środa, 16 sierpnia 2017

Jak wszyscy wiemy, dzień Bastylii to narodowe święto Francuzów, obchodzące w rocznicę zburzenia Bastylii. Dzień ten rozpoczął Wielką Rewolucję Francuską, ale nie o tym jest ten film. Bohaterów jest dwóch – różnych jak noc i dzień. Łączy ich to, że obydwaj są przedstawicielami najdzielniejszego oraz najmądrzejszego narodu świata, co potwierdzają ostatnie wyniki wyborów prezydenckich.

Michael Mason jest drobnym złodziejaszkiem, co widać już na samym początku filmu, gdy jego wspólniczka w stroju Adama przechadza się po ulicy, a on zaczyna podwędzać telefony, portfele i paszporty. Ale pewnego wieczoru kradnie nie o jedną torebkę za dużo. Gdy ją wyrzuca gdzieś na koszu, dochodzi do eksplozji, a Mason zostaje oskarżony o zamach terrorystyczny. Ściga go policja, prawdziwi sprawcy zamachu oraz… agent CIA, Sean Briar. Jednak zamiast go zwyczajnie zgarnąć i wyciągnąć informacje, agent szybko odkrywa, że nie jest sprawcą, proponując mu układ.

Wiem, że fabuła brzmi jak z setek innych filmów sensacyjnych, bo mamy dość oczywiste kalki i szablony. Ale James Watkins trafił idealnie w czas i nie chodzi tylko o zagrożenie terroryzmem, ale jak wykorzystywać potęgę Internetu, by całe społeczeństwa poddać psychozie strachu za pomocą manipulacji oraz haseł wykorzystywanych przez obydwie strony sceny politycznej. Choć jest to tylko niewykorzystany wątek, to dodaje smaczku oraz kolorytu. Reżyser ciągle zachowuje tempo i robi wszystko, by przykuć uwagę. Mamy pieszy pościg na dachu, kilka strzelanin (włącznie z finałową), kilka złośliwych docinków, skorumpowanych gliniarzy, pomysłowo inscenizowane sceny akcji (bijatyka w więźniarce – rewelacja). Mimo pewnych szablonów i przewidywalności ogląda się to z dużą frajdą, a nawet jest to dość logiczne. Jedyną taką poważną wadą jest dość chaotyczny montaż w scenach akcji, który wprowadza dezorientację (na szczęście, nie zdarza się zbyt często) oraz mało zaskakujący finał.

Ale „Dzień Bastylii” ma jednego mocna asa w tej talii kart i jest to Idris Elba. Briar w jego wykonaniu to prawdziwy twardziel, którego nic i nikt nie jest w stanie powstrzymać przed realizacją celu. Szorstki, samotny wilk, co szybko układa elementy układanki, ma gdzieś przełożonych (w końcu słuszność jest po jego stronie), tworząc odpowiednią mieszankę skuteczności i brawury. Jeśli ktoś jeszcze miał wątpliwości, czy Brytyjczyk pasowałby do roli agenta 007, „Dzień Bastylii” powinien rozwiać obawy. Partneruje mu Richard Madden i całkiem nieźle sobie radzi w roli drobnego cwaniaczka z ulicy, zmuszonego do współpracy z CIA. Poza tym zgrabnym duetem, warto wyróżnić wyglądającego niczym Robert Downey Jr. Jose Garcię (komendant policji Victor Gamieux) oraz Thierry’ego Godarda (szef gangu Rafi Bertrand).

„Dzień Bastylii” może nie będzie klasykiem w swoim gatunku jak „48 godzin”, „Zabójcza broń” czy „Nice Guys”, ale daje wiele frajdy podczas seansu. I nie miałby nic przeciwko, gdyby agent Briar jeszcze powrócił na ekranie, bo zawsze na Elbę patrzy się przyjemnie, a sama historia zrobiona jest z głową.

7/10

Radosław Ostrowski

Tagi: sensacyjny
12:53, radkino , kino
Link Dodaj komentarz »

O wojnie w Iraku opowiadało wiele, wiele filmów, ale tym razem z tym tematem postanowił się zmierzyć Netflix. Bohaterem opowieści jest szeregowiec Ocre, który nie chciał walczyć za kraj. Poszedł do wojska, bo jak sam mówi, nie stać go było na studia. Gdy go poznajemy łamie sobie rękę, waląc drzwiami od samochodu. Ale to nic nie daje i razem z oddziałem ruszają do boju. Po zajęciu kraju jego oddział pod wodzą sierżanta Harpera dostaje zadanie dostarczenia wody. Problem w tym, ze pompa jest zniszczona, a poza wojakami nikt nie chce podjąć się naprawy.

Film Fernando Coimbry nie skupia się tylko i wyłącznie na pokazaniu amerykańskich chłopaków jako kolesi nie do zdarcia, nie do zabicia, potrafiących wyjść z każdej opresji bez szwanku. To nie jest propagandowa agitka, tylko pokazanie bardziej złożonego spojrzenia na wojnę w Iraku. Państwo to już wcześniej miało swoje problemy i wewnętrzne wojny, są też strasznie nieufni wobec Amerykanów. Cywile może by i pomogli, ale po prostu boją się. Bo karą za współpracę jest śmierć, co dobitnie pokazuje scena, gdy w szkole widzimy spalone zwłoki przybite na palu czy rozmowa z szejkiem. Klimat troszkę tutaj przypomina „Hurt Locker”, a sceny strzelanin dają prawdziwego kopa i budują poczucie osaczenia. A co gorsza, nigdy nie wiadomo, kiedy zaatakuje przeciwnik. Może to zrobić podczas jazdy konwoju czy rozdawaniu wody. A czy możliwe jest takie porozumienie ponad podziałami i lękami? I na jak długo ono potrwa? Te pytania pozostają bez odpowiedzi. Równie brak patosu oraz podniosłych dialogów typu „Bóg, honor, ojczyzna” działa na plus tego filmu.

Zdarzają się pewne momenty zastoju, a wiele postaci nie jest zbyt mocno zarysowanych, ale aktorzy dają z siebie wszystko, by uczynić je ludźmi. Najbardziej w pamięć zapadają postacie Ocre (Nicholas Hoult kolejny raz pozytywnie zaskakuje) oraz sierżanta Harpera (Logan Marshall-Green). Jest też jeszcze bardzo ostry  w walce sierżant Burton (Beau Knapp) oraz najbardziej rozważny z grupy, czyli nowy dowódca ekipy – kapitan Syverson (Henry Cavill jest tu nie do poznania).

„Sand Castle” może nie tworzy jakiegoś nowego obrazu wojny w Iraku, ale przypomina jak skomplikowana sytuacja tam panuje. Nie jest tylko filmem skupionym na strzelaniu i zabijaniu (to plus), ale skupia się na tym, jak poradzić sobie w nietypowej sytuacji. Bardzo porządna robota.

7/10 

Radosław Ostrowski

Tagi: wojenny
00:04, radkino , kino
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 sierpnia 2017

Sierżant Mike jest snajperem walczącym gdzieś w Afganistanie. Razem z operatorem Tommy’m dostają zadanie zlikwidowania groźnego terrorysty, ale wszystko kończy się porażką. Wojacy muszą uciekać przed pościgiem oraz dotrzeć do punktu przerzutu. Niestety, Mike jedną nogą trafia na minę, przez co jest unieruchomiony, a kolega ginie. Pomoc może przyjść dopiero za ponad dwie doby.

Pamiętacie taki film jak „Pogrzebany”? Czyli mamy jednego bohatera uwięzionego w jednym miejscu z powodów niezależnych od niego. „Mine” hiszpańskiego duetu Guaglione/Resinaro może brzmieć jak materiał na sztukę teatralną niż film, ale nie dajcie się zmylić. Coraz bardziej widzimy jak nasz bohater czuje się coraz bardziej zmęczony, pozbawiony sił – jedzenia i wody niemal nie ma, nocami atakują paskudne psy, a zmysły coraz bardziej zaczynają wariować. Wtedy całość zaczyna robić się ciekawiej. Dlaczego? Bo bliżej poznajemy przeszłość bohatera, który nie potrafi się odnaleźć i można odnieść wrażenie, ze tak naprawdę uciekał. To utknięcie staje się szansą dla zmierzenia się z własnymi demonami: przemocą od ojca-pijaka, stratą matki, z którą miał bardzo silną więź oraz lękiem przed powtórzeniem błędów ojca. Wszystko to bardzo trzyma w napięciu (burza piaskowa czy nocne ataki dzikich psów), podkręcone fantastycznym montażem (druga połowa filmu wygląda świetnie) oraz budującą poczucie zagrożenia muzyką.

