dla którego był to debiut. Nie irytuje aż tak bardzo jak w późniejszej karierze, za to nadrabia swoim urokiem oraz determinacji. Jest też jeszcze Rosanna Arquette w roli Barlow, która wypada całkiem nieźle, choć jej przemiana jest zbyt szybka oraz szybko ta postać znika.

„Kto pod kim dołki kopie” to bardzo dziwne połączenie w dorobku Davisa, gdzie każdy z elementów nie zostaje w pełni rozwinięty. Niby western, ale zbyt prosty. Niby film przygodowy, ale nie wywołuje podniecenia. Zbyt familijnie, zbyt grzeczny oraz pozbawiony pazura.

5/10

Radosław Ostrowski

wtorek, 04 grudnia 2018

Po sukcesach MCU niemal każda wytwórnia próbuje zbudować jakieś swoje własne uniwersum. Część praw do postaci z komiksów firmy śp. Stana Lee miało 20th Century Fox (seria X-Men) oraz Sony Pictures (Spider-Man), więc było z czego budować. A po sukcesie wspólnego filmu o Spider-Manie z Tomem Hollandem („Spider-Man: Homecoming”), studio uznało, że jest w stanie pociągnąć samodzielnie serię wokół przeciwników Pajączka. I na pierwszy ogień ruszył „Venom”. Ale po kolei.

venom1

Poznajcie Eddie’ego Brocka – bardzo ostrego i bezkompromisowego dziennikarza śledczego, prowadzącego bardzo popularny program „Raport Brooka” (Internetowy hicior). Oprócz tego ma piękną dziewczynę, prawniczkę i bardzo trudny charakter, co doprowadził do zwolnienia z poprzedniej pracy. Dlatego zamiast Nowego Jorku, jesteśmy w San Francisco. I Eddie znów popełnia błąd, przeprowadzając wywiad z szefem Life Foundation, przez co traci wszystko. Z gwiazdy mediów w menela w ciągu pół roku. Ale wszystko się zmienia z powodu pewnej pani doktor, która prosi go o pomoc. Eddie się włamuje i zostaje zarażony symbiontem – kosmiczną flegmą, łączącą się z ludzkim ciałem.

venom2

Powiem krótko – „Venom” w reżyserii Rubena Fleischera („Zombieland”) jest dziwaczną hybrydą, nie wykorzystującą w pełni swojego potencjału. I niestety, ale studio wpierdoliło się w robotę reżyserowi. I tak z małego, skromnego filmu grozy z kategorią R, zrobił się klasyczny origin story z PG-13. Sama zamiana nie musiała być niczym złym, jednak historia jest zrobiona po sznurku, nie dając nic w zamian. Po drodze mamy wiele ciekawych wątków: dziwna relacja Eddiego z Venomem (okraszona odrobinką złośliwego humoru), która osłabia organizm naszego dziennikarza, szefa korporacji prowadzącego nielegalne eksperymenty czy samych symbiontów, próbujących wykorzystać ludzi jako „nosicieli”.

venom3

Ale sama intryga jest bardzo szablonowa i nie angażująca, żaden wątek nie zostaje w pełni rozwinięty. Niby toczy się dwutorowo (poza Eddiem jest jeszcze drugi symbiont próbujący dotrzeć do Life Foundation i ten wątek zajmuje sporo czasu), a wszystko kończy się standardową, nudną napierdalanką dwóch symbiotów oraz ich nosicieli. Same sceny akcji wyglądają całkiem nieźle (zwłaszcza pościg na motorze), ale efekty specjalne mocno walą po oczach. Wyjątkiem jest sam design Venoma, bardzo przypominający swój komiksowy pierwowzór. Miejscami aż się prosi o krew i posokę (sceny umierania „gospodarzy” i opuszczenia symbiontu aż chciałyby wyglądać niczym z body horrorów Davida Cronenberga – czemu odpuszczono to?), by dodać troszkę mroczniejszego klimatu. Jak choćby w scenie pierwszej walki Venoma, która bardzo skojarzyła mi się z „Upgrade”.

Jedyna rzecz, która trzyma ten film do samego końca, jest Tom Hardy w roli głównej. Zarówno, gdy trzeba pokazać jako zgorzkniałego, zmęczonego człowieka (w stylu klasycznego, cynicznego antyherosa), jak i ostatniego sprawiedliwego w tym świecie. Jego rozmowy z Venomem dodają troszkę pieprzu oraz charakteru temu filmowi. Bardzo przekonujący wariat. Cała reszta postaci jest tylko i wyłącznie dodatkiem, zmarnowanym przez twórców. Michelle Williams jako (była) dziewczyna tylko się snuje po planie, Riz Ahmed jako czarny charakter jest zwyczajnie nijaki (klasyczny korposzef), a cameo ze sceny po napisach wygląda zbyt groteskowo, by traktować go poważnie.

Niestety, ale mimo szczerych chęci nie jestem w stanie powiedzieć niczego dobrego o „Venomie”. Bez Toma Hardy’ego byłby to bezwartościowy śmieć, od razu skierowany na VOD, DVD czy inne streamingi. Być może powstanie ciąg dalszy, ale raczej nie będę na niego czekał.

