środa, 26 kwietnia 2017

Każdy z nas chyba wie, czym jest „amerykański sen”. Spełnienie i zdobycie wszystko, co najlepsze – piękna żona, idealny dom na przedmieściu, wreszcie dzieci odnoszące sukcesy. Sielanka? Dla Seymoura „Szweda” Levova to było spełnienie marzeń. Przystojny, atletyczny mężczyzna, zakochany w pięknej kobiecie, Dawn (co z tego, że gojka), była miss stanu. Do tego pojawia się ona, córeczka Meredith. Brzmi to jak spełnienie marzeń? Do pewnego czasu tak jest, bo dziewczyna się jąka, zaczyna się wycofywać (i pod wpływem otoczenia) skręca w stronę radykałów spod znaku kontrkultury. Aż pewnego dnia dochodzi do ataku terrorystycznego, w którym ginie właściciel sklepu, a dziewczyna znika bez śladu.

Kolejne spotkanie kina z Philipem Rothem, który nigdy nie był łatwy do sfilmowania. Tym razem jednak realizacji kinowej wersji pierwszej części trylogii amerykańskiej podjął się Ewan McGregor – bardzo popularny i ceniony aktor szkocki. Ale, jak to w przypadku debiutanta, wziął na siebie zadanie ponad swój ciężar. Klamrą dla opowieści o śnie, który zmienił się w koszmar jest zjazd absolwentów, na który przebywa ceniony pisarz Nathan Zuckerberg (w tej roli David Strathairn). Dzięki poznanemu na zjeździe bratu Szweda, poznaje on jego historię. McGregor miał szansę, by wykorzystać losy rodziny Levov do zderzenia się z okresem lat 60., gdy Ameryka prowadziła najtrudniejszą ze wszystkich wojen – wojnę domową. Częściowo się to nawet udaje, gdyż początek obiecuje wiele: jest świetnie wykonana robota scenografów i kostiumologów, zgrabnie wplecione materiały archiwalne. Jednak cały czas stawiane jest pytanie: dlaczego dziewczyna z dobrego domu staje się terrorystką i morderczynią? Tak jak ojciec cały czas próbujemy to rozgryźć i odnaleźć przyczynę.

Pojawiają się pewne drobne sygnały (widok podpalonego mnicha, jąkanie się, jej prośba, by Szwed pocałował ją jak mamę), które coraz bardziej zaczyna się radykalizować. Dziewczyna zaczyna niszczyć to, w co wierzy jej ojciec, czyli pracowitość i wierność tradycji. Bunt przeradza się w gniew, sympatyzowanie z kontrkulturą – jest wiele poszlak, ale brakuje tutaj kropki nad i. Tylko, że powieść Rotha miała bardziej rozbudowaną psychologię, wspartą bardzo nielinearną konstrukcją (masa retrospekcji), łącząc wszystko w spójną całość. Tutaj zabrakło spoiwa, bo wiele scen sprawia wrażenie niepowiązanych ze sobą. To, że żona zaczyna oskarżać męża, iż pojawił się w jej życiu (i że mogła mieć zupełnie inne życie), pojawienie się tajemniczej Rity Cohen (intrygująca Valerie Curry), mogącej znać miejsce pobytu Merry. Wiem, o co chodziło twórcom: pokazanie jak jedno wydarzenie wywraca i niszczy życie zwykłej rodziny. Problem w tym, że to wszystko sprawia wrażenie bardzo sztucznego tworu.

Nawet aktorstwo (przyznaje, że bardzo solidne) jest bardzo teatralne i miejscami aż nadekspresyjne (dotyczy to mocno samego McGregora). Intrygują panie – Jennifer Connelly oraz Dakota Fanning – jednak nawet ich próby stworzenia psychologicznych portretów mogą budzić poważne wątpliwości pod względem wiarygodności. Dlatego, jeśli chcecie bliżej poznać tragedię rodziny Levov, zdecydowanie sięgnijcie po literacki pierwowzór, lecz nie spodziewajcie się łatwej i przyjemnej lektury.

5/10

Tagi: dramat
16:29, radkino , kino
Link Dodaj komentarz »

Gdzieś w Sudanie przebywa niejaki Caine – drobny przemytnik i amerykański cwaniak. Ale ostatnia akcja skończyła się wpadką i nasz bohater pozostaje spłukany. Trafia do miasta, z którego chce się wyrwać dalej. I znajduje robotę na statku należącym do profesora Dana Mallare’a i jego córki Anny. Oboje prowadza badania oceanograficzne i potrzebują człowieka do pracy przy statku, gdyż ten często się psuje. Caine jednak nie daje się nabrać, gdyż chodzi o coś zupełnie innego i jest to powiązane z rekinami oraz skarbem.

Samuel Fuller tym razem idzie w stronę kina gatunkowego, niepozbawionego ambicji, jednak wszystko zepsuło zderzenie z producentami oraz śmiercią kaskadera podczas realizacji. To spowodowało, że producenci wykorzystywali to do promocji filmu oraz jego przemontowania go, by było więcej scen z rekinami. To mogło być dobre kino przygodowe, będąc jednocześnie gorzką refleksją na temat chciwości. Niestety, wszystko to jest bardzo letnie, bardziej skupione na scenach akcji (bójki, starcia z rekinami), przez co bardziej ciekawe wątki jak zgorzkniałego, pijanego lekarza czy ciągłych przetasowań, wynikających z nieufności zostają zepchnięte na dalszy plan. Intryga coraz bardziej się nie klei, scenom brakuje napięcia (ładna, jazzowa muzyka gra przyjemnie i bardziej się nadaje do Bonda), a wszystko strasznie się wydłuża. Owszem, to wszystko pięknie wygląda (nie tylko w kolorze), a zdjęcia podwodne są po prostu obłędnie sfilmowane (poza rwanym montażem), co daje sporo frajdy.

Jedynie, co wybija ten film na wyższy pułap jest grający główną rolę Burt Reynolds. Czarujący, wysportowany, z surowym zarostem, odnajdujący się w każdej sytuacji cwaniak. Nie znaczy to, ze jest bohaterem pozbawionym wrażliwości, co mocno podkreśla relacja z poznanym na mieście chłopcem. Także partnerujący aktorowi Barry Newman (profesor Mallare) oraz apetyczna Silvia Pinal (Anna) dają radę swoim postaciom. Ale to wszystko za mało, by mówić tutaj o udanym filmie Fullera.