„Mine” to popis aktorski Arnie Hammera, który musiał skupić uwagę tylko swoją obecnością. Mało mówi, coraz bardziej widać jego zmęczenie, ból, poczucie bezradności, a jednocześnie bardzo irracjonalny upór i walkę do końca. Aktor fantastycznie wykonuje swoje zadanie, w czym pomaga mu scenariusz oraz pewna ręka reżyserskiego duetu. Poza nim tak naprawdę wyróżnia się tylko jedna postać – tajemniczego, czarnoskórego Berbera, początkowo sprawiającego wrażenie dziwaka.

„Mine” to trzymający w napięciu psychologiczny thriller opisujący wewnętrzną walkę ze swoimi demonami. Niby kino oparte na koncepcie teatru jednego aktora, ale nie ma poczucia teatralności. Mocne dramat trzymający jak thriller.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Tagi: wojenny
18:00, radkino , kino
Link Dodaj komentarz »

Rok 1944, gdzie wojna powoli zmierza ku decydującym rozstrzygnięciom. Ale nie w małym miasteczku Walmington, znajdującym się nad morzem. Co prawda działa tutaj oddział Home Guard dowodzony przez kapitana Mainwaringa, ale ci uważani są za nieudaczników. Teraz dostają nowe zadanie – patrolowanie bazy wojskowej w Dover. Morale mogą jeszcze wzrosnąć, gdy pojawi się dziennikarka Rose Winters, która pisze artykuł o jednostce. Tylko, że w rzeczywistości jest niemieckim szpiegiem z zadaniem infiltracji oddziału oraz dotarcia do bazy.

Film Olivera Parkera to kinowa produkcja bardzo popularnego serialu komediowego z lat 70. W Wielkiej Brytanii jest to produkcja owiana kultem, ale w Polsce jest to mało popularny tytuł. Sam film to klasyczna, wręcz zgrabna ramotka. Nie czuć tu mocno naftaliną, bo ogląda się to bardzo przyjemnie, a humor bywa czasami oparty na prostym slapstickowym gagu (szkolenie z kamuflażu i problemy z pęcherzem czy „randka” u panny Winters), ale to wszystko potrafi wywołać parokrotnie uśmiech. Jest to też przykład, że w odpowiedniej chwili człowiek jest w stanie przebić się. Co ważne, każda z postaci (nawet najdrobniejsza) ma swój charakter i zapada mocno w pamięć. Nawet jeśli zachowanie naszych bohaterów może wydawać się czasami idiotyczne, to jest to poprowadzone z umiarem, bez poczucia zażenowania.

Sprawna realizacja, elegancka strona wizualna (klify i krajobraz wygląda ślicznie), militarna muzyka to atuty tej lekkiej komedii. Ale to wszystko nie byłoby tak świetne, gdyby nie fantastyczni aktorzy dowodzeni przez Toby’ego Jonesa jako przekonanego o swojej wyższości i inteligencji kapitana, próbującego zagrzać ducha bojowego swoim kompanom. Kontrastem dla niego jest opanowany, kulturalny i elegancki sierżant Wilson (cudowny Bill Nighy). Poza tym duetem trudno nie wspomnieć o Michaelu Gambonie (najstarszy w grupie szeregowy Godfrey), Tomie Courtneyu (pełen wojskowej dyscypliny kapral Jones) czy Blake’u Harrisonie (zafascynowany filmami szeregowy Pike). Ale film kradnie wszystkim Catherine Zeta-Jones jako prześliczna femme fatale. Jej obecność wywołuje zazdrość u innych pań (te stroje, ta elegancja), mąci mężczyznom w głowie i jest tego świadoma, doprowadzając do wielu zabawnych sytuacji.

„Armia tetryków” może nie jest najzabawniejszą komedią, jaką kiedykolwiek widziałem, ale miło spędziłem czas. Sympatyczna, lekka i dowcipna, ale bez przekroczenia granicy żenady i szyderstwa.

6,5/10

Radosław Ostrowski

FullerReżyser, scenarzysta, producent, sporadycznie aktor.

Urodzony 12 sierpnia 1912 roku w Worchester, stan Massachusetts w rodzinie żydowskiej. Ojciec zmarł, gdy Sam miał 12 lat i rodzina musiała się przenieść do Nowego Jorku, gdzie zaczął prace w gazecie. Najpierw był chłopcem na posyłki i roznosił gazety, a cztery lata później był dziennikarzem kryminalnym w New York Evening Geaphic. Rzucił jednak pracę i po czasie włóczęgi po całym kraju w 1935 roku debiutuje jako pisarz pulpowym kryminałem "Burn Baby Burn". Rok później zostaje ściągnięty do Hollywood, gdzie pisze scenariusze jako ghostwriter, co zapewniło mu stałe źródło utrzymania.

W trakcie II wojny światowej walczył jako piechur w 16. pułku 1. Dywizji Piechoty znanej jako Wielka Czerwona Jedynka. Wstąpił do niej w 1942 roku i przeszedł szlak bojowy od Włoch przez Francję do Czechosłowacji. Dwukrotnie ranny w walce, Fuller otrzymał Purpurowe Serce, Brązową Gwiazdę oraz Srebrną Gwiazdę za okazywaną odwagę. Po wojnie wrócił do Hollywood, gdzie nadal pisał scenariusze. Sfrustrowany odrzucaniem kolejnych tekstów, otrzymał propozycję od Lippert Productions do realizacji niskobudżetowego westernu. Oczywiście się zgodził.

Fuller znany stał jako twórca filmów gatunkowych z niezbyt imponującym budżetem, surową, mało efektowną stroną wizualną oraz sięganiem po niewygodne tematy: rasizm, hipokryzja, wykluczenie, nienawiść, chciwość, deheroizacja, niemoralność. Powodowało to, że rzadko odnosił sukces komercyjny, jego filmy spotykały się z niezrozumieniem i wreszcie zapomnieniem.

Reżyser zmarł 30 października 1997 roku w swoim domu w Kalifornii. Zostawił po sobie masę filmów (22 tytuły), a do inspiracji tym reżyserem przyznawali się tacy reżyserzy jak Jim Jarmusch, Martin Scorsese czy Quentin Tarantino. To chyba jest wystarczająca rekomendacja, by się zapoznać z tym reżyserem.

Oto ranking obejrzanych (niestety, nie wszystkich) filmów Samuela Fullera od najgorszego do najlepszego. To zaczynamy.

Miejsce 10. - Ludojad (1969) - 5/10

Caine jest drobnym cwaniakiem i przemytnikiem, który utknął w Afryce. By się wyrwać zgadza się na pracę dla pewnego profesora, prowadzącego badania oceanograficzne. Tak naprawdę celem jest dotarcie do skarbu pilnowanego przez rekiny. Ten film miał wyglądać zupełnie inaczej, ale podczas pracy zginął kaskader, co producenci postanowili wykorzystać do promocji. Zamiast sensacyjniaka o chciwości mamy nudny thriller z rekinami, ładnymi zdjęciami podwodnymi oraz Burtem Reynoldsem w roli głównej. Problem w tym, że jest to zupełnie pozbawione emocji i strasznie nudne. Recenzja tutaj

Miejsce 9. - Czterdzieści karabinów (1957) - 5/10

Niskobudżetowy western opowiadający o nieuniknionym starciu między szefową gangu rewolwerowców, Jessicą Drummond i szukającym świętego spokoju Cliffem Bommerem. Mieszanka westernu i melodramatu tutaj mocno gryzie się ze sobą. Postacie są ledwo zarysowane, historia jest przewidywalna. Brakuje jakiegoś silniej zarysowanego tła i wyrazistych bohaterów (Barbara Stanwyck daje rade jako Drummond) oraz ciekawszej intrygi. Recenzja tutaj.  

Miejsce 8. - Piekielna misja (1954) - 6/10

Gdzieś na Arktyce znajduje się zakamuflowana baza wojskowa z bronią nuklearną. By zweryfikować te dane, tajna międzynarodowa organizacja organizuje ekspedycję. Na jej czele stoi profesor Gerard i zwerbowanego do zadania kapitana Jonesa. Fuller tym razem poszedł w stronę kina sensacyjno-szpiegowskiego, by ostatecznie stać się niezły filmem przygodowym z kilkoma scenami, pełnymi napięcia. Szkoda, bo był potencjał na więcej. Recenzja tutaj.