5/10

Radosław Ostrowski

Tagi: SF
14:14, radkino , kino
Link Dodaj komentarz »

Być może Al Pacino swoje najlepsze lata ma już za sobą, ale jeszcze nie zamierza przechodzić na emeryturę. Nawet jeśli nie jest w swojej życiowej formie i trafia na niezbyt dobre scenariusze. Czasem jednak pojawia się taki film, jakiego nie jestem w stanie mocno ugryźć.

manglehorn1

A.J. Manglehorn jest człowiekiem, który jest ślusarzem. Samotnik, mieszkający z perskim kotem, wycofany człowiek, ciągle żyjący przeszłością. Nie potrafi zapomnieć o kobiecie swojego życia, niejakiej Claire. Poza tymi informacjami obserwujemy jego dzień powszechni: wizyta w banku i rozmowa z kasjerką, a to wizyta u syna, spacer w parku czy granie na jednorękim bandycie. Trudno mi w przypadku filmu mówić o fabule, bo to ciąg scenek z życia Manglehorna. Człowieka skrywającego poważną tajemnicę, bardzo wycofanego i w relacjach z ludźmi bardzo szorstkiego. Brzmi jak coś co mogło wypalić? Problem w tym, że scenariusz zwyczajnie wydaje się dziwny. Sama historia jest niemal klasycznym snujem, zaś informacje o naszym bohaterze poznajemy w dwójnasób. Pierwsza to czytane z offu listy do Claire, zwracane do adresata. Drugi zaś sposób to opowieści o Manglehornie, przekazywane przez innych ludzi (syn-biznesmen, kasjerka, były uczeń – obecnie właściciel solarium). I wtedy robią przebitki na opowiadacza, na dwie sekundy wracamy do Manglehorna i tak przez parę minut. Wygląda to dość dziwacznie, tam samo jak nakładające się na siebie przejścia montażowe, co wywołuje jeszcze większą konsternację.

manglehorn2

Niby chce być bardzo poetycki (jak „Paterson”) i parę powtarzających się momentów – przyklejony do skrzynki, przewijające się balony, jakiś mim – z drugiej mamy to serwowane skrawki informacji o Manglehornie, solidnie granym przez Ala Pacino. I to właśnie ten aktor przykuwa uwagę samą obecnością na ekranie, wcielając się kolejny raz w zmęczonego, zgorzkniałego starca. Jedyną wybijającą się postacią jest kasjerka prowadzona przez Holly Hunter, która próbuje przebić się do skorupy naszego bohatera, co nie jest wcale takie proste.

To trudny film, którego realizacja mocno przypomina jakieś amatorskie, niezależne kino, próbując przypomnieć o klasie Pacino. Ten cel się udał, ale sama historia zwyczajnie nie angażuje i wygląda bardzo partacko (zwłaszcza w montażu), co utrudnia czerpanie frajdy z seansu.

5/10

Radosław Ostrowski

Tagi: dramat
10:53, radkino , kino
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 grudnia 2018

Im bliżej grudnia, czym częściej ma się ochotę na filmy bożonarodzeniowe. Swoją świąteczną opowieść trzy lata temu zaprezentował Jonathan Levine, lecz do polskich kin „Cicha noc” nie trafiła. Ale sama historia nie jest skomplikowana: mamy paczkę trzech kumpli, z czego jeden z nich stracił rodziców w Święta. Ethan (niespełniony muzyk), Isaac (prawnik, mąż i ojciec) oraz Chris (popularny sportowiec) przez 13 lat spędzają wspólnie ten okres, ale te Święta mają być tymi ostatnim spędzonymi razem. a celem ma być legendarny Bal u Dziadka do Orzechów.

cicha_noc_20151

Z założenia film jest dość lekką, miejscami głupawą komedią, gdzie humor miejscami jest naprawdę po bandzie, przypominając inne komedie dla dorosłych. Bo nasi herosi chcą ostatni raz zaszaleć, zajarać dragi i może jeszcze zaliczyć jakąś laskę. Każdy z panów jest innego wyznania, co potrafi wywołać ostre żarty (scena w kościele), ale ma pewne swoje lęki i demony do pokonania: obawy przed odpowiedzialnością, utrata najbliższych, wielka sława oraz akceptacja nowych znajomych. Oraz jedna kwestia – jak powinna funkcjonować przyjaźń. Czy w ogóle jest możliwe jej utrzymanie, mimo obowiązków, znajomych i rodziny. I to pytanie pada między kolejnymi (grubymi) żartami oraz wydarzeniami. Czy to jest komedia a’la „Kac Vegas”? Nie jest aż tak szalona, choć jest kilka rozbrajających scen (wspólne śpiewanie „Christmas in Hollies”, prosty gag z zamianą telefonów czy początek czytany przez…. Tego wam nie powiem, w finale się wyjaśnia).

cicha_noc_20152

Levine zgrabnie balansuje między wątkami oraz postaciami, mimo że w pewnym momencie postacie się odłączają. Są pewne odniesienia do „Opowieści wigilijnej” (dragi przywołujące wspomnienia albo pokazujące przyszłość), niemal beztroska zabawa oraz miejscami mocno oniryczne sceny w postaci wejścia na imprezę czy finału. No i jeszcze lekkie narkotyczne schizy Isaaca, który samą obecnością potrafi rozbroić, stanowiące spore źródło humoru.