Jasne, to nie była wina reżysera, tylko producentów przemontowujących całość, przez co przypomina się przypadek "Twierdzy" Michaela Manna. Da się ten film obejrzeć, ale jest on po prostu zbyt letni i nieangażujący. Nawet obecność rekinów (prawie jak w "Szczękach") nie jest w stanie podnieść i zbudować napięcia. Szkoda.

5/10

wtorek, 25 kwietnia 2017

Jacqueline Kennedy to jedna z najsłynniejszych Pierwszych Dam w historii USA. I to właśnie do jej rezydencji, tydzień po zamachu, puka dziennikarz. Nie za wcześnie na taki wywiad? A jednocześnie podczas tego wywiadu, cofamy się na chwile przed zamachem oraz tym, co się działo po.

Pablo Larrain postanowił odtworzyć te zdarzenia, robiąc to z niemal nieprawdopodobnym pietyzmem. Niby poznajemy wszystko z perspektywy Jackie, jej żałobę, ale jednocześnie nie mogłem oprzeć się wrażeniu pewnej sztuczności. I nie chodzi nawet o wykorzystanie programu telewizyjnego, gdzie Jackie prowadzi po Białym Domu. To wszystko było niemal takie podniosłe, poważne, wręcz duszące (także muzyka sprawiała wrażenie „mówiącej” emocje, jakie powinienem czuć), że wręcz można się tym udusić. To wszystko śmierdzi fałszem. Sama Jackie (intrygująca Natalie Portman, ale jeszcze do niej wrócę) w wywiadzie sprawia wrażenie nie tyle oschłej, co świadomej swojej roli, siły mediów. A w retrospekcjach jest znacznie bardziej skomplikowaną postacią: zagubioną, samotną, próbującą odnaleźć się w nowej sytuacji. Kamera niemal cały czas jest przy niej, jakby bojąc się przeoczenia jej spojrzenia, gestu.

Trudno też odmówić tego, co zrobili scenografowie i kostiumolodzy, którzy z dbałością o szczegóły odtworzyli każde pomieszczenie Białego Domu. Ale jedno pytanie ciągle krążyło mi po głowie: po co to wszystko? Czyżby twórcom udało się odkryć jakieś nowe materiały? Nie, to wszystko służyło podtrzymywaniu mitu najpiękniejszej pary w Białym Domu. On – przystojny, czarujący, pełen charyzmy, ona – piękna, zawsze u boku męża. A czy wiedzieliście, że JFK (ten wątek ledwo liźnięto) bzykał każdą pannę jaka się nawinęła, a ona o tym wiedziała. Jest tu parę mocnych momentów (rozmowa z doradcą nowego prezydenta czy zbitki montażowe mieszające pogrzeb z teraźniejszością), ale całość przypomina wizytę w muzeum figur woskowych: wszystkie te drobiazgi wyglądają świetnie, ale w środku wszystko jest puste.

I takie same odczucia mam wobec roli Natalie Portman. Aktorka zrobiła wszystko, by mówić, wyglądać i chodzić jak Jackie Kennedy, ale jej po prostu nie wierzyłem jako postaci. Sama mówi: „Te wszystkie splendory nie były dla Jacka, tylko dla mnie”. Ten cytat wydaje się odpowiednim podsumowaniem tej kreacji, skrojonej do zgarnięcia najważniejszych nagród przemysłu filmowego, a ta postać zasługiwała zwyczajnie na coś więcej. Jedynie podczas rozmów z księdzem (ostatnia rola Johna Hurta) wydaje się brzmieć prawdziwie, pełna bólu i gniewu.

Ale to za mało, by uznać ten film za udany. To w pewnym momencie jest kłamliwe, sztuczne i tak nabzdyczone kino, które mogłoby się spodobać tylko osobie bezkrytycznie zapatrzonej w familię Kennedych. Ładnie to wygląda, ale poza tym, nie ma nic do zaoferowania.

5/10

0006EQEZOKR7Q4DI-C122

Drugiego tak intrygującego autora tekstów oraz melorecytatora (bo słowo wokalista jest troszkę na wyrost) jak Paweł "Pablopavo" Sołtys Warszawa nie miała od dawna. Działający zarówno solowo, jak i z kumplami z Vavamuffin, zgrabnie balansuje między alternatywnym popem, reggae i elektroniką. Teraz powrócił z Ludzikami przy siódmym (!!!) wydawnictwie sygnowanym jego ksywką.

Już sama okładka intryguje, przypominając starą, podniszczoną fotografię. Czyżby warszawiak miał skręcić w stronę retro, który obecnie jest tak modny? A może - jak wskazują nieliczni - sprzedał się dla sławy i chwały radiowych stacji, by tworzyć nośne, chwytliwe przeboje, będącymi niewyróżniającą się papką? Odpowiedź pojawiła się szybciej niż zdążyłem powiedzieć "Ladinola". Otwierający całość utwór tytułowy jest mieszanką delikatnego popu z brudniejszymi riffami gitary elektrycznej oraz chóralnego refrenu, a tekst jest zachętą i zaproszeniem do pozostania dalej. A co utwór, to zmiana klimatu i nastrojów: od delikatną, jazzową potańcówkę (nostalgiczna "Ostatni dzień sierpnia" i minimalistyczna "Zguba" z wokalizą Oli Bilińskiej i "orientalną" gitarą oraz poruszającymi smyczkami w tle) przez dancingowy rock z lat 70. ("Blask", gdzie gitara może zaszaleć, podobnie jak klawisze czy surowe „Wszystkie neony”), przez dziką mieszankę ulicznego grania ("Major" z akordeonem i saksofonem oraz pięknym, ostrym zaśpiewem), minimalistyczne nutki („Jestem”)  aż po mroczniejsze i gwałtowne ciosy (promujący serial "Pakt" szorstkie "Nie wiesz nic"), które doprowadzą wiele osób na skraj fotela.

„Ladinola” to bardzo piosenkowy album, gdzie Pablopavo tworzy bardzo różne historie: od nostalgicznych wspomnień z lat 90., przez życie na emigrację z piciem w tle („Toledo”), rozważa swoje życie („Jestem”), przedstawia jak ludzie żyją zimą („Zima”) i opisuje Warszawę, bawiąc się słowem i przypominając barwne rysunki. Każdy z nich sprawdza się świetnie, tworząc spójne dzieło w postaci bardziej tanecznej „Ladinoli”. Artysta nadal robi swoje i tworzy w bardzo charakterystycznym stylu.