Miejsce 7. - Zabiłem Jessego Jamesa (1949) - 6,5/10

Debiut reżysera i pierwszy western przez niego zrealizowany. Opowieść o Robercie Fordzie, który zabił legendarnego przestępcę, Jessego Jamesa. Fuller skupia się tutaj na skomplikowanej psychologii bohatera, który marzy o stabilizacji, spokojnym życiu, w czym ma pomóc amnestia i nagroda (oraz miłość do kobiety), ale to wszystko zaczyna działać na niego w sposób destrukcyjny, doprowadzajac do tragicznego finału. Ogląda się to przyzwoicie, co jest zasługą solidnej reżyserii i niezłego aktorstwa. Na minus wątek melodramatyczny. Recenzja tutaj.

Miejsce 6. - Bagnet na broń (1951) - 6,5/10

Wojenna historia z Korei. 48-osobowy oddział pod wodzą porucznika Gibbsa otrzymuje zadanie zatrzymania wojsk przeciwnika, by cała dywizja mogła wykonać odwrót. Całość skupia się na kapralu Demmo, który wskutek pewnych decyzji musi wziąć odpowiedzialność za pozostałych ludzi. Mimo dość skromnego budżetu, film robi dobre wrażenie, a scena przechodzenia przez pole minowe autentycznie trzyma w napięciu. Aktorstwo jest niezłe, historia jest spokojnie poprowadzona, a batalistyka jest tylko dodatkiem. Recenzja tutaj.

Miejsce 5. - Run to the Arrow (1957) - 7/10

Western z Indianami na pierwszym planie. Bohaterem jest weteran wojny secesyjnej, który postanawia zostać czerwonoskórym. Mężczyzna wcześniej dezerteruje z wojska i nie godzi się z przegraną. W końcu musi dojść do konfrontacji między Indianami a wojskiem USA, planującym na ich terenie budowę obozu. Z jednej strony troszkę teatralność realizacji, połączona z mocnymi scenami suspensu jak tytułowy bieg strzały czy finałowa konfrontacja Indian z wojskiem. W tle rasizm, dążenie do siłowego rozwiązania, zamiast wspólnego działania. Plus przyzwoity Rod Steiger i zakończenie. Recenzja tutaj.

Miejsce 4. - Wielka Czerwona Jedynka (1980) - 8/10

Najsłynniejsze i najdroższe dzieło opisujace szlak bojowy kompanii ze słynnej Wielkiej Czerownej Jedynki, kierowanej przez twardego oraz bezkompromisowego sierżanta Possuma (niezawodny Lee Marvin). Wojna totalna, pokazująca swoją bezwzględność, strach i absurd. Nie brakuje ostrej i miejscami pomysłowych akcji (atak na Niemców w... ośrodku dla obłąkanych czy poród w czołgu), a jednocześnie pokazuje jak bezwzględna, okrutna oraz szalona jest wojna. Absolutnie polecam wersję zrekonstruowaną z 2004 roku, gdzie jest kilka fantastycznych scen. Totalne kino wojenne, moze troszkę komiksowe, ale niesamowicie przyjemne. Recenzja tutaj

Miejsce 3. - Verboten! (1959) - 8/10 

Dziwny melodramat dziejący się tuż po zakończeniu wojny z Niemcami. Amerykański sierżant i niemiecka kobieta, u której się ukrywa, ale take związki są zakazane. Bardzo gorzkie kino pokazujące początki budowy Niemiec oraz jeszcze niewykorzenioną nienawiść, będącą jeszcze dzięki ideologii Hitlera (Werewolf), a kulminacją jest scena, gdy Helga razem z bratem ogladają proces w Norymberdze. Świetny scenariusz, wyraziste oraz skomplikowane postacie, których relacje podlegają stałej dynamice, bardzo dobre aktorstwo. Recenzja tutaj

Miejsce 2. - Kradzież na South Street (1953) - 8/10

Noirowy kryminał, którego bohaterem jest drobny kieszonkowiec Skip. Przypadkiem w jego ręce trafia mikrofilm szpiegowski, który mieli przejąć komuniści. Materiał chcą przejść komuniści, rękoma kobiety oraz policja. Oszuści, cwaniaki, mordercy, gdzie każdy próbuje coś ugrać dla siebie, skorumpowane i zgniłe miasto, femme fatale, cyniczni informatorzy, balansujący na granicy prawa. Plus rewelacyjny Richard Widmark w roli głównej, sporo złośliwego humoru oraz kompletnie nieprzewidywalna całość. Recenzja tutaj.

Miejsce 1. - White Dog (1982) - 8/10

Najbardziej znienawidzony i niedoceniony przez widownię film. Prosty pomysł: młoda kobieta mieszkająca w Hollywood znajduje na drodze białego owczarka niemieckiego. Kobieta przygarnia go do domu i jak się potem okazuje była to dobra decyzja. Ale problem w tym, że jest to biały pies - zwierzę przeszkolone do gryzienia oraz zabijania czarnoskórych ludzi. Fuller pokazuje, że ciężko wykorzenić jest rasizm ze skóry, co pokazuje druga połowa filmu, gdzie zawodowy treser, próbuje złamać psa. Napięcie trzyma niczym w rasowym thrillerze, co pokazuje bardzo gorzki finał. Czy jest nadzieja na resocjalizację? Sami musicie odpowiedzieć, a film stawia trudne pytania. Plus świetna realizacja, niepokojący klimat budowany m.in. przez muzykę Ennio Morricone oraz fantastyczne aktorstwo ze wskazaniem na psa. Wielkie kino, nadal szarpiące. Recenzja tutaj.

Nieobejrzane:
The Baron of Arizona
The Steel Helmet
Park Row
House of Bamboo
China Gate
The Crimson Kimono
Amerykański świat podziemia
Maruderzy Merrilla
Shock Corridor
The Naked Kiss
Złodzieje nocą
Ulica bez powrotu

Jak widać, wyzwanie zostało zakończone, ale przygoda z Fullerem dla mnie dopiero się zaczyna. Mam nadzieję, że za rok będę mógł z pełną satysfakcją będe mógł powiedzieć, że jeszcze parę filmów tego filmowca mnie zaskoczy i zrobi jeszcze na mnie wielkie wrażenie. A jak wy widzicie filmografię Fullera? Zapraszam do dyskutowania i komentarzy oraz dziękuje blogowi Po napisach za to wyzwanie.

Radosław Ostrowski

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Johnny Jones jest dziennikarzem amerykańskiej gazety, zajmujący się tematyką kryminalną. Ale tym razem naczelny daje mu kompletnie inne zadanie – ma pojechać do Europy (do Londynu dokładnie) i przeprowadzić wywiad z holenderskim dyplomatą Van Meerem. Człowiek ten prowadzi rozmowy mające na celu powstrzymanie wybuchu wojny. Problem w tym, że polityk jest dość trudnym partnerem do rozmowy. Następnego dnia, gdy ma dojść do konferencji, Van Meer zostaje zamordowany na oczach tłumu, a Jones (zmuszony działać przez naczelnego jako Huntley Harverstock) zaczyna pościg i próbuje na własną rękę wybadać sprawę.

Pierwszy film Alfreda Hitchcocka zrobiony na początku lat 40. jest mieszanką thrillera, kina szpiegowskiego oraz jednocześnie jest hołdem dla dziennikarzy. Początek jest bardzo spokojny, wręcz senny, ale reżyser bardzo konsekwentnie buduje napięcie. Sama scena morderstwa jest krótka i gwałtowna, pościg przykuwa uwagę (chociaż widać, że samochody jadą na ruchomym tle), by trafić na trop dużej afery szpiegowskiej. Kiedy wydaje się, że wiemy wszystko, dochodzi do kolejnej wolty (poznajemy głównego przeciwnika, odkrywamy mistyfikację i prawdziwe motywy działania) i kolejnej, by czekać z oczekiwaniem na rozwiązanie historii.

Już tutaj widać pewną rękę Hitchcocka w budowaniu napięcia, co czuć w świetnej scenie w młynie, gdzie Jones obserwuje zamachowca czy nerwowej scenie próby zabójstwa dziennikarza na szczycie kościelnej wieży. Niby proste tricki, ale po latach nadal skuteczne. Do tego nie brakuje drobnych akcentów humorystycznych czy to w drobnych gagach (Jones uciekający przez dach hotelu trafia do… damskiej toalety) czy dialogach. Dwie tylko rzeczy psuły frajdę z seansu. Po pierwsze, nadekspresyjna muzyka, charakterystyczna dla tej epoki i dzisiaj po prostu archaiczna. Po drugie, wątek miłosny między naszym Jonesem a córką polityka Carol Fisher nie przekonuje mnie. Nie jest to wina aktorów, ale raczej deklaratywnych dialogów. Brzmi to sztucznie, a chemii między postaciami nie czuć – trzeba wierzyć na słowo.