cicha_noc_20153

Udaje się też zebrać naprawdę świetną obsadę. Jest świetna chemia między triem naszych protagonistów: troszkę poważniejszy Joseph Gordon-Levitt (Ethan), ciągle zabawny Seth Roger (Isaac) oraz Anthony Mackie (Chris). Cała ta trójka świetnie wygrywa swoje postacie oraz pewne problemy z jakimi muszą się zmierzyć. Wszystko jest jasno wyklarowane, więzi są silnie zarysowane i wiarygodne. Ale drugi plan kradnie tutaj Michael Shannon jako tajemniczy pan Green – niby zwykły diler, ale okazuje się kimś więcej, pełnym mądrości gościem. A jednocześnie jest bardzo powściągliwie zagrana postać. Są też niezłe panie (najbardziej wybija się Lizzy Caplan oraz Mandy Keating), będące pewną wisienkę na torcie.

„Cicha noc” to dla mnie ostatni udany film Levine’a, potrafiący rozbawić i zmusić do refleksji. Miejscami balansuje na granicy smaku (zdjęcia z penisami), przez co bywa wręcz wywrotowy, jednak to wszystko nie przekracza poczucia dobrego smaku. Czysta, miejscami szalona akcja.

7/10

Radosław Ostrowski

Sam pomysł na ten film wydaje się bardzo prościutki. Bohaterami jest młode małżeństwo, które przechodzi bardzo poważny kryzys. Wszystko z powodu straty dziecka przy porodzie. Każdy pretekst staje się dobry do rozpętania kłótni: nieposprzątane naczynia, kwestie wagi, niespełnione marzenia oraz projekty. Nawet wizyta u terapeuty nie były w stanie pomóc, więc wpadają na dość szalony pomysł: by o wszystkich swoich problemach… zaśpiewać.

grupa_wsparcia1

„Grupa wsparcia” to przykład filmu skromnego, kameralnego, niezależnego tytułu, który sprawia wrażenie bardzo trudnego w ocenie. Dlaczego? Bo scenariusz sprawia wrażenie pisanego nie tyle na kolanie, co kompletnie improwizowany i bardzo cienko wiążący ze sobą wszelkie sceny. Niby jest to komediodramat, tylko że ani ten dramat nie angażuje, zaś humor praktycznie też nie istnieje (może poza dzieckiem o imieniu… Isis). Reżyserka Zoe Lister-Jones (także napisała – chyba – scenariusz oraz zagrała główną rolę) próbuje dotknąć kwestii bycia w związku niespełnionym. To życie miało wyglądać zupełnie inaczej: zamiast radości i szczęścia, stagnacja, poczucie niespełnienia oraz powolne gnicie od środka. Praca nie dająca satysfakcji (ona wozi ludzi Uberem, on nie potrafi znaleźć niczego na stałe), brak wsparcia najbliższej osoby, wzajemne pretensje oraz brak zrozumienia. Te momenty kłótni potrafią mocniej zaangażować, tak samo jak całkiem fajne piosenki.

grupa_wsparcia2

Problem jednak w tym, że cała historia nie angażuje i jest wręcz usypiający. Aktorzy starają się (szoł kradnie Fred Amilsen jako sąsiad-perkusista-seksoholik), a między głównymi bohaterami jest wyczuwalna chemia – ładnie zagrany ten duecik (reżyserka oraz Adam Pally) daje odrobinkę satysfakcji. Ale reszta postaci jest zwyczajnie tłem, stanowiący randomowy zbiór bez charakteru.

„Grupa wsparcia” kompletnie nie angażuje, nie potrafi zmusić uwagi widza. Zamiast tego zwyczajnie przysypia, nudzi i sobie tak płynie niczym muzyka w tle. Niby sobie coś tam gra, dzięki czemu możemy sobie skupić na robieniu innych rzeczy. Na przykład nie marnować czasu na oglądanie "Grupy wsparcia", bo o nim szybko zapomnicie.

4/10 

Radosław Ostrowski

niedziela, 02 grudnia 2018

Kto nie pamięta Predatora? Ten kosmiczny przybysz, specjalizujący się w polowaniu, mordowaniu istot, którym wyrywa kręgosłupy. No i jest ostrym, bezwzględnym sukinsynem. Pierwsza część zrobiona przez Johna McTiernana to otoczony wielkim kultem klasyk, będący mieszanką kina akcji z horrorem SF. Potem kolejne części mocno osłabiły całą serię, która jest już dawno zaorana, pozamiatana i niemal uznana za martwą. Teraz postanowił do niej wrócić Shane Black – ceniony (przynajmniej przeze mnie) scenarzysta i reżyser, który grał w pierwszym „Predatorze” jako Hawkins. No i zginął pierwszy. Teraz przyszedł czas zapłaty. :)

Ku mojemu zdumieniu, nowy film Blacka to… sequel franczyzy, mocno czerpiący z poprzednich części. Naszym głównym herosem jest Quinn McKenna – snajper, który wyrusza do Meksyku z zadaniem odbicia zakładników z ręki kartelu narkotykowego. Jednak cały plan idzie w pizdu, gdyż wkrótce rozbija się statek kosmiczny. Mężczyzna odnajduje troszkę sprzętu niejakiego Predatora i decyduje się wysłać te cacka jako paczkę do swojej rodziny (żona oraz syn z autyzmem), z którą jest w separacji. Na jego nieszczęście syn uruchamia i zaczyna bawić się tym, doprowadzając do pojawienia się kolejnego Predzia, który wziął więcej koksu niż wszyscy przypakowani twardziele kina akcji razem wzięci. To oznacza jedno: wielkie kłopoty.