8/10

 

Tagi: Pop
18:18, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »

Jest rok 1974 i w Stanach wszyscy żyją aferą Watergate. W tym samym czasie w małym miasteczku Sarasota działa lokalna stacja telewizyjna, gdzie pracuje niejaka Christine Chubbuck. Pochodząca z Ohio kobieta prowadzi blok w dzienniku, gdzie przedstawia wieści lokalne. Dodatkowo udziela się w szpitalu, gdzie prowadzi „spektakle” dla dzieci. Jednak z panią Chubbuck, coraz bardziej zaczynają zwisać czarne chmury, doprowadzając do pogłębienia depresji. Aż 15 lipca 1974 roku, dziennikarka dokonuje dramatycznego wyboru: strzela sobie w łeb podczas dziennika.

Sama ta historia mogła wydawać się intrygująca oraz bardzo widowiskowa dla filmowców, ale z drugiej strony bardzo bałem się skupieniu na samym fakcie, by nie pójść w stronę taniej sensacji. Debiutujący reżyser Antonio Campos zamiast skupiać się na fajerwerkach, próbuje przybliżyć sylwetkę Chubbuck, a dokładniej jej ostatnie miesiące. Gdy ją poznajemy, przygotowuje się do wywiadu, ale pokazane jest to w ten sposób, że naprawdę mogła przeprowadzić rozmowę z Richardem Nixonem. Najpierw widzimy jej twarz przed monitorem, a następny kadr pokazuje puste studio. Wtedy kamera cały czas skupia się na obliczu kobiety, przyglądając się jej życiu: wspólnym mieszkaniu z matką, wizytą u lekarza (coraz częstsze bóle brzucha), przygotowaniami do pracy. Wszystko to jest przedstawione bardzo spokojnie, same rozmowy i krótkie scenki, przedstawiające kolejne problemy: zwiększenie oglądalności („krwawe” materiały), wykryta torbiel w jajniku, nasilająca się depresja. Im dalej w las, tym będzie już tylko gorzej, a finał trzyma za gardło.

Reżyser unika skandalizowaniu, a jednocześnie bardzo wnikliwie odtwarza realia lat 70. Scenografia i kostiumy robią wielkie wrażenie. Nie mogłem się nadziwić jak udało się odtworzyć wygląd telewizyjnego studia z tamtych czasów, gdzie nie stosowano grafiki komputerowej podczas prognozy pogody, a materiał każdy dziennikarz sam montował ręcznie. Takie detale budują wiarygodność epoki, a jednocześnie pokazują, że ten pęd mediów za sensacją nie jest tak naprawdę niczym nowym. Ale tak naprawdę widzimy coraz bardziej nakładające się problemy, których genezy nie znamy (i nie poznajemy), poznając tylko zakończenie.

Wszystko to byłoby kolejną opowieścią, przedstawiającą stadium słabej psychice, która nie daje rady w brutalnym świecie, gdyby nie jedna genialna kreacja. Rebecca Hall koncertowo wciela się w coraz bardziej przytłoczoną, samotną, zamkniętą w sobie kobietę: niespełniona zawodowo i prywatnie. Te jej przerażone, duże oczy oraz coraz bardziej napięta mowa ciała, każda zmiana jest tutaj bardzo subtelnie, a jednocześnie bardzo wyraziście przedstawiona. Aktorka kradnie film, chociaż trudno jest Christine polubić, z powodu silnego skupienia na sobie, ale bardzo łatwo wejść w tą postać. Poza nią jest tutaj bardzo mocny drugi plan: próbująca prowadzić własne życie matka (świetna J. Smith-Cameron), zainteresowany nią prezenter (Michael C. Hall w innym emploi) czy skupiony na oglądalności naczelny (Tracy Letts) są na tyle wyraziści, że się ich zapamiętuje, ale tak naprawdę są tylko tłem dla Hall.

Mocny, skromny, ale bardzo poruszający dramat, nie dający w żaden sposób łatwych odpowiedzi na temat przyczyn decyzji Christine. Ale myślę, że każdy wyciągnie z tego wnioski. Dla mnie takimi są większa otwartość na innych oraz nie dążenie za wszelką cenę do perfekcji. To jednak tylko moje zdanie, a pani Hall zasłużyła na nominację do Oscara.

7,5/10

sobota, 22 kwietnia 2017

Strange_Trails_cover

Czasami zdarza się, że pewien album zostaje przeoczony i niezauważony przeze mnie. Powodów może być kilka: bo były ciekawsze tytuły, bardziej głośni wykonawcy albo wybrany na singiel utwór był niezbyt interesujący lub zwyczajnie czasu nie starczyło. To ostatnie przytrafiło się Lordowi Huronowi. Wbrew nazwie nie jest to brytyjski arystokrata, tylko amerykański kwartet z ciepłego Los Angeles kierowany przez Bena Schneidera. I dwa lata temu wydali swój drugi album, który skupił uwagę świata, ale dopiero teraz miałem okazję sięgnąć po to dzieło. Warto było?

Utworów jest 14, w całości napisanych i wyprodukowanych przez Schneidera, a okładka płyty przypomina wydawnictwa z lat 70. I nie tylko okładka, ale samo brzmienie jest tak retro jak to tylko możliwe. Rock'n'rollowa gitara niczym z lat 50., brzmiąca czasami jak echo, bardzo eteryczny wokal Schneidera oraz drobne ozdobniki, a wszystko bardzo spójne i klimatyczne. "Love Like Ghosts" jest delikatne, chociaż gitara zaczyna grać szybko, by dać pole dla smyczków oraz zmieniającej tempo perkusji. Dawno nie używałem tego słowa, ale brzmi to jak czary. Pojawi się zapętlenie doprowadzające do nasilenia dźwięków (szybkie "Until the Night Turns", gdzie dochodzi do tego zabiegu na początku i na koniec, a także na początku romantycznego "Dead Man's Hand", opartego na mandolinie), wskoczy nawet harmonijka ustna ("Dead Man's Hand"), delikatnie wprowadzony wspólny zaśpiew ("Hurricane") czy lekki skręt w stronę folku (westernowa gitara w "La Belle Fleur Sauvage" czy ciepłe "Fool for Love").