Nie mniej jest to bardzo dobrze zagrane kino z wybijającym się Joelem McCreą w roli głównej. Jones to typowy dla reżysera everyman wplątany w skomplikowaną intrygę. Nie jest jednak głupcem, działa za pomocą sprytu, chociaż działającego w sposób uczciwy i etyczny. Kontrastem dla niego jest kolega z pracy Scott Ffolliott (świetny George Sanders), który nie boi się nawet sięgać po szantaż, by zdobyć informacje. Ale ostatecznie ten sprawiający wrażenie nieporadnego i stonowanego Anglika okazuje się porządnym gościem. Podobnie fantastyczne wrażenie robi Herbert Marshall grający czarny charakter – elegancki, kulturalny dżentelmen z bardzo ciepłym głosem. Trudno odmówić mu fasonu, ale ukrywa się pod tym bezwzględny zbrodniarz. To na tych ludziach spoczywa największy ciężar, chociaż drugi plan jest bardzo interesujący i pełen barwnych postaci (fałszywy detektyw Rowley, wychudzony Stebbins czy powściągliwy idealista Van Meer).

„Zagraniczny korespondent” ma większość elementów typowych dla kina Hitchcocka – buduje suspens, ma wciągającą, piętrową intrygę oraz kilka razy zaskakuje, nawet najbardziej doświadczonych kinomanów. Rozrywka na poziomie, a finałowa scena w radiu jest przykładem jak powinien działać etos ludzi prasy, będących naszymi uszami oraz oczami na świat.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Na pewno pamiętacie Ellen Ripley – kobietę, która jako jedyna z załogi Nostromo przeżyła konfrontację z Obcym. Błąkała się w kapsule ratunkowej po całym kosmosie i dopiero po 57 latach została odnaleziona. I to zwykłym fartem. Zdaje raport przed korporacją, ale nikt jej nie wierzy i zostaje zawieszona. Dawna planeta, na której znaleziono Obcego, dzisiaj jest kolonią ludzką. Właśnie w tej chwili stracono z nią kontakt, więc korporacja prosi Ripley o pomoc. Kobieta razem z odziałem marines wyrusza z misją ratunkową.

Po mrocznym oraz trzymającym wręcz za gardło horrorze Ridleya Scotta, producenci doszli do wniosku, że to może być początek nowej i przynoszącej duże dochody serii. Tym razem za tą część odpowiadał opromieniony sukcesem „Terminatora” James Cameron. Reżyser ten postanowił kompletnie wywrócić konwencję i zamiast klimatycznego, skupionego na klimacie oraz niepokoju horroru, skręcił w to, co umiał najlepiej – wysokobudżetowe kino akcji. Sam Obcy jest tutaj zredukowany do roli mięsa armatniego koszonego przez uzbrojonych po zęby gierojów (reżyser na początku wręcz fetyszyzuje uzbrojenie oraz dryl). Jednocześnie reżyser nie zapomina o budowaniu napięcia i poczuciu strachu. Brzmi to absurdalnie? Nic z tych rzeczy – przypomnijcie sobie sceny jak Ripley dostaje ataku i wyłazi z jej brzucha Obcy, po czym… okazuje się, że to był sen, pierwszą konfrontację z Obcymi skrytymi gdzieś w mroku (scenografia jest fantastyczna), a poczucie zagrożenia tworzone jest za pomocą jednej prostej rzeczy – detektora ruchu, a dokładniej jego dźwięku. Jego pulsacja wystarczy, by oczekiwać na obecność innych istot.

Cameron wie, jak podnieść stawkę i dlatego obecność jedynej ocalonej z kolonii dziewczynki Newt jest uzasadniona. Budzi ona w Ripley instynkt macierzyński (w wersji reżyserskiej odkrywamy, że straciła córkę), zmuszając ją do niemal fizycznej walki o ludzkość. Napięcie budowane jest konsekwentnie (jak wtedy, gdy bohaterowie czekają na Obcych wchodzących do centrali z zamkniętymi drzwiami – rewelacja), po drodze będzie parę wymian ognia, setki nabojów polecą w powietrze, padnie kilka mocnych zdań, niepozbawionych ironii, by zakończyć finałowym starciem Ripley z Królową. I to daje prawdziwego kopa. I zostawia furtkę na część kolejną, która powstała (to temat na inną opowieść).

„Obcy 2” to nie tylko popis fajerwerków Camerona, ale też bardzo pewnie poprowadzona obsada. Weaver tutaj przechodzi ewolucję z przerażonej własnymi wspomnieniami kobiety w prawdziwą heroinę kina akcji, sprawnie posługującą się giwerami (sklejenie miotacza ognia z karabinem i odbicie Newt są najmocniejszym przykładem), zdeterminowaną i nieustępliwą. Na drugim planie wspomnieć trzeba aż trójkę wojaków: opanowanego, spokojnego kaprala Hicksa (świetny Michael Biehn), rozgadanego, zgrywającego hojraka szeregowego Hudsona (nieodżałowany Bill Paxton) oraz jedyną laskę w składzie, czyli Vasquez (Jenette Goldstein). No i jeszcze syntetyczny android Bishop (Lance Henriksen), który tym razem jest tym dobrym robotem, rehabilitując te postacie po Ashu.

„Obcy – decydujące starcie”, mimo kompletnej zmiany tonacji, pozostaje naprawdę bardzo dobrym filmem akcji, potwierdzającym predyspozycje Camerona do kina akcji. Trzyma w napięciu (nie tak jak pierwszy „Obcy”), jest bardziej widowiskowy (nie tak bardzo jak następne filmy reżysera) i potrafi zapaść w pamięć. Godny, chociaż idący innymi ścieżkami, następca „Obcego”.

8/10 

Radosław Ostrowski

niedziela, 13 sierpnia 2017

the-joshua-tree-30th-anniversary-edition-super-deluxe-b-iext49509105

1987 rok dla muzyki rozrywkowej przyniósł wiele płyt uznawanych za wybitne. Ci, co nie mieli szczęścia ich posłuchać w dniu premiery, gdyż nie było ich na świecie, mają na to szansę, m.in. dzięki remasteringom oraz specjalnym reedycjom. Nie inaczej jest z piątą płytą bardzo popularnego irlandzkiego kwartetu U2 wyprodukowanym przez Daniela Lanois oraz Briana Eno “The Joshua Tree”.

Album ten uważany jest najlepszy w karierze zespołu, co spowodowane było mieszanką chwytliwych melodii, głębokich, refleksyjnych tekstów oraz świetnego zgrania grupy. Już otwierające całość “Where The Streets Have No Name” uderza swoim organowym, niemal sakralnym wstępem, do którego dołącza tnąca gitara Edge’a. Ale reszta ferajny też mocno zaznacza swoją obecność płynnym basem i perkusją, coraz bardziej przyspieszając. Dwa następne utwory (“I Still Haven’t Found What I Looking For” oraz “With or Without You”) to już megahity, grane przez stacje radiowe do dnia dzisiejszego. Mocno psychodeliczny jest “Bullet The Blue Sky” z dziwacznie przesterowaną gitarą (melodię przejmuje bas), mocnymi uderzeniami perkusji oraz Bono niemal krzyczącym I recytującym. Zaskoczeniem jest utrzymany w niemal folkowo-westernowym tonie “Running To Stand Still”, gdzie największą robotę robią klawisze, a “Red Hill Minning Town” czaruje mocniejszymi riffami, z kolei szybkie tempo jest najmocniejszym punktem “In God’s Country”.

Powrót do folkowo-westernowego świata otrzymujemy w “Trip Through Your Wires” z łagodniejszą gitarą oraz harmonijką ustną. Najbardziej przyjemne było dla mnie lekko egzotyczne w brzmieniu “One Hill Tree” z niemal orientalnie “tańczącą” gitarą oraz bardzo kojącymi klawiszami, by na koniec rzucić smyczkami. Tym bardziej zaskakuje minimalistyczny “Exit”, gdzie na początku mamy… cykanie świerszczy. Ale im dalej w las, tym mocniej atakują pozostałe instrumenty (środek to agresywniejsza gitara, a finał to perkusyjne petard)), by na koniec pomieszać pulsująco-chropowatą elektronikę, udającą etniczne instrumenty oraz sample w “Mother of the Disappeared”. Tak się kończy album, który dziwnie się broni świetnymi melodiami, mocno wyczuwalną chemią miedzy członkami grupy oraz porywającym wokalem Bono.