Szczerze mówiąc, nikt nie był pewny, co z tym wszystkim można jeszcze zrobić. A reżyser postanowił się troszkę tym uniwersum pobawić. Mamy tu klasyczne elementy franczyzy z różnych części. Jest obowiązkowy Predator, czyli kosmiczny bydlak z wypasionym sprzętem zdolnym do mordowania i likwidowania swoich przeciwników, że głowa mała. I ten design nadal się świetnie trzyma, chociaż – spojler – Predzio dość szybko ginie, przez jeszcze bardziej przykokszonego SuperDuperPredatora. Jest tej tajny agent oraz spore laboratorium, badające technologię kosmicznego łowcy, gdzie dołącza pani biolog. No i jeszcze przypadkowo zbieranina wojaków z lekko odchyloną psychiką pod wodzą Quinna. Do tego jeszcze zostaje wplątany syn żołnierza, który ma spektrum autyzmu (co jak się okaże, jest dość istotne dla intrygi) i mamy dość spory bigos, w którym ciężko się połapać.

Zresztą sam Black komplikuje wszystko zmieniając wiele niemal kanonicznych kwestii (motywacje Predatorów) oraz robiąc z tego… komedię polaną sosem z horroru akcji. Reżyser znany był z tworzenia opowieści pełnych czarnego humoru, jednak tutaj wszystko jest obrane w żart. O ile jeszcze w przypadku naszej wariackiej ekipy, byłbym w stanie to zrozumieć, bo to wariaci, czubki i świry. Ale w przypadku głównego ludzkiego antagonisty, który podchodzi do sprawy zbyt luzacko, jest to niedopuszczalne. Przez to pajacowanie i śmichy hihy kompletnie nie czuć napięcia, a postacie praktycznie mnie nie obchodziły. Oprócz tego, że są bardzo słabo zarysowane (troszkę wojacy są pogłębieni, ale bez przesady), to ich ewolucja bywa wręcz niewiarygodna (pani biolog z wystraszonej kobiety zmienia się w twardego niczym Rambo superstrzelca – jak wiadomo na biologii, strzelanie to podstawa). Bzdura pogania tutaj bzdurę, akcja zasuwa jak szalona, zaś sens i logika postanowiły zrobić sobie wolne.

Żeby jednak cesarzowi, co cesarskie, są pewnie plusy tego dzieła. Po pierwsze, Black fetyszyzuje tytułowego bohatera oraz jego ekwipunek. Po drugie, nie brakuje odniesień do klasycznego „Predatora” (włącznie z finałową konfrontacją w lesie), co może wywoływać sentyment fanów starego dzieła. Po trzecie, jest krwawo i brutalnie, a sama akcja wygląda naprawdę porządnie. Także jest chemia między naszą pokręconą ekipą żołdaków, która z każdą sekundą zaczyna nabierać kolorytów (najbardziej zapada w pamięć niejaki Nebraska „Gaylord” Williams oraz pokręcony duet Coyle-Baxley). I nawet ten humor miejscami potrafi trafić, dostarczając sporo śmiechu.

Ciężko mi ocenić to, co odpierdolił tutaj Shane Black. Z jednej strony potrafi dostarczyć odmóżdżającej rozrywki, ale z drugiej to nie takiego „Predatora” się spodziewałem. Niby jest krwawo i brutalnie, ale zbyt śmiesznie i niepoważnie, przez co nie czuć napięcia ani zagrożenia. Dobrze się to ogląda, jednak nie jest to tak fajny film, jaki mógłby powstać. Mimo niezłej oceny, to jeden z największych rozczarowań tego roku.

6/10 

Radosław Ostrowski

piątek, 30 listopada 2018

Coraz bliżej Święta, coraz bliżej Święta… - jak wiadomo, powoli zaczyna się zbliżać, a wtedy pojawiają się choinki, dzwoneczki oraz filmy z pewnym kolesiem w czerwonym stroju. Nie, nie jest to Deadpool, tylko koleś zwany świętym Mikołajem. Wiecie, gość wręczający prezenty w jedną noc, nikt go nie widzi i jego obecność przyjmuje się na wiarę. Tym razem swoją opowieść postanowił pokazać Netflix, wsparty tutaj producencką ręką Chrisa Columbusa (kultowy Kevin, co dwa razy był sam w domu).