Mógłbym dalej wymieniać poszczególne utwory oraz ich drobne smaczki (zapętlony, odrobinę mroczny "The World Ender", singlowe "Meet Me in the Woods" z rozkręcającymi się instrumentami - perkusja jest tu cudowna - oraz pięknym głosem żeńskim w refrenie czy znane z serialu "Trzynaście powodów" prześliczny finał w postaci "This Night We Met"), ale to nie zmienia faktu, że grupa konsekwentnie czaruje prostotą dźwięków, produkcyjnym eksperymentami oraz ogromnym potencjałem na hity. Każda z piosenek zasługuje na wyróżnienie i razem brzmią po prostu fantastycznie. Do tego dostajemy naprawdę piękny zestaw lirycznych utworów, które można słuchać w różnych miejscach oraz okolicznościach. Bo jest i coś do tańca, do przytulania się, do spaceru, do wszystkiego. I ten czarujący głos Schneidera, sprawdzający się znakomicie.

10/10 + znak jakości

piątek, 21 kwietnia 2017

Pure_Comedy

Josh Tillman to jedna z wyrazistych postaci sceny alternatywnej. Rozgłos przyniosła mu działalność z zespołem Fleet Foxes, ale wiele lat temu rozstał się z formacją i od tej pory funkcjonuje jako Father John Misty. Teraz właśnie wychodzi jego trzeci album "Pure Comedy", który współprodukował. I jest to mieszanka rocka, popu i folku.

Jak ciekawa to mieszanka, dostajemy od tytułowego utworu, gdzie najpierw mamy dźwięki trąbek, następnie jakby próbę połączenia telefonicznego i wskakujemy do fortepianu z napakowanym elektroniką tłem. Wtedy w połowie utwory dołącza się sekcja rytmiczna, trąbka oraz łagodny chórek, przez co całość nabiera z jednej strony przebojowego sznytu, z drugiej melancholijnej goryczy, by w finale wyciszyć się. I to wszystko w sześć minut. Dalej mamy trzyminutowy speed w postaci "Total Entertainment Forever", który od samego początku nabiera tempa i wpada szybko w ucho (pewnie dzięki fortepianowi oraz dęciakom). Zmienność tempa potrafi zaskoczyć, podobnie jak tytuły utworów: "Things It Would Be Helpful To Know Before the Revolution" ociera się o melancholię i smutek (te smyczki oraz chropowate tło), podobnie jak folkowy "Ballad of the Dying Man" czy pianistyczny "When the God of Love Returns There'll Be Hell to Pay". Pojawi się czasem dziwaczne udźwiękowienie (nietypowa perkusja i "szuranie" w "Birdie", zakończonym mrocznymi smyczkami, dziwaczne tło w "Two Wildly Different Perspectives" czy przesterowane wokale pod koniec "The Memo"), ale też Misty zaskakuje czasem trwania (pozornie nudne "Leaving LA", gdzie powoli dochodzą kolejne instrumenty trwa - 13 minut!!! oraz prawie 10-minutowy "So I'm Growing Old on Magic Mountain").

Nie znaczy to, że nic się tu nie dzieje. Całość troszkę przypomina muzykę z lat 70. albo z przełomu wieków, gdy wróciła moda na retro granie (cymbałki w "A Bigger Paper Bag", delikatne smyczki w "Smoochie"), co zawsze daje frajdę. Do tego Misty zawsze stawia na tekst, w którym przygląda się światu, jego głupocie, zepsuciu oraz pustce. Ale to jak ktoś będzie chciał się wsłuchać w tekst, to to znajdzie. Ale nawet jeśli ktoś skupi się tylko na warstwie muzycznej, to i tak powinien być zadowolony. To bardzo spójne, klimatyczne wydawnictwo, gdzie frontman swoim szorstkim, ale głębokim głosem daje wiele do myślenia. Nawet folkowy charakter nie powinien przeszkadzać.

8/10

środa, 19 kwietnia 2017

Andy Osnard kiedyś był dobrym i inteligentnym agentem brytyjskiego wywiadu. Ale teraz został spalony (długi, romanse), przez co zostaje zesłany do Panamy. Na miejscu postanawia zwerbować człowieka na miejscu do uzyskania informacji. Wybiera popularnego krawca, Harry’ego Pendela – człowieka z wielkimi wpływami oraz mroczną tajemnicą. Krawiec staje się cennym informatorem, tworząc nieprawdopodobne historie o próbie sprzedaży Kanału Panamskiego oraz działalności wyciszonej opozycji.

Wiadomo, że kiedy przenosi się na ekran powieść Johna le Carre, nie należy liczyć na dynamiczną akcję, brawurowe pościgi i strzelaniny. Należy zapomnieć o Bondach, Bourne’ach, Kingsmanach i tym podobnych. Tym razem z dorobkiem pisarza i byłego szpiega zmierzył się brytyjski reżyser John Boorman, a padło na historię agenta oraz jego informatora-fantasty. Wszystko to w pięknie sfotografowanej Panamie, gdzie niemal non stop jest upalnie, a nocą bardziej czuć brud oraz nędzę. Gra prowadzona przez obydwu panów jest clou całego tego projektu i potrafi utrzymać w napięciu aż do przewrotnego i gorzkiego finału. Bo jak bardzo trzeba było być ślepym, by uwierzyć w opowieści naszego Harry’ego? Chyba, że kryje się za tym jakiś poważniejszy plan, ale sytuacja zaczyna się wymykać spod kontroli i może dojść do interwencji wojskowej.

Humor miesza się tutaj z grozą, przemocą oraz cynizmem, ale takie efekty mogą być katastrofalne. Boorman jest dość ostrożny w ocenie naszych postaci, ale pokazuje świat szpiegów taki, jaki znamy z książek le Carre. Szpiedzy to tacy sami ludzie jak my – mający swoje słabości, bardziej zgorzkniali i cyniczni, dla których patriotyzm jest pustym słowem. Dodatkowo jeszcze nie zawsze weryfikują swoje źródła, jakby szukając pretekstu do wojny, zaczepki do zadymy. Ale to przecież są odpowiedzialni ludzie, prawda?