Ale jeśli ciągle wam mało, to wydawnictwo super deluxe edition zawiera jeszcze trzy dodatkowe krążki. Pierwszy to zapis koncertu z Madison Square Garden, który odbył się 28 września 1987 roku. Poza kawałkami ze swojego, wtedy najnowszego wydawnictwa, zagrali również swoje poprzednie hity jak “I Will Follow”, “Sunday Bloody Sunday”, “New Year’s Day” czy “October”. I co ja tu będę więcej opowiadał, U2 to koncertowe zwierzęta, łatwo nawiązujące kontakt z publicznością. Trzeci album to zestaw alternatywnych miksów piosenek dokonany m.in przez Briana Eno, Daniela Lanois, Steve’a Lillywhite’a. A czwarty album to piosenki ze strony B singli oraz odrzuty, w tym dwie kompozycje oparte na wierszu Williama Blake’a (“Beautiful Ghost/Introduction to Songs of Experience”)  oraz Allena Ginsberga (“Drunk Chicken/America”).

I to ten materiał jest dodatkową zachętą do zmierzenia się z “Drzewem Jozuego” – kapitalnej, głebokiej, rewelacyjnej płyty pop-rockowej. Poezja.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Tagi: Rock
03:14, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 11 sierpnia 2017

Człowiek jest istotą bardzo skomplikowaną, która próbuje jakoś żyć w tym pokręconym świecie. Równie pokręcone bywa życie intymne, ale nie zawsze jesteśmy w stanie o tym opowiadać. I o tym opowiada australijski film „To właśnie seks”.

Film Josha Lawsona (pojawia się także po drugiej stronie jako fetyszysta stóp) to opowieść o pięciu parach oraz ich życiu intymnym. Problemem może być jednak to, że mamy pewne fetysze oraz fantazje, co wywołuje obowiązkowe komplikacje. Ona chce być zgwałcona, on czuje podniecenie, gdy żona śpi (bo za dnia jest twardą i ostrą zawodniczką), żona podniecana tylko, gdy widzi łzy czy wchodzenie w role. „Co się stało ze starym, dobrym seksem?” – pyta jedna z postaci. Reżyser w sposób słodko-gorzki pokazuje pewną może mało odkrywczą, ale trafną prawdę: do dobrego i satysfakcjonującego seksu potrzebna jest dobra… komunikacja. Jeśli nie boimy się powiedzieć o swoich marzeniach, fantazjach, bez osądzania i szczerze, to jest szansa, że się uda.

Każda z tych opowieści jest rozbrajająco szczera (próba gwałtu na parkingu skończona dość ostro), a komplikacje doprowadzają do nieobliczalnych sytuacji. Jak inaczej wytłumaczyć, że za bardzo zaczniemy zatracać się w tych fetyszach (mąż za bardzo pragnący odgrywać role, kobieta doprowadzająca męża do łez – orgazm udało się osiągnąć dopiero na wieść o… śmierci teścia), to możemy stracić bardzo wiele. Mocno o tym przypomina przypadek męża, którego podnieca śpiąca żona, więc ją usypia, co mocno odbija się na jego pracy.

Lawsonowi udaje się balansować miedzy powagą a żartem i pozwala przejrzeć się w bohaterach jak w lustrze. Czy jest możliwe spełnienie swoich marzeń, bez strachu? Wydaje mi się, ze jest taki przypadek, będący jednocześnie najzabawniejszym. Czyli słynna (już) rozmowa w call center, gdzie tłumaczka Monika pośredniczy między Samem a… prostytutką, gdzie nie brakuje pomyłek, przerażenia, aparat słuchowy nagle zacznie szwankować. I to wszystko bardzo bawi, ale finał jest tak uroczy – choćby dla tej kapitalnej sceny warto zobaczyć cały film.

Nie wiem, jak to możliwe, że u nas nie powstał film w takim stylu i o tej tematyce. Bez wulgarności, poczucia żenady i skupianiu się tylko na scenach erotycznych. „To właśnie seks” (oryginalny tytuł „Little Death”) jest szczery, nie drwi z postaci i jednocześnie skłania do refleksji. Ostatnio coraz bardziej lubię takie słodko-gorzkie filmy, świetnie zagrane, z równym tempem oraz kilkoma komediowymi fajerwerkami.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

London_Grammar_-_Truth_Is_a_Beautiful_Thing

Brytyjskie trio London Grammar od początku swojej ścieżki było porównywane do innego słynnego tria – The xx. Z kolei eteryczny I czarujący wokal Hannah Reid budził skojarzenia z Florence Welsh oraz Jessie Ware. Czy drugi album zmieni tą optykę czy skojarzenia te staną się nieodłącznym elementem ścieżki zespołu z Nottingham?

Przy produkcji “Truth Is a Beautiful Thing” (podoba mi się ten tytuł) zespół wsparł sztab doświadczonych producentów pod wodzą Paula Epfortha (Adele, Florence + The Machine, Coldplay czy Lianne La Havas) oraz Grega Kurstina (Beck, Sia, Lily Allen, the Shins). Podstawą znowu jest przestrzenna elektronika zmieszana z fortepianem, gitarą oraz wokalem Reid. Początek to spokojne I troszkę nudnawe “Rooting for You”, które trzyma na swoich barkach Reid. Znacznie żywsze oraz bardziej przestrzenne “Big Picture” (co jest sporą zasługą perkusji), pełne pulsującego tła “Wild Eyed” czy okraszone chropowatą gitarą “Oh Woman Oh Men” (w refrenie nakładają się głosy) bardziej przyciągają uwagę. Nawet powoli rozkręcające się “Hell to the Liars” z prześlicznymi smyczkami na końcu potrafi oczarować.

Pojawiają się pewne drobne modyfikacje jak obecność przestrojonej gitary akustycznej i werblowej perkusji (“Everyone Else”), zapętlone i “kosmiczne” klawisze (pochodzący jakby z innej dekady “Non Believer” – troszkę szkoda, ze jest mało takich utworów), wplecione niczym echo wokalizy (“Bones of Ribbon”) czy “roztańczony” duet gitara-fortepian w “Leave The War with Me”.

Nadal czaruje wokal pani Reid, który bywa czasami bardzo niski, wręcz “gruby”, by zaraz wznieść się na wyższe, niemal sakralne tony. Fani zespołu powinni się wyposażyć w wersję deluxe z dodatkowymi kawałkami. I nie są tylko zapychacze (może poza dwoma wersjami demo). Jest niemal instrumentalny “What a Day”, nagrany w studio Maida Vale (należy do BBC) cover “Bitter Sweet Symphony” The Verve oraz niemal organowy “Control”. I ten materiał podnosi ocenę całości z przyzwoitej (gdyż mimo spójności klimatu bywa dość monotonnie) na dobrą.

7/10

Radosław Ostrowski

czwartek, 10 sierpnia 2017

Charlie Babbitt jest młodym japiszonem, który nie utrzymuje kontaktu ze swoim ojcem. Obecnie jego firma ma drobne problemy finansowe, ale daje sobie radę. Gdy dowiaduje się, ze ojciec zmarł jakoś nie przejmuje się tym. Szok przychodzi w momencie, gdy 3 miliony dolarów dostaje ośrodek w Wallbrook. Na miejscu odkrywa, że przebywa tam jego starszy brat Raymond, o którego istnieniu w ogóle nie wiedział. Licząc na połowę spadku, mężczyzna postanawia porwać swojego brata.

Barry Levinson to filmowiec, który nie posiada żadnego znaku rozpoznawczego, ale z reputacją bardzo dobrego rzemieślnika nie schodzi poniżej wysokiego poziomu. Ale „Rain Man” z 1988 roku uważany jest na największe osiągnięcie tego filmowca z Baltimore. Jest to spokojna, wyważona historia obyczajowa o zderzeniu dwóch obcych sobie ludzi. Wspólnie spędzone dni zmieniają Charliego – nie jest to jednak pokazane w sposób sentymentalny czy ckliwy. Levinson stawia na prostotę, próbując pokazać percepcję osoby z autyzmem. Dlatego mamy aż tyle zbliżeń na źródła dźwięku, mogącego doprowadzić do paniki (woda lecąca z kranu, syreny policyjne na autostradzie czy czujnik dymu). Te sceny podkręcają napięcie, ale powoli ta relacja zaczyna nabierać głębi. I nie chodzi tylko o to liczenie kart oraz wygranie kupy forsy w Las Vegas (fantastycznie zrealizowana scena gry w blackjacka). Początkowe spięcia, wynikające z niezmienności pewnych nawyków oraz rytuałów są źródłem humoru (majtki tylko z K-Martu) i wzruszeń, co podkręca bardzo wyciszona muzyka Hansa Zimmera. Trudno mi było być obojętnym, a nie poczułem emocjonalnego szantażu, czego się bardzo obawiałem.