kronika_swiateczna1

Sam punkt opowieści jest bardzo prościutki: mamy rodzinę, która straciła ojca-strażaka. Matka pracuje jako pielęgniarka w szpitalu, zaś dwoje dzieci coraz bardziej się od siebie oddala. Starszy brat (Teddy) nie wierzy w bzdury o Mikołaju i idzie na kolizję z prawem, zaś jego siostra (Kate) wydaje się tą bardziej naiwną, pocieszną oraz tą „grzeczną”. Ciężko utrzymać tą więź. W noc wigilijną dziewczynka znajduje na jednej z nagranych taśm pewną rękę z prezentem. Przekonuje brata, by sfilmować i „upolować” świętego Mikołaja. Żeby udowodnić jego istnienie, co w pewnym sensie się udaje. ale problem w tym, że sanie zostają rozbite, renifery zaginęły, a worek z prezentami odleciał w siną dal. Czyżby tegoroczna Gwiazdka miała się zakończyć katastrofą?

kronika_swiateczna2

Reżyser Clay Kaytis realizuje klasyczny film familijny, jakiego możecie się spodziewać. Każdy problem zostaje dość szybko rozwiązany, humor jest miejscami bardzo slapstickowy (wręcz ograny do bólu), a finał jest równie oczywisty jak kolejność dni w tygodniu. Są renifery? I nawet ładnie wyglądają, elfy też potrafią być urocze (z wyjątkiem jednego narwańca), a w tle czuć klimat świąt, co także jest zasługą muzyki. Wiadomo, jak to się skończy: prezenty zostaną dostarczone, Mikołaj będzie szczęśliwy, a dzieciaki odnowią swoją więź, pokonując pewne demony. Historia nie porywa, ale ogląda się całkiem nieźle.

kronika_swiateczna3

Najbardziej podobała mi się wizja świata św. Mikołaja. Facet ma dość wypasione sanie (mogą być nawet lekkim samolotem) oraz kilka gadżetów – lokalizator worka, będącego wrotami do domu świętego oraz jego ekipy elfów, zaś sam odnosi się z dużym dystansem do swojego medialno-popkulturowego wizerunku. Jego zderzenie z rzeczywistością staje się źródłem kilku zabawnych sytuacji (scena w areszcie, gdzie wykonuje koncert niczym dawni Blues Brothers), zaś rozpoznawanie swoich podopiecznych, gdy jako dzieci prosili o prezenty, też sprawia troszkę frajdy.

Samo aktorstwo jest poprawne, ale jest jeden mocny punkt: święty Mikołaj. Ale czy może być inaczej, jeśli tą postać gra sam Kurt Russell? I ten Mikołaj jest absolutnie cudowny: z jednej strony wierzy mu się, potrafi wyczarować różne prezenty, chociaż wygląda na troszkę starszego i mniej zadbanego, z drugiej ma masę luzu, dystansu oraz wnosi lekkość tej postaci. Zawsze pozostaje przekonujący, odpowiednio charyzmatyczny, a jednocześnie bardzo jowialny. I jego obecność nakręca ten cały film (tak jak krótki epizod pani Mikołajowej – sami zobaczycie, kto się wcielił w tą postać).

Jaka jest ta „Kronika świąteczna”? Całkiem fajna, chociaż trzeba bardzo mocno zawiesić oko na wydarzenia ekranowe. Lekki, niezobowiązujący seans z rodziną w towarzystwie najbardziej cool Mikołaja w historii. Czy można się rozczarować?

6/10

Radosław Ostrowski

Tagi: familijny
14:07, radkino , kino
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 listopada 2018

Po wielkim sukcesie jakim był debiutancki „Sokół maltański”, reżyser John Huston w ciągu zaledwie roku pokazał swoje drugie dzieło. Ku zaskoczeniu wszystkich nie był to „męski” film, lecz obyczajowy dramat oparty na powieści niejakiej Ellen Glasgow. Zaś na głównym planie są dwie postacie kobiece. Wszystko toczy się wokół dwóch rodzin, które prowadziły firmę zajmującą się produkcją tytoniu (firma Fitzroy-Timberlake). Tam mieszkały przez pewien czas dwie kobiety – opanowana, rozważna, stabilna Roy oraz dość rozpuszczona, lubiąca zabawę Stanley. Wszystko zaczyna się w momencie, kiedy decyduje się porzucić swojego narzeczonego (mecenas Craig) i zabiera ze sobą Petera – świetnego lekarza oraz… narzeczonego jej siostry. Bierze z nim ślub i ucieka aż do Baltimore.

takie_nasze_zycie1

Reżyser opowiada historię dwutorowo, z perspektywy obydwu pań, pokazując dwie strony wychowania. Z jednej strony spokojną, ale powoli dochodzą do swojej ścieżki Roy oraz bardzo egoistyczną, skupioną na zabawie, pozbawionej poczucia odpowiedzialności Stanley. Każda z tych ścieżek prowadzi do innych kierunków. Ale tak naprawdę najważniejsza jest ścieżka blondwłosej siostry, której los pozostawał dla mnie najciekawszy. Dlaczego? Bo nie było do końca wiadomo, czy w końcu weźmie odpowiedzialność za swoje czyny, czy dalej będzie próbowała uciekać. Nawet jeśli w jej życiu dochodzi do coraz bardziej dramatycznych sytuacji.