Boorman nie tylko stopniuje napięcie, rozbudowując przeszłość Harry’ego (wplecione retrospekcje), ale też dobierając fantastycznych aktorów z rewelacyjnym Geoffreyem Rushem na czele. Australijczyk jest znakomity w roli krawca rozgadanego jak diabli oraz mistrza tworzenia opowieści. Wydaje się niezłomnym mitomanem, ale tak naprawdę jest skrytym, zakompleksionym facetem, ofiarą swojej własnej opowieści, którą stworzył dawno temu. Te rozedrgane spojrzenia, gestykulacja oraz mowa ciała dopełniają tego portretu. Wspiera go tutaj Pierce Brosnan i on za nic nie przypomina agenta 007. Andy jest bardziej cyniczny, nie boi się szantażować, a kobiety traktuje przelotnie jako materiał do bzykania. To facet, który już dawno stracił złudzenia i robi swoje, bo jest w tym dobry. I to ta interakcja wnosi całość na wyższy pułap, czyniąc interesującą psychologiczną grę. Warto wspomnieć, że przebijający się wujek Benny (bliski krewny oraz wzór do naśladowania dla Harry’ego) ma aparycję pisarza Harolda Pintera.

„Krawiec” to typowe kino szpiegowskie a’la le Carre, gdzie bardziej liczy się człowiek uwikłany w działalność bezwzględnych ludzi, nie bojących grać bardzo nieczysto i zdolnych do wszystkiego. Na początku będziecie się śmiać, ale im dalej, tym śmiech utkwi wam w gardle.

7,5/10

Rok 2010 był dla nafciarzy niezbyt udanym rokiem. Właśnie wtedy doszło do największego wycieku ropy oraz gigantycznej katastrofy na platformie wiertniczej Deepwater Horizon. Taka historia musiała prędzej czy później zostać przeniesiona na ekran, a za jej realizację odpowiada nowy „amerykański” reżyser, który godnie zastępuje Michaela Baya (bo jest od niego w każdym calu lepszy).

Całą opowieść poznajemy z perspektywy everymena, czyli Mike’a Williamsa. To inżynier odpowiedzialny za elektrykę na przenośnej platformie Deepwater Horizon należącej do firmy BP. Ale nie jest tam zbyt dobrze – ciągle coś się psuje, niedawno nałożono beton i nie przetestowano go. Wiadomo, cięcia z powodu chciwości i chęci zarobienia jak największej kasy. Wtedy dochodzi do nadmiernego ciśnienia rury, doprowadzając do eksplozji i kompletnego zniszczenia platformy. I jak to w klasycznym kinie katastroficznym bywa, całość można podzielić na dwie części.

Pierwsza to obserwacja dnia codziennego na platformie, czyli rutynowy dzień. pracownicy idą do pracy, prowadzą drobne rozmowy o niczym i zwykła praca. Druga część zaczyna się od usterek i kończy się na spektakularnych popisach pirotechników, strachu, krwi, ranach oraz ucieczce. Jest wtedy bardziej spektakularnie, ale jednocześnie bardzo kameralnie. Berg zachowuje kronikarski charakter i nawet jeśli jest patos, to w takiej dawce, ze słucha się tego bezboleśnie, a to jest wielka sztuka. Wtedy kamera zaczyna drgać, kadry są nieostre, nerwowe, bierze perspektywę pleców postaci i czyni z nich bohaterów na miarę swoich czasów. Doświadczonych profesjonalistów, którzy w momencie próby zachowują zimną krew, nie zostawiają kolegów w potrzebie.

Tego typu kino ma też swoje wady, gdyż liczy się „widowiskowość” katastrofy (i to się sprawdza dobrze), przez co najbardziej cierpią bohaterowie, którzy nie są jakoś skomplikowanie skonstruowani, grając na prostym szablonie: odpowiedzialni i dobrzy (pan Jimmy, Mike, Andrea) oraz chciwe szefostwo plus niezdecydowani. Czy to znaczy, ze ich los nas nie obchodzi? Niekoniecznie, bo aktorzy robią wszystko, byśmy mogli z nimi sympatyzować. Może i jest to mocno uproszczone, ale działa. Nawet Mark Wahlberg, którego nie jestem wielkim fanem, daje tutaj radę. Podobnie jak Kurt Russell i jego zarąbiste wąsy, a John Malkovich jest tak śliski i antypatyczny, jak tylko się da.

Berg nie wywraca do góry nogami reguł kina katastroficznego, ale konsekwentnie pokazuje wszelkie wady i zalety tego gatunku. Najważniejsza jest tutaj sama tragedia i jej przebieg, przez co ludzie są zepchnięci na dalszy plan. Ale i tak ogląda się z przyjemnością, nie wywołując znużenia.

6/10

wtorek, 18 kwietnia 2017

Rok 1951. W mały miasteczku w New Jersey mieszka Marcus Messner – syn żydowskiego rzeźnika. Chłopak jest wybitnie inteligentną jednostką, ale o jego duszę chce się upomnieć armia, by wysłać go do Korei. Marcus decyduje się na studia w konserwatywnym college’u w Winesburgu, stan Ohio. Daje sobie radę i świetnie się czy, ale jest bardzo wycofany wobec otoczenia, niezbyt integrując się z resztą. Wtedy na jego drodze pojawia się dziewczyna z przeszłością – Olivia Hutton. Jej obecność wywraca spokojne życie chłopaka do góry nogami.

Nie wiedzieć czemu, ale nigdy nie było przypadku, by z wielkiej literatury powstał wielki film. Przynajmniej tak było z adaptacjami powieści Philipa Rotha, które było co najwyżej ambitnymi porażkami. Czy taki sam los miał czekać „Wzburzenie”? Debiutujący na stanowisku reżysera scenarzysta James Schamus ryzykował wiele, gdyż powieści tego autora nie są łatwe do adaptacji (masa wewnętrznych monologów, rozbudowanych portretów psychologicznych zamiast klasycznie rozumianej akcji), jednak tym razem udało się wygrać.