„Rain Man” byłby tylko solidnym, dobrym filmem. Na wyższy pułap wznosi go aktorstwo. Coraz bardziej zaczynam się przekonywać do Toma Cruise’a, który tutaj pokazuje dramatyczny pazur. Egoistyczny dupek, wykorzystujący innych do swoich celów, skonfliktowany ze swoim ojcem. Początkowo ta postać odpycha swoim zachowaniem, jednak z czasem widać coś więcej – poczucie odrzucenia, krzywdy i zgorzknienie. Te sześć dni zmuszają naszego bohatera do przewartościowania swojego stosunku do innych i nie czuć w tej przemianie fałszu. Ale najważniejszy jest tutaj wielki Dustin Hoffman jako Raymond. Ten człowiek żyjący w swoim świecie nigdy nie staje się karykaturą czy parodią – wszelkie tiki (powtarzanie fragmentów filmu), mrukliwy głos, ciągłe powtarzane słowa czy bardzo specyficzny chód są spójną całością tej roli.  Sceny szału budzą autentyczny strach, a te nieobecne oczy potrafią zauroczyć.

„Rain Man” to proste, ale bardzo poruszające kino obyczajowe. Niby takich opowieści znamy setki, jeśli nie tysiące, ale to wszystko układa się w spójną całość. Nie ma tutaj zbędnej sceny, niepotrzebnych słów czy fałszywego gestu. Levinson pewną ręką daje tyle emocji, jakimi można obdzielić dziesiątki filmów, co świadczy o klasie tego dzieła. Bardzo dobre i piękne kino.

8/10 

Radosław Ostrowski

wtorek, 08 sierpnia 2017

Something_To_Tell_You_Haim

Trzy siostrzyczki zapatrzone w pop-rockowe brzmienia lat 80. przykuły uwagę swoim debiutem “Days Are Gone”. Ale to było cztery lata temu i do tego czasu Alana, Danielle oraz Este Haim postanowiły troszkę zmienić klimat, używając bardziej “organicznych” dźwięków. Czy udało się to założenie? Odpowiedź ma dać “Something To Tell You”.

Zaczyna się od potencjalnego hitu na lato, czyli singlowego “Want You Back” pełnego eterycznej elektroniki, “klaskanej” perkusji oraz bardzo nośnego refrenu, a także odbijającego się głosowego echa niczym z Jamesa Blake’a. I ta mieszanka pop-rockowa brzmi więcej niż fajnie, troszkę przypominając The xx, lekko Jessie Ware (wokale) oraz stylem lat 80., co słychać w “Nothing’s Wrong” z elektroniczną perkusją, skoczną gitarą oraz lekkim “przymuleniem” ambientowym pod koniec czy bardzo tanecznym (aczkolwiek polanym sosem indie) “Little of Your Life” z podkręconą perkusją, soulowym sznytem oraz zgrabnym riffem pod koniec. Sporo tutaj przestrzennych, ambientowych eksperymentów pełnych oszczędnej perkusji (“Ready for You”), potrafiącej się też rozpędzić (“Kept Me Crying”), rozmarzonych klawiszy (utwór tytułowy czy “You Never Knew”), większej obecności gitar wziętych od Ariela Pinka (“You Never Knew”), a nawet żwawych smyczków (“Found It In Silence”).

Ale im dalej w las i coraz bardziej siostry próbują się bawić dźwiękami, to po prostu brakuje tego kopa z początku albumu. Do tego jeszcze nie brakuje niebezpiecznych skrętów w strone plastikowego popu jak w “Walking Away” z niezłymi pogłosami. Nie mogę też odmówić uroku bardzo delikatnym głosom siostr (razem mają siłę huraganu), co też nie psuje przyjemności.

Drugi album Haim to taki album do przesłuchania na letnie dni – pełen ciepła, rozmarzonego klimatu oraz paru chwytliwych kawałków. Dobre, delikatne (moze za bardzo) I mimo pewnych udziwnień realizacyjnych dostarcza wiele przyjemności.

7/10

Radosław Ostrowski

Tagi: Pop Rock
14:20, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »

Everything-Now

Kanadyjczycy jak zawsze kazali na siebie poczekać kilka lat (dokładnie cztery) i jak zawsze wywrócili cała muzykę do góry nogami. Tym razem wiele zmieniło się w warstwie producenckiej, gdzie poza zespołem swoje dorzucili m.in. Thomas Bangalter (Daft Punk) oraz basista Pulp Steve Mackey. Już to powinno mówić, że prawdopodobnie będzie tanecznie.

Otwierające całość krótkie intro w postaci „Everything Now (Continued)” (melodia ta też zamyka całość, pełna pulsującej perkusji oraz dziwacznego, przerobionego tła) oraz tytułowy utwór dają energetycznego kopa. Dostajemy mieszankę disco ze smyczkami, fortepianem, gitarą akustyczną, chwytliwym basem oraz… fletami. Nie brakuje także klaskania  jak w zaczynającym się syrenami policyjnymi „Signs of Life” z zapętlonymi smyczkami oraz saksofonem. Piosenka swoim rytmem oraz tempem przypomina „Reflektor”, tylko bardziej podrasowany i pędzący bez hamulców. Jednak już „Creature Comfort” opiera się na szybkich, 8-bitowych syntezatorach polanych ambientowym sosem. Nadal jest tanecznie, ale i bardziej mrocznie (wręcz zakrzyczany, „mechaniczny” refren), ale konsternację wywołuje niby-reagge’owy (przemielona trąbka z dziwaczną perkusją) „Peter Pan” oraz jeszcze bardziej dziwaczne „Chemistry” z wybijającymi się saksofonami oraz agresywniejszą gitarą.

To początek dźwiękowego chaosu, jaki będzie nam towarzyszył. Punkowe, choć krótkie „Infinite Content” i wyciszone, niczym z lat 60. „Infinite_Content” (to jeden i ten sam utwór), pełen elektropopu imitującego „azjatyckość” „Electric Blue” opartym na piskliwym głosie Reginy Chassagne czy oszczędny, gitarowy „Damm God Man” wprawiły mnie w poczucie zagubienia. Wszystko jednak wróciło na właściwe tory, dzięki „Put Your Money on Me” oraz bardzo rozmarzony „We Don’t Deserve Love”.

Grupa jak zawsze zmieniła styl, coraz bardziej zaskakując. Tym razem miałem poczucie przesytu i zagubienia, a zarówno zgrabne wokale Butlera i Chassagne w połączeniu z niegłupimi tekstami nie były w stanie całkowicie usunąć tego wrażenia. „Everything Now” jest zaledwie przyzwoitym dziełem, które nie przebiło „Reflektora”, chociaż szło tym samym kierunkiem.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Tagi: indie pop
11:25, radkino , muzyka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 sierpnia 2017

Mała wiocha bez perspektyw, gdzie mieszkają trzej bracia: Son, Kid i Boy. Panowie byli samotnie wychowywani przez matkę, gdyż ojciec zostawił ich bardzo dawno temu. Cała trójka żyje jakoś od pierwszego do pierwszego. Wszystko się zmienia, gdy dowiadują się o śmierci ojca. Mężczyzna związał się z inną kobietą, z którą miał czterech synów. Przyjście Sona na pogrzeb i powiedzenie wielu gorzkich słów staje się impulsem do spirali przemocy.

Debiut reżyserski Jeffa Nicholsa jest bardzo spokojnym dramatem dziejącym się gdzieś na prowincji. I jak można wywnioskować to opowieść o nienawiści tak trującej serca, że może być ona odziedziczona. Nicholsa jednak nie interesuje pokazywanie scen przemocy – widzimy jedynie skutki tych wydarzeń oraz pojedyncze sceny bójek. Kameralność oraz bliższe skupienie na naszych bohaterach oraz ich egzystencji buduje klimat. Tak samo jak bardzo plastyczne kadry prowincji kontrastujące z dość skromnym stanem materialnym. Widać pewien skrywany żal i pretensje do tego ojca, który nie dał niczego. Podskórnie czuć napięcie oraz lęk, że może stać się najgorsze. Każde pojawienie się przyrodnich braci może skończyć się krwawą jatką, która samoczynnie się nakręca. I jedno pytanie: czy jest szansa na wyrwanie się z tego kręgu nienawiści? Odpowiedź wcale nie jest jednoznacznie prosta. Ale jest pewna nadzieja. Ale to sami sprawdzicie.