takie_nasze_zycie2

Więcej nie chcę wam zdradzić, bo to na nich opiera się cała opowieść. Bardzo statycznie wykonana, niemal w bardzo teatralnym stylu. Akcja ograniczona do kilku miejscu, gdzie pojawia się maksymalnie około 5 postaci (a nawet mniej), w całości opartej na niezłych dialogach. Problem w tym, że ta konwencja do mnie nie dotarła, a reżyser nie potrafił docisnąć gazu tam, gdzie trzeba było. Choć całość wygląda naprawdę nieźle, kompletnie nie byłem w stanie się zaangażować, zaś przebieg wydawał mi się dziwnie łatwy do przewidzenia. Może nie koniecznie w szczegółach, ale ogólny zarys już tak.

takie_nasze_zycie3

Mimo upływu lat aktorsko wypada więcej niż przyzwoicie, a każda postać jest sensownie napisana, zagrana i wyrazista. Największe wrażenie wywołuje ekspresyjna Bette Davis (Stanley), której zwyczajnie było mi żal, chociaż ekspresyjna jest bardzo (w momentach, kiedy wszyscy chcą jej pomóc, ale odbiera to jako atak oraz szczucie), bez popadania w karykaturę czy przerysowanie. Równie wyrazisty jest Charles Coburn (wuj William) – pełen temperamentu, niepozbawiony sprytu kapitalista, przekonany o swojej sile oraz lękiem do lekarzy. Kontrastem dla tej pary jest pozornie spokojna Olivia de Havilland (Roy), która dość szybko zbiera się do kupy, coraz bardziej rozedrgany Dennis Morgan (dr Peter) oraz zachowujący spokój Frank Craven (Asa Timberlake).

„Takie nasze życie” z dzisiejszej perspektywy może wydawać się statycznym, nudnym dramatem obyczajowym, gdzie z góry wiadomy jest przebieg wydarzeń. Huston zrobił dość solidne kino obyczajowe w lekko teatralnym stylu. Tylko, że niezbyt to angażuje.

6,5/10 

Radosław Ostrowski


Czy zdarzało wam się obejrzeć animację z Dalekiego Wschodu, ale nie było to dzieło studia Ghibli? Tak mi się zdarzyło, bo film „Duzy ryba i begonia” to produkcja z potężnych Chin i opiera się na ich mitologii. Dlatego dla takich osób jak ja, seans mógł być nieczytelny, co jednak nie stało się.

Wszystko toczy się w dwóch światach. Pierwszy świat to świat tzw. Innych – istot humanoidalnych, którzy posiadają moc od Matki Natury i jako dzieci przez siedem dni odwiedzają świat ludzi. Problem w tym, że nie można pozwolić sobie na bliższy kontakt ze światem ludzi, bo już się z niego nie wraca. Osobniki te są zamieniane w delfiny. Jedną z takich osób jest Chen – młoda dziewczyna, która wchodzi w ten nowy świat. Ale siódmego dnia nasza delfinica wpada z siatkę, a podczas ratunku mężczyzna wpada w wir. Po powrocie Chen czuje się bardzo winna, więc decyduje się zawrzeć targ ze strażnikiem dusz – dusza chłopaka (pod postacią ryby) w zamian za połowę jej życia. Konsekwencje tego interesu mogą mieć poważne perturbacje.

duza_ryba11

Muszę przyznać, że sama ta historia wydaje się bardziej uniwersalna niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Mamy tutaj miłość, odpowiedzialność za innych oraz poważne zaburzenie dwóch światów. Magia tutaj ma swoją istotną rolę. W ogóle nasi główni bohaterowie (Chin oraz chłopiec Qiu) wydają się zaledwie pionkami, próbującymi zawalczyć o swoje szczęście. Pojawiają się kolejne elementy układanki oraz komplikacje związane z naszą rybką. Natura zaczyna świrować (opady śniegu podczas lata czy bardzo gwałtowne ulewy), kolejne próby ukrywania ryby coraz bardziej wywołują się pętlę na jej szyi. Napięcie coraz bardziej ulega intensywności aż do bardzo smutnego finału.

duza_ryba21

Sama animacja to połączenie klasycznej kreski z komputerowymi efektami, przy różnych niesamowitych obrazach. Wiele z tych scen wygląda zwyczajnie imponująco: żółwie płynące z chmur, gwałtowna ulewa czy wszelkie „efekty specjalne”. I co najciekawsze, to połączenie tworzy bardzo spójną wizję. Zwykła kreska, kojarzona z japońskich animacji, też wygląda pięknie, pełna kolorów oraz pomysłowo wyglądających postaci nadprzyrodzonych (tajemniczy handlarz dusz) i czarów. Niektóre z tych kadrów w pamięci zostaną na bardzo długo.

duza_ryba31

„Duża ryba i begonia” dla fanów animacji azjatyckich jest pozycją obowiązkową. Choć może samo funkcjonowanie tego świata wydaje się dość uproszczone i nie zawsze jasne. Nie mniej bardzo silne wrażenia wizualne, całkiem niezły polski dubbing (z mniej znanymi aktorami) oraz klimatyczna muzyka tworzy bardzo intrygujące doświadczenie. Raczej dla bardziej dojrzałych kinomanów.