Ta historia młodego chłopaka, próbującego żyć po swojemu, wyzwolić się spod klosza rodziców i tego, jakie działania doprowadziły go do zguby. Marcus jest nieśmiałym outsiderem, który skupiony jest tylko na jednym – nauce, przez co żyje w konflikcie, jest rozedrgany, nerwowy, ale mocno to w sobie tłumi. Pojawiają się pewne problemy: obowiązkowe uczęszczanie do kaplicy (nasz bohater jest ateistą, co dobitne pokazuje w konfrontacyjnej rozmowie z dziekanem), wreszcie dziewczyna i powoli rodzące się uczucie zakończone zaskakująco. Schamus konsekwentnie i stopniowo buduje klimat nie tyle zaszczucia, ile nerwowości. Wykorzystuje narrację z of fu, stawia na statyczne zdjęcia oraz klasyczną muzykę, przeplata też sny z rzeczywistością. Zderzenie liberalnego umysłu z konserwatywną mentalnością musi się zakończyć porażką, a tak naprawdę nie jesteśmy pewni jak do tego doszło. Ale nie zabrakło też odrobiny ironicznego humoru (kłótnie z ojcem, pierwsza randka), przez co seans jest odrobinę przyjemniejszy, ale pytania na temat jak przypadek steruje naszym życiem pozostają aktualne. Udaje się też uniknąć banału, chociaż niektórych mogą drażnić monologi z offu naszego bohatera. Drugim poważniejszym minusem jest zepchnięcie na dalszy plan tego, jak rodzina zachowuje się po wyjeździe Marcusa. Tutaj najmocniej to widać w postawie ojca, który zaczyna się bardzo mocno martwić i obawia się najgorszego.

Schamus zaskakuje dobrymi dialogami oraz spokojnym prowadzeniem opowieści, ale też daje spore pole do popisu aktorom. Bardzo pozytywnie zaskakuje Logan Lerman, ostatnio raczej dobierający niezbyt ciekawe role, ale jako Marcus jest po prostu świetny. Inteligentny, opanowany, ale jednocześnie słychać w jego głosie rozedrganie, napięcie oraz niepokój. To zderzenie daje bardzo ciekawy portret nadwrażliwego chłopca, przekonanego o swojej dojrzałości, walczącego o życie na swoich zasadach. To widać zwłaszcza w rozmowach z dziekanem Caldwellem (mocny Tracy Letts). Drugą postacią jest śliczna Sarah Gadon – równie inteligentna jak Marcus, ale skrywająca pewna tajemnicę związaną ze swoją psychiką. Sprawia wrażenie miłej, serdecznej i szczerej, jednak kryje się za tym coś więcej. I to dzięki tej dwójce, cała ta historia nabiera silnego ładunku emocjonalnego.

Na pierwszy rzut oka „Wzburzenie” przypomina kino inicjacyjne, ale tak naprawdę to fatalistyczny dramat o nieuchronności losu, który potrafi zakpić i zadrwić z wszelkich naszych planów. Czy w ogóle coś możemy z tym zrobić? Na to nikt nie daje odpowiedzi, bo czy jest ona możliwa?

7/10

Tagi: dramat
20:58, radkino , kino
Link Dodaj komentarz »

Deep_Purple_-_Infinite

Wydawałoby się, że z wiekiem muzycy, zwłaszcza grający rocka troszkę dziadzieją i tracą swoją moc. Ale działający już 50 lat na scenie Deep Purple nie wie, co to znaczy grać powoli, nudno oraz nieciekawie. Skąd to wiem? A z nowego (i jak krążą wieści) ostatniego wydawnictwa, czyli „inFinite”.

Grupę znowu wsparł swoim producenckim doświadczeniem Bob Ezrin, a otwierający całość „Time to Bedlam” daje przedsmak tego, co otrzymamy. Chociaż początek myli: jakieś dzwonki i komputerowo wzmocniony, recytujący głos Iana Gilliana. Pół minuty później zaczyna walić perkusja, zapieprzają klawisze i zaczyna szaleć Roger Glover na gitarze. Już wiem, że jesteśmy w domu i dostajemy jeszcze w środek solówkę gitarowo-klawiszową, by na koniec wrócić do początkowego głosu Iana. Tym większym zaskoczeniem było bluesowe „Hip Boots” z bujającym feelingiem i skocznymi klawiszami. Także jazzowy „All I Got Is You” wprawia w przyjemny nastrój, by od zwrotki uderzyć tempem, mocarną sekcją rytmiczną i gitarowymi riffami, by znów wszystko uprościć w zdominowanym przez fortepian „One Night in Vegas”. I wtedy pojawia się pierwsza rysa, czyli przemielona cyfrowo perkusja w epickim „Get Me Outta Here”, gdzie brzmi ona po prostu dziwnie, ale wszystko wynagradza brudny riff. Mroczniej (niczym w rasowym horrorze) dzieje się w „The Surprising”, gdzie na dzień dobry dostajemy theremin i smyczki jakby ze starej płyty grane, do której dołącza „westernowa” gitara oraz niesamowite klawisze, pachnące Orientem. Ale w połowie klawisze zmieniają klimat w bardziej anielski (te piękne klawisze), przez co można się poczuć zdezorientowany, a następnie wraca do klimatów z Dzikiego Zachodu.

Dalej cudnie (chórki i fortepian) dzieje się w bardziej hard rockowym „Johnny’s Band”, brzmiącym niczym zaginiony kawałek Led Zeppelin. Ciężej i bardziej garażowo świat się tworzy w „On Top of the World” (znowu Airey zapieprza niczym królik z reklamy Duracella, a Gillian ma przerobiony głos), by na sam finał zaserwować potężne „Birds of Prey”, gdzie sekcja rytmiczna z organami brzmią kapitalnie. W zasadzie mogłoby się na tym skończyć, ale panowie dodali cover The Dorrs „Roadhouse Blues”, tylko że nie dodali panowie nic nowego do tej wersji. Takie klasyczne i oldskulowe bluesisko, ale jakieś nijakie.

Ian Gillian dalej potrafi oczarować i zaskakuje świetną dyspozycją wokalną, pozostali muzycy też potwierdzają klasę, nie schodząc poniżej wysokiego pułapu. Jeśli ma to być pożegnanie grupy z fanami, to udało się osiągnąć w stu procentach. Po przesłuchaniu włączycie ją od nowa.

8/10

Tagi: Rock
16:36, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »

Christian Wolff wydaje się pozornie zwykłym, nudnym księgowym. Troszkę jest wycofany i małomówny, ale na liczbach zna się jak mało kto. To jednak nie jest taki pierwszy lepszy spec od matematyki, gdyż jego umiejętności bardzo chętnie wykorzystuje półświatek. Dlatego nasz bohater znajduje się na celowniku władz, reprezentowanych przez agenta Raymonda Kinga. Wolff dostaje w końcu zadanie przeprowadzenia kontroli w firmie cybernetycznej, zajmującej się m.in. tworzeniem protez oraz sprzętu komputerowego, w czym mu pomaga pracownica firmy Dana. To sprowadza dodatkowe kłopoty, gdyż komuś zależy na śmierci księgowego.