Dla wielu to spokojne tempo oraz śladowa ilość przemocy (na cały film pada tylko jeden strzał) może dziwić. Przecież „Shotgun Stories” reklamowane było jako thriller/kino zemsty. Ale Nicholsa nie interesuje pokazywanie zemsty oraz scen ataków (pogryzienie psa przez węża czy finał bójki z użyciem noża poznajemy z relacji innych). Bardziej skupia się na psychologii bohaterów, którzy próbują zmienić swój los, szukając tego, co my wszyscy: miłości, wsparcia, pieniędzy.

A wszystko świetnie zagrane. Stawce prowadzi Michael Shannon jako wycofany Son, próbujący żyć za pomocą hazardu. Małomówny, skrywający pewną tajemnicę (ślady po kulach na plecach), magnetyzujący samym spojrzeniem oraz obecnością. Nie jest jednak jedyną wartą uwagi, bo także trenujący kosza Boy (Douglas Ligon), jak i zakochany Kid (Barlow Jacobs) wykonują kawał dobrej roboty. Czuć silną więź między bohaterami, a reszta obsady gra bez słabych punktów.

„Shotgun Stories” jest mocnym, klimatycznym dramatem z podskórnym budowaniem napięcia. Idzie pod prąd wobec typowych filmów tego gatunku i dobrze. Nichols powoli zaczyna zaznaczać swoją obecność na filmowej mapie, potwierdzając prawdę, że im mniej się pokazuje, tym lepiej.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

niedziela, 06 sierpnia 2017

shyamalan

Reżyser, scenarzysta, producent, sporadycznie aktor.

Urodzony 6 sierpnia 1970 roku w indyjskim Mahe jako Manoj Nelliyattu Shyamalan. Syn pochodzącego z Malezji kardiologa oraz tamilskiej położnej. Przez pierwsze sześć tygodni mieszkał w Puducherry, a następnie cała rodzina przeniosła się do USA, a dokładniej do Penn Valley, czyli przedmieść Filadelfii. Wychowany w wierze hinduistycznej, uczęszczał do prywatnej katolickiej szkoły: Waldron Mercy Academy, prowadzonej przez Siostry Miłosierdzia, następnie do Episcopal Academy (prywatne liceum należące do Kościoła) w Merion. W 1988 otrzymał stypendium Uniwersytetu Nowojorskiego, a samą uczelnię (dokładnie Tisch School of the Arts) ukończył w 1992 roku. To tam znajomi zaczęli nazywać go Night, które stało się jego drugim imieniem.

Filmem zaczął się interesować, gdy jako 8-letni chłopiec na urodziny dostał kamerę Super 8. Ojciec chciał, by Manoj kontynuował rodzinną tradycję i został lekarzem, ale matka wspierała pasję swojego dziecka. Już mając 17 lat, Shyamalan nakręcił 45 filmów swoją kamerą. By zrealizować swój profesjonalny debiut, autobiograficzny Praying with Anger  z 1992 roku, zapożyczył się u rodziny i przyjaciół. Film nie zrobił furory, ale dwa lata później wytwórnia Fox kupiła od niego scenariusz, który miał sam zrealizować, jednak przed podpisaniem kontraktu producenci zrezygnowali. Rozgłos przyniósł mu dopiero trzeci film, ale to wiedzą wszyscy. 

W 1993 roku poślubił psycholożkę Bhavnę Vaswani, poznaną na studiach, z którą ma trzy córki. W 2000 r. Night założył wspólnie z Ashwainem Rajem firmę producencką Blinding Edge Pictures z siedzibą w Berwyn. Firma realizowała wszystkie filmy Hindusa od "Niezniszczalnego".

Styl reżysera jest bardzo łatwy i przejrzysty: powolna, spokojna narracja, konsekwentnie budowane napięcie, statyczne kadry, idealnie budująca klimat muzyka oraz realistyczne pokazanie zjawisk nadprzyrodzonych. Sama historia to mieszanka alegorii, aury tajemnicy oraz horroru, stanowiąc nadbudowę do historii o wierze, walce z traumami i lękami, w centrum wydarzeń jest zawsze rodzina oraz/lub antagonista posiadający niezwykłe umiejętności. Do tego najczęściej miejscem akcji jest rodzinna Filadelfia i ZAWSZE musi pojawić się w finale twist, wywracający całą historię do góry nogami. Oraz sam reżyser pojawia się w drobnej roli (wyjątkiem była postać pisarza z Kobiety w błękitnej wodzie wyróżniona Złotą Maliną)

Sam Night ma na swoim koncie dwie nominacje do Oscara, nominację do Złotego Globu, dwie nominacje do BAFTY, nominację do Saturna, Złotego Satelitę oraz 4 (!!!) Złote Maliny i 6 nominacji do tej nagrody. Do grona jego najbliższych współpracowników zalicza się: kompozytora Jamesa Newtona Howarda, operatora Taka Fujimoto, scenografów Larry'ego Fultona i Larry'ego Diaza, dźwiękowców Toda A. Maitlanda, Lee Dichtera, Michaela Semanicka i Chrisa Navarro oraz producentów: Sama Mercera, Franka Marshalla, Jose L. Rodrigueza, Johna Ruska, Ashwina Rajana, Kathleen Kennedy i Barry'ego Mendela.

I teraz najważniejsze: ranking filmów kontrowersyjnego reżysera od samego dna po największą chwałę. 3,2,1, odpalamy. 

Miejsce 11. - Ostatni Władca Wiatru (2011) - 3/10

Film, będący kinową wersją animowanego serialu Nickelodeon. Bohaterem jest mały chłopiec Aang, będący wcieleniem Awatara - maga panującego nad wszystkimi żywiołami: powietrza, wody, ognia i ziemi. Polują na niego Władcy Ognia, marzący o podboju świata. Był potencjał na świetne kino przygodowe w świecie fantasy, ale nic nie zagrało. Scenariusz jest strasznie skrótowy i po łebkach, bohaterowie są nijacy oraz pozbawieni charakteru, efekty specjalne zaledwie niezłe, a akcja zbyt szybka. Aktorstwo praktycznie nie istnieje, a solidna strona audio-wizualna (muzyka jest rewelacyjna!!!) to troszkę za mało na udany film. Recenzja tutaj

Miejsce 10. - Kobieta w błękitnej wodzie (2006) - 4/10

Filmowa baśń, która poraża naiwnością oraz dziwacznością swoich pomysłów. Bohaterem jest dozorca apartamentowca, który w basenie znajduję narfę - istotę nie z tego świata, mającą za zadanie nawiązać kontakt mającym zmienić świat i wrócić do domu. Przejścia pilnuje paskudne monstrum. Jest galeria ekscentrycznych postaci i masa tak absurdalnych pomysłów, że trudno zachować powagę (przepowiednia z kartonów po płatkach śniadaniowych to popis absurdu). Zrozumiałbym to, jeśli całość miała być żartem z bajek, ale jest to tak poważne, że aż śmieszne. Gdyby nie grający główne role Paul Giamatti (Heep) oraz Bryce Dallas Howard (Story) byłoby beznadziejnie. Recenzja tutaj

Miejsce 9. - Zdarzenie (2008) - 5/10

Kolejny przykład ciekawego pomysłu i nieciekawej realizacji. Ludzie z niewiadomych przyczyn odbierają sobie życie - nie wiadomo dlaczego i kto za tym stoi. Sceny, w których ludzie oddają się zgonom trzymają w napięciu. Problem w tym, że mamy nieciekawych antagonistów, czyli uciekającą rodzinę: nauczyciela biologii (fatalny Mark Wahlberg i troszkę lepsza Zooey Deschanel), którzy po prostu odpychają od reszty. Jeśli dodamy do tego kiepskie dialogi doprowadzające do bólu głowy i czerstwy humor, to jest słabo.. Reżyseria nierówna, pomysł niezły, realizacja średnia. Recenzja tutaj

Miejsce 8. - 1000 lat po Ziemi (2013) - 6/10

Nie zgadzam się z opiniami, że to jeden z najgorszych filmów Shyamalana. To skromne kino opowiadające o ojcu i synu (w tych rolach Will Smith i jego syn Jaden). Pierwszy to legendarny wojskowy, drugi ma ambicje być taki jak on, tylko zbyt wrażliwy jest. Podczas lotu na szkolenie ich statek rozbija się na nieprzyjaznej ludziom Ziemi. Ojciec ma złamaną nogę i jest uziemiony, a syn musi odnaleźć nadajnik, by wezwać pomoc. Mieszanka kina inicjacyjnego, SF, przygodowego, całkiem sprawnie zrealizowane sceny akcji (ucieczka przez gorylami czy walka w gnieździe orła) z niezłymi dialogami oraz solidnym aktorstwem Smithów 2-óch. Recenzja tutaj.