7/10

Radosław Ostrowski

Tagi: animacja
17:26, radkino , kino
Link Dodaj komentarz »

II Rzeczypospolita była różnie oceniana z perspektywy czasu. PRL bardzo ostro odnosił się do tych czasów, pokazując bardzo jaskrawe, ciemne karty, zaś o marszałku Piłsudskim można było pisać albo źle albo wcale. Z kolei po 1989 roku, odnosząc się do tradycji Polski przedwojennej mówiło się o niej (głównie na scenie społecznej i politycznej) albo dobrze, albo w sposób kryształowy. A jaka jest prawda tego okresu? Bliżej jej do czasów nam współczesnych, gdzie zachłyśnięci wolnością, próbujemy się odnaleźć w nowej rzeczywistości, ale jednocześnie trwała bezpardonowa polityczna walka. Czy jest możliwa szansa na przedstawienie w miarę obiektywnej prawdy na temat tego okresu? O dziwo, było kilku śmiałków mierzącym się z tym okresem, ale nikt tego nie zrobił tak jak Jerzy Kawalerowicz w „Śmierci prezydenta”.

smierc_prezydenta1

Cała historia skupia się na dwóch postaciach, których los przeciął się w sposób bardzo brutalny. Gabriel Narutowicz był inżynierem, który przebywał niemal całe życie w Szwajcarii, osiągając tytuł profesora. Po śmierci żony zdecydował się wrócić do kraju, gdzie został członkiem rządów – najpierw jako minister robót publicznych, potem szef MSZ. Drugim był Eligiusz Niewiadomski. Malarz, historyk sztuki, prawicowiec, wręcz fanatyk. Punktem oraz przestrzenią czasową był grudzień 1922: pierwsze wybory prezydenckie, zaskakująca wygrana Narutowicza oraz jego śmierć podczas wystawy w Zachęcie.

smierc_prezydenta2

Reżyser postanowił wykorzystać wszystkie dostępnie materiały źródłowe do odtworzenia tej politycznej burzy. Kiedy to prawica (PSL „Piast”, Chrześcijański Związek Jedności Narodowej zwany „Chjeną”) i lewica (PPS, PSL „Wyzwolenie”) zaczęły prowadzić wojnę między sobą. Wszelkie próby kompromisu wydają się niemożliwe, zaś na wierzch wyłażą ksenofobia, nacjonalizm skryty pod hasłami patriotyzmu oraz przywiązania do tradycji. Prawicowy politycy (w tym także duchowni – jakim cudem księża mogli być posłami, nie mam k***a pojęcia) zaczęli podsycać nienawiść oraz wrogość wobec Narutowicza. Organizowane są manifestacje, w dzień ślubowania ulica jest blokowana przez bojówki, a posłowie blokowani, zamykani, bici. A policja się tylko przygląda. Czy te obrazki nie wyglądają dziwnie znajomo? Te podziały oraz bariery nie wzięły się z Księżyca, ani z powietrza. I to wszystko mimo 40 lat na karku nadal budzi przerażenie oraz niedowierzanie. Choć muszę przyznać, że Kawalerowicz jest stronniczy (tutaj lewica jest traktowana bardzo łagodnie, mimo że nie pozostawali dłużni drugiej stronie sporu), obrazki ulicznej zadymy zostają w pamięci na długo, zaś realia tego okresu i postawy polityków nie budzą poważnych zastrzeżeń.

smierc_prezydenta3

To jednak tylko jedna strona narracji. Druga, przeplatająca się z wyborami, to mowa sądowa Eligiusza Niewiadomskiego (też oparta o akta sądowe), który w całkowitym mroku opowiada o tym, co go zmotywowało do dokonania morderstwa, chociaż początkowo jego celem był Piłsudski. Te fragmenty bardzo silnie pokazują, jak propaganda, polityczne wojenki doprowadzają do wypaczenia umysłu, skręcającego ku radykalizmowi. I tego należy za wszelką cenę uniknąć oraz kontrolować.

Kamera, niczym reporter, pozostaje cały czas w ruchu, nawet podczas pozornie statycznych i nudnych scenach („przeskoki” na posłów podczas ślubowania, dynamicznie zrobione sceny rozmów podczas głosowania prezydenckiego czy podczas wizyty w Zachęcie), dodając im energii oraz nastroju powagi. Jednocześnie podkreśla pewna polityczną gorączkę oraz podsycający konflikt (przemowy w Sejmie), który zaczyna się wymykać spod kontroli, o mały włos nie doprowadzając do upadku państwa. Wyjątkowo brutalna prawda o naszej „chwalebnej” drugiej RP.