Sam film Gavina O’Connora to dziwny i pozornie niepasujący do siebie konglomerat dramatu, kina akcji i melodramatu. Dlaczego dziwny? Bo jak na film jest on bardzo spokojny, wręcz usypiający i nigdzie się nie spieszy, a wszystko dotyczy tajemnicy naszego niepozornego księgowego – autystycznego geniusza, który jest bardzo zdystansowany wobec otoczenia i jest świetnie wyszkolonym zabójcą. Tak, nie przewidziało wam się, a przyczyny poznajemy w retrospekcjach, zdradzając powoli kolejne elementy układanki. Nawet pojawia się lekki wątek melodramatyczny, gdyż panna Dana zaczyna lecieć na księgowego z kamienną twarzą oraz spojrzeniem drewna przed obróbką. A jak wiadomo, autyzm to bardzo skomplikowana niewiadoma (podobnie jak kobieta, ale tego nie rozwinę), przez co to uczucie może nie wytrzymać. Jednak ten wątek nie do końca mnie przekonuje, ale do tego wrócę.

Jednak „Księgowy” jako akcyjniak powinien zawierać sceny, w których nasz księgowy niczym Leon zawodowiec zmniejsza populację bydlaków z zabójczą wręcz skutecznością. I wtedy jest brutalnie, krwawo, ale i pomysłowo (walka z najemnikiem za pomocą… paska od spodni), utrzymując odpowiednie tempo, także trzymając w napięciu, by odkryć głównego masterminda. Ale finałowe rozwiązanie jest tak idiotyczne (szef najemników ochraniających głównego łotra jest… bratem księgowego), że litości. I taka jest sinusoida związana z filmem O’Connora – jest kilka ciekawych pomysłów, ale parę z nich jest kretyńskich, a o logice czasami wolę zapomnieć. Mimo to ogląda się całość naprawdę dobrze, dzięki sprawnej reżyserii oraz kilku nieoczywistym klockom.

Jeśli chodzi o aktorstwo nigdy nie byłem wielkim fanem Bena Afflecka (do momentu, gdy postanowił wziąć się za reżyserię), ale do autystycznego geniusza pasuje idealnie. Zdystansowany, wycofany i nie zawsze sprawnie odczytujący intencje innych ludzi, z bardzo oszczędną mimiką, wygrywa na każdym poziomie. Ta postać to troszkę miks „Pięknego umysłu” z „Leonem zawodowcem”. Partneruje mu Anna Kendrick jako Dana i tutaj mam problem. Nie chodzi o to, że aktorka nie daje sobie rady, lecz nie czuć chemii między nią a Wolffem (autyzm częściowo, ale nie kompletnie eliminuje problem). I podejrzewam, że tutaj może być winna (bardzo widoczna) różnica wieku między tymi postaciami. Poza nimi na drugim planie jest elegancko ubrany (i trzymający fason) J.K. Simmons jako tropiący księgowego agent King oraz Jon Bernthal, czyli twardy zabijaka Braxton. Z kolei John Lightow (szef firmy cybernetycznej) jest zbyt oczywistym tropem i łatwo domyślić się jego działań.

Dziwny konglomerat, który o dziwo zaskakująco dobrze się sprawdza. Przykuwa tajemnicą bohatera oraz kilkoma, mocnymi scenami akcji, a także bardzo nieoczywistymi zaskoczeniami. Wielu będzie narzekać, że za dużo gadania jak na akcyjni aka i za dużo strzelania jak na dramat. Ale doceniam pomysłowość twórców i odwagę w krzyżowaniu nieoczywistych rzeczy.

7/10

Tagi: sensacyjny
13:17, radkino , kino
Link Dodaj komentarz »

Rok 1945 był bardzo trudny dla nazistowskich Niemiec, gdyż ciągle dostawali łomot. Także w małym miasteczku, gdzie trafia walczący sierżant Brandt. Podczas zasadzki na snajpera zostaje ranny i ukryty u pewnej niemieckiej kobiety, Helgi. Kobieta daje mu schronienie i leczy, nawet gdy ma pod dachem żołnierzy SS. Kiedy pojawiają się amerykańscy żołnierze i zaprowadzają swoje własne porządki, Brandt przechodzi do cywila, pracując w administracji, a także decyduje się poślubić Helgę.

Samuel Fuller tym razem zaprasza na czas tuż po wojnie, gdzie mamy wątek obcego człowieka w nowym otoczeniu. Nie powiem, że to typowy melodramat, ale uczucie łączące naszych bohaterów zostaje wystawione na ciężką próbę. Ale czy ono w ogóle miało szansę, gdy obie strony (zwycięzcy Amerykanie i próbujący przetrać Niemcy) patrzą na siebie z nienawiścią oraz nieufnością? Dla Niemców, Amerykanie są szansą dla poprawienia swojego dobytku – papierosów, żywności i jako takiego bytu, a dla Amerykanów każdy Szkop to nazista i zbrodniarz, nieszczery i egoistyczny. Widać to choćby w scenie manifestacji przed budynkiem administracji oraz rozmowach Davida zarówno z kolegami, jak i przełożonymi. Przecież wiązanie się z Niemką było verboten. Do tego jeszcze zaczyna działać Werwolf – fanatyczny ruch oporu kierowany przez dawnego znajomego Helgi, która o niczym nie wiedziała i marzących o przywróceniu potęgi nazizmu. Ci ludzie nie pamiętają (albo nie znają) zbrodniczej działalności, zaślepieni skuteczną propagandą oraz praniem mózgu. Wszystko to bardzo sugestywnie pokazuje reżyser, z dbałością o detal i wykorzystując masę archiwalnych materiałów.

Kulminacyjnym momentem wydaje się obecność Helgi ze swoim bratem, uwikłanym w działalność Werwolfa w Norymberdze. Ktoś powie, że dzisiaj te sceny, gdy znamy bezmiar nazistowskich zbrodni, nie zrobi teraz na nikim wrażenia. Ale wtedy, gdy Niemcy nie byli w pełni świadomi, ten widok działał niczym kubeł zimnej wody, brutalnie sprowadzając do ziemi, przez co nadal ma siłę rażenia. Sensacyjna otoczka jest kolejną zgrabną tkanką i Fuller z głową wykorzystuje tą wiedzę, zaś finał dla mnie jest ostatecznym dowodem na kruchość tego związku.