Miejsce 7. - Znaki (2002) - 7/10

Thriller o pastorze (nietypowo obsadzony Mel Gibson), który odszedł od Boga i samotnie wychowuje dzieci. Jego spokojne życie zmienia się, gdy zaczynają pojawia się dziwne kręgi na polach. Czyżby mieli pojawić się na Ziemi obcy? Reżyser dotyka kwestii wiary oraz roli przypadku w naszym życiu, zaskakując dojrzałością oraz spójnym pokazaniem ciągu przyczynowo-skutkowego. Do tego mamy dobre aktorstwo (poza Gibsonem trzeba pochwalić Joaquina Phoenixa), świetne zdjęcia i budującą klimat muzykę. Ale ostatni kwadrans wszystko psuje. Mogło być świetnie, jest tylko dobrze. Recenzja tutaj.

Miejsce 6. - Split (2016) - 7/10

Pomysł był prosty: trzy dziewczyny zostają porwane przez tajemniczego mężczyznę, Kevina. Na miejscu odkrywają, że porywacz jest schizofrenikiem z 23 osobowościami, m.in.: eleganckiej kobiety, sztywnego pedanta czy sepleniącego dziecka. Jedna z dziewczyn,wycofana Casey, by móc uciec próbuje nawiązać kontakt z bardziej przyjaznymi osobowościami Kevina. Powolny, klaustrofobiczny klimat niczym z "10 Cloverfield Lane" (troszkę psuty przez retrospekcje protagonistki) i nerwowe oczekiwanie na Kevina (rewelacyjny James McAvoy!!!), który zawłaszcza ekran. Może końcówka troszkę przypomina slashera, ale ostatnia scena i świetne aktorstwo dają wiele satysfakcji. Recenzja tutaj

Miejsce 5. - Wizyta (2014) - 7,5/10

Po okresie filmów dziadowskich i twórczym wypaleniu, nakręcona w tajemnicy i po partyzancku "Wizyta" okazała się ogromną niespodzianką. Zrealizowany w konwencji found footage horror opowiada o dwójce dzieciaków odwiedzających nigdy nie widzianych dziadków, próbujących odnowić kontakt z córką. Na miejscu zauważają, że starsi państwo nie do końca zachowują się normalnie. Reżyser wraca do najlepszych tricków: wolne tempo, konsekwentnie budowane napięcie (dziwaczne zachowania starszych państwa), gęstniejąca atmosfera oraz kompletnie wywracająca całość wolta. Plus kompletnie nieznani aktorzy oraz mądre przesłanie o wybaczeniu. Recenzja tutaj.

Miejsce 4. - Osada (2004) - 7,5/10

Film, którego promocja wpuszczała w maliny. Sprzedawany jako thriller/horror jest tak naprawdę stylowym, melodramatem z elementami grozy. Bohaterami tego dzieła jest niewidoma Ivy Walker (debiutująca Bryce Dallas Howard) oraz wycofany Lucius Hunt (Joaquin Phoenix). Oboje żyją w małej osadzie otoczonej lasem, pod koniec XIX wieku. Mieszkańcy zawiązali pakt z potworami mieszkającymi w lesie, lecz porozumienie zostaje zawieszone. Stylowy, pięknie sfotografowany film (Roger Deakins!!) z kapitalną, liryczną muzyką (zasłużona nominacja do Oscara dla Jamesa Newtona Howarda). Plus konsekwentnie budowane napięcie, finałowa wolta kompletnie rozsadzająca głowę (do dziś dzieląca widzów), świetne aktorstwo (poza w/w także Adrien Brody, William Hurt, Brendan Gleeson i Sigourney Weaver) oraz nieoczywisty klimat. Recenzja tutaj

Miejsce 3. - Dziadek i ja (1998) - 8/10

Kompletna niespodzianka, bo jest to bardzo ciepłe i poruszające kino familijne, dotykające tematu wiary. Bohaterem jest 9-letni Joseph, który po śmierci dziadka próbuje znaleźć Boga. Po co? By dowiedzieć się, co z dziadkiem. Brzmi to niezbyt ciekawie, ale Shyamalan jak ognia unika patosu, robienia laurki oraz kiczowatości. Do tego jest bardzo sporo humoru, dojrzałości, głębi oraz trafnych obserwacji. Chłopiec przeżywa też typowe problemu swojego wieku: przyjaźń, pierwsza miłość, tęsknota oraz poszukiwanie odpowiedzi. Świetnie poprowadzeni młodzi aktorzy, subtelna oraz wiarygodna psychologia postaci, a także spora dawka humoru. Takiego Shyamalana nie znał nikt. Recenzja tutaj

Miejsce 2. - Niezniszczalny (2000) - 8/10

Najmroczniejsze dzieło filmowca, będące bardziej realistycznym spojrzeniem na historie o superbohaterach. Takim herosem ma być David Dunn (wyciszony Bruce Willis) - ochroniarz na stadionie, przechodzący rodzinny kryzys. Impulsem dla niego jest wykolejenie pociągu, które nasz protagonista przeżył bez zadrapania. Wtedy zgłasza się do niego ekscentryczny właściciel galerii komiksów, Elijah Price (świetny Samuel L. Jackson). Wiarygodna psychologiczne droga do poznawania swojego ja (podnoszenie ciężarów w piwnicy), obowiązkowe starcie ze Złem (mistrzowska scena ratowania dzieci), powolne poznawanie tajemnicy wokół bohatera oraz spotkanie ze swoim nemezis. Shyamalan wyprzedza tutaj Nolana, Snydera oraz twórców "Kroniki", ale podzielił los pionierów i popadł w zapomnienie, by zostać docenionym po latach. Recenzja tutaj

Miejsce 1. - Szósty zmysł (1999) - 8,5/10

Kto nie pamięta tego zdania: I see dead people. Opowieść o chłopcu, który widzi duchy zmarłych oraz psychiatry próbującego mu pomóc. Horror, który nie jest oczywistym straszakiem, atakującym jumpscare'ami i próbującymi wywołać nasze lęki w sposób mechaniczny. Ma siłę pełnokrwistego dramatu o chłopcu z darem, który czyni z go outsidera oraz obiekt ataków kolegów (fenomenalny Haley Joel Osment). Nie wie, czego od niego chcą ci niepogodzeni z losem. Nawet lekarz (znakomity Bruce Willis w nowym emploi) ma wątpliwości, jak rozwiązać ten problem. Wszyscy też pamiętamy finałową woltę, ale Shyamalan precyzyjnie przedstawia całą opowieść. Buduje poczucie niepokoju (obecność duchów czy otwierająca całość... zapalająca się żarówka), chwyta za serce jak podczas genialnej sceny rozmowy dziecka z matką w samochodzie (łzy gwarantowane, sami zobaczcie), konsekwentnie budując napięcie jak w scenie przyjęcia, gdzie zostaje włączona pewna kaseta. Seans na jeden raz? Absolutnie nie, bo będziecie się zastanawiać, jak nie wpadliście na to.

Nieobejrzane:

Praying with Anger (1992) - debiut opowiadający o Amerykaninie (w tej roli sam reżyser) szukającego swoich indyjskich korzeni

Jakim reżyserem jest Shyamalan? Chcącym ciągle zaskakiwać, aspirującym do bycia drugim Alfredem Hitchcockiem. Celem jest opowiadać poruszające, trzymające w napięciu historie. Jak widać nie jest to filmowiec tylko jednego udanego tytułu, co sugerują różne fora internetowe. Jedynie 2-3 filmy to kompletnie badziewia, na które szkoda czasu, co jest statystycznie świetnym wynikiem. Ostatnie lata pokazują, że Shyamalan odzyskuje formę i będzie walczył o naprawę swojej reputacji. I zaczynam znowu czekać na jego nowe filmy z nadzieją, a nie obawami. To o czymś świadczy.

A jak wy oceniacie dorobek M. Nighta Shyamalana? Piszcie śmiało w komentarzach, dzieląc się swoimi wrażeniami.

Radosław Ostrowski 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 172
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi
ministat liczniki.org
zBLOGowani.pl