smierc_prezydenta4

Choć pojawia się wiele twarzy, nazwisk oraz postaci, tak naprawdę liczą się tylko dwie i obydwie są zagrane po mistrzowsku. Narutowicz w wykonaniu Zdzisława Mrożewskiego to postać przechodząca pewną ewolucję. Początkowo troszkę zaskoczony wyborem, stając się niejako prezydentem mimo woli (nie zgłaszał swojej kandydatury i w ogóle nie planował uczestnictwa), z czasem coraz bardziej jego spokój oraz opanowanie stają się bardzo mocnymi cechami. Prezydent stara się z godnością dzierżyć swój urząd, stając się niemal niewzruszonym monolitem, nie cofającym się wstecz. Kontrastem dla niego jest Niewiadomski w interpretacji Marka Walczewskiego. Bardzo impulsywny, gestykulujący, wręcz ożywiony, z obłędem w oczach. Słuchanie jego przekonań oraz rozumowania budzi autentyczne przerażenie. Te dwie role dźwigają ten film, chociaż na drugim planie mamy takie postacie jak Józef Piłsudzki (świetny Jerzy Duszyński, zawsze budzący respekt samą obecnością), Wincenty Witos, generał Haller czy marszałek Sejmu, Maciej Rataj. Niemniej ten korowód postaci nie wywołuje konsternacji oraz zagubienia, czego spodziewałem się w trakcie seansu.

„Śmierć prezydenta” to kino kameralne i monumentalne jednocześnie (jak „Faraon”), które z wnikliwością odtwarza okres Polski tuż po odzyskaniu niepodległości. Niepodległości, którą sami sobie mogliśmy odebrać, doprowadzając do niemal anarchii. Pojawia się refleksja, tylko czemu ona wymagała takiej ofiary? Bardzo gorzka pigułka.

8/10

Radosław Ostrowski

poniedziałek, 26 listopada 2018

Jest rok 1993, czyli czas wielkiej popularności „Jurassic Park”, ale dla dziennikarza Danny’ego Tate’a to czas ciężkiej pokuty. Kiedyś był dobrym dziennikarzem, miał żonę i dziecko. Jednak wszystko zmieniło się z jednego powodu: gorzała. Teraz jest już czysty i dostaje szansę powrotu: wywiad z Gorem Vidalem oraz notka na temat Herve’a Villechaize’a – aktora-karła, grającego w jednym z filmów o Bondzie. Jednak ta noc kompletnie zmieni życie dziennikarza.

herve1

„Moja kolacja z Hervem” to oparta na faktach opowieść, którą przedstawił reżyser Sacha Gervaise (pierwowzór dziennikarza Tate’a). Wszystko toczy się w jednej nocy, ale bardzo szybko zostaje przedstawiona historia człowieka niskiego wzrostu. Na pierwszy rzut oka wydaje się to klasyczną historią wzlotu i upadku celebryty, któremu uderzyła woda sodowa i życie prywatne mocno się rozsypało. Ale wszystko zostało zrobione w bardzo powściągliwy sposób, poznając głównie perspektywę naszego Herve’a. Może wydaje się niepozorny, ale z bardzo bogatym życiem oraz ambicjami artystycznymi, by wybić się. Jednak sława ma swoje ciemniejsze strony: brak pracy, hedonistyczny styl życia, pieniądze i przekonanie o swojej wyższości. Woda sodowa każdego jest w stanie sięgnąć, a powoli odkrywane zostają kwestie przemilczane, przekłamane.

herve2

Reżyser powoli odkrywa kolejne karty z życia Herve’a: od prób „wyleczenia” z karłowatości przez początki malarskie, krótką karierę aktorską aż do stabilnego okresu z dala od sławy. Wiernie prezentuje okres od lat 60. do 80. (tasiemcowy serial „Fantasy Island”, praca na planie „Człowieka ze złotym pistoletem”), z imponującą scenografią oraz kostiumów z epoki. Ta przeplatanka działa w sposób uatrakcyjniający fabuły, mimo dość znanego finału. Wszystko polane jest takim lekko nostalgiczno-smutnym klimatem, pokazując jak bardzo łatwo można swoją karierę zniszczyć bezpowrotnie.

herve3

Swoją robotę wykonują też aktorzy. Absolutnie rewelacyjny jest Peter Dinklage w roli Herve’a – pewnego siebie twórcy, marzącego o spełnieniu swojego snu o sławie i potędze. Jednocześnie bywa bardzo porywczy, impulsywny, aż garściami próbujący czerpać z życia, a na twarzy dość często przewija się smutek, rozgoryczenie i poczucie niespełnienia. Równie dobry jest Jamie Dorman jako dziennikarz znajdujący się na rozstaju drogi. Zagubiony, bezradny, próbujący podejść fachowo do swojej roboty, prześladowany przez własne demony. Choć początkowo wydaje się, że dwóch tak różnych facetów nie może się zaprzyjaźnić. Ale powoli zaczyna się tworzyć więź między tymi bohaterami, czyniąc z nich troszkę krótką przyjaźń. Drugi plan też jest wyrazisty (David Strathairn jako agent, Andy Garcia w roli Ricardo Montalbano czy Michelle Enos – Kathy), dodając odrobinę smaczku.

HBO po raz kolejny pokazuje, że swoje produkcje telewizyjne zawsze trzymają poziom. „Moja kolacja z Hervem” to solidne biograficzne kino o dość krótkiej karierze może niskiego, ale pamiętnego człowieka.

7/10 

Radosław Ostrowski

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 216
| < Grudzień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Tagi
ministat liczniki.org
zBLOGowani.pl
Mediakrytyk.pl