Reżyserowi udało się to zbudować nie tylko dzięki wnikliwemu scenariuszowi, ale bardzo dobrej grze aktorskiej, bez teatralności, patosu. I tutaj pierwsze skrzypce gra Susan Cummings jako Helga – kobieta doświadczona przez życie oraz próbująca pokazać swoje uczucie, ale jednocześnie próbuje przetrwać. Pytanie tylko na ile jest to maska wobec otoczenia, a na ile prawdziwa miłość, bo te oczy nie kłamią. W jej cieniu wydaje się James Best, czyli sierżant Brandt, mocno zauroczony w kobiecie. I na ile to miłość, a na ile wdzięczność wobec niej nakazuje pozostać w zniszczonym Reichu, bo na pewno nie zdrowy rozsądek. Widać w tej postaci upór, determinację i szczerość, jednak podczas kłótni atakuje stereotypowym myśleniem. Na ich barkach opiera się cały film, ale trudno nie zapomnieć Harolda Daye’a (Franz, brat Helgi) oraz Toma Pittmana (Bruno, szef oddziału Werwolf).

„Verboten” należy traktować jako ostrzeżenie przed kolejnymi wojnami i chorymi snami o potędze jednej grupy/rasy/nacji nad całym światem. I to przesłanie działa bardzo mocno, chociaż od premiery minęło ponad 60  lat.  Mocne, brudne i szczere kino, gdzie Fuller jak zawsze stawia treść nad formę, odpowiednio działając na emocjach i nie wykładając wszystkiego kawę na ławę.

8/10

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Emeli_Sand%C3%A9_-_Long_Live_the_Angels_Deluxe

Ta szkocka blondwłosa piękność namieszała w 2012 swoim debiutanckim albumem „Our Version of Events”, przykuwając uwagę fanów czarnego brzmienia, mieszając soul z r’n’b. Na nowe wydawnictwo trzeba było czekać aż cztery lata i mając do dyspozycji sztab producentów (m.in. Chrisa Loco, Naughty Boya czy Shakevelli) znowu popłynęła po znanych sobie rejonach czarnej muzyki.

Początek mocno przypomina dźwięki Orientu, co pewne jest spowodowane echem wokaliz w tle oraz dziwacznym szumem („Selah”), by płynnie przejść do smyczków i bardziej przebojowego (acz patetycznego) „Breathing Underwater”, gdzie już mamy także typowe dla r’n’b uderzenia perkusji oraz piękny głos. Ale ten chór pod koniec robi niesamowitą robotę. Swoje miejsce ma też bardzo delikatna gitara elektryczna („Happen”, „Right Now”), by dać miejsca przede wszystkim elektronice (klaskane „Hurts” i pulsujące tłustym bitem „Garden”) oraz akustycznej gitary (nastrojowe „Give Me Something” i „Lonely”), a także fortepianowi („Shakes”) czy rozmarzonym klawiszom, tworzącym niemal bajeczny klimat („I’d Rather Not”).

Tutaj wszystko jest bardziej zwarte i zdyscyplinowane, chociaż zdarzają się ciekawe smaczki w postaci (chyba pożyczonej od Eda Sheerana) gitary akustycznej w rozkręcającej się „Tenderly” (ta trąbka ładnie uzupełnia tło), to jednak Emeli konsekwentnie trzyma się nastrojowego, lirycznego oblicza. I ten głos, trzymający za serce oraz gardło, przez co wierzy się jej na słowo, nawet jeśli stosuje łamańce („Babe”).

Nie wiem czy istnieją anioły, ani jak długo żyją, ale sama pani Sande znowu czaruje swoim warsztatem. Płyta bardzo delikatna, miejscami intymna, miejscami bardzo przebojowa, ale bardzo spójna i klarowna.

7,5/10

 

Tagi: soul
16:09, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »

Divide_cover

Trudno nie polubić tego sympatycznego rudzielca z Brytanii, który wydał dwie całkiem niezłe płyty, ale zawsze miałem problem z poczuciem nie tyle przesytu, ile chaotyczności poszczególnych dzieł. I kolejny sztab producentów (m.in. Benny Bianco, KillBeatz i Labrinth) odpowiada za trzeci materiał. Tytuł konsekwentnie jest znakiem matematycznym (+ i X), dając tym razem znak dzielenia.

I tak jak poprzednio mamy mieszankę akustycznej gitary ze wszelkim popowym entouragem. Przedsmak dostajemy w otwierającym całość „Eraser”, gdzie mamy gitarę i wyciszoną perkusję w tle, a sam Ed nawija jakby był raperem. Jednak nie trwa to długo, gdyż dochodzi do głosu gitara elektryczna oraz elektronika imitująca smyczki, a sam frontman zaczyna śpiewać. Bardziej przystępnie robi się w nostalgicznym „Castle In the Hill” ze skoczną gitarą i delikatną elektroniką oraz delikatnej, gitarowej balladzie „Dive”. Za to nie do końca mnie przekonuje „Shape of You” z całkiem niezłymi perkusjonaliami oraz troszkę zbyt patetyczna (mimo minimalistycznej aranżacji) „Perfect”.

Nie brakuje kilku ciekawych sztuczek jak zmieszanie celtyckich dźwięków ludowych z elektroniką w skocznym „Galway Girl”, imitacja fletów w „Barcelonie” czy nakładany na siebie zaśpiew w lekko rapowym „New Man”, ale w sporej części to pisane troszkę na jedno kopyto popowe piosenki, jakich w rozgłośniach radiowych są tysiące. I nawet głos Sheerana nie pomaga ich odróżnić od reszty, co już sytuuje go na straconej pozycji.

Nadal lubię Sheerana, bo potrafi zrobić lekkie i zwiewne piosenki jak pianistyczny „Supermarket Flowers” czy ciepłe „Bibia Be Ye Ye”, ale tak naprawdę ciągle robi furorę pojedynczymi utworami niż całymi płytami, gdyż ciągle panuje stylistyczny chaos. Nadal jest tylko nieźle.

6/10

Tagi: Pop
10:13, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 162
Tagi
ministat liczniki.org
zBLOGowani.